Legendarny angielski pisarz odwiedził Wilno

Pisarz, krytyk literacki, myśliciel polityczny, filozof — to jedne z wielu określeń, jakimi można obdarzyć Gilberta Keitha Chestertona. Także: mistrz paradoksu, poeta, dziennikarz, teolog. Przyjaciel Polaków. I niedoszły prezydent Wilna.

Szanowany nawet przez wrogów i oponentów politycznych, określany mianem „człowieka o kolosalnym geniuszu”, nie skończył nigdy studiów wyższych, bez reszty oddając się jednak lekturom i poznawaniu praw świata, a jego książki, chociażby „Ortodoksja” czy „Wiekuisty człowiek”, na stałe weszły do kanonów światowej literatury, którą znać powinien każdy szanujący się inteligent.

Moja instynktowna sympatia do Polski zrodziła się pod wpływem ciągłych oskarżeń miotanych przeciwko niej; i – rzec mogę – wyrobiłem sobie sąd o Polsce na podstawie jej nieprzyjaciół. Doszedłem mianowicie do niezawodnego wniosku, że nieprzyjaciele Polski są prawie zawsze nieprzyjaciółmi wielkoduszności i męstwa. Ilekroć zdarzało mi się spotkać osobnika o niewolniczej duszy, uprawiającego lichwę i kult terroru, grzęznącego przy tym w bagnie materialistycznej polityki, tylekroć odkrywałem w tym osobniku, obok powyższych właściwości, namiętną nienawiść do Polski.

Gilbert Keith Chesterton

Jako myśliciel stroniący od radykalizmów, kierujący się przede wszystkim zdrowym rozsądkiem, przyczynił się do stworzenia ekonomicznej doktryny dystrybucjonizmu — postulującej stworzenie społeczeństwa dobrobytu poprzez kładzenie akcentu na upowszechnianie drobnej własności w przemyśle, handlu i rolnictwie, a w sektorze finansowym — nacisk na instrumenty spółdzielcze. To właśnie jego koncepcji zawdzięczamy istniejące w większości państw przepisy antymonopolowe.

Ludzie biedni niekiedy protestują przeciw złym rządom. Bogacze natomiast zawsze protestują przeciw każdej próbie rządzenia nimi. To arystokraci bywają z reguły anarchistami.

Gilbert Keith Chesterton

Jako zagorzały sympatyk i orędownik sprawy polskiej, został zaproszony do Polski przez jej ambasadora w Londynie Konstantego Skirmunta w 1927 roku. Oprócz Poznania i Krakowa, odwiedził również Wilno, w którym gościł w dniach 24-28 maja. Podejmowany przez wielkich tego miasta — za przewodnika służył mu Ferdynand Ruszczyc, obiadem w Klubie Szlacheckim podejmował rektor Uniwesytetu Stefana Batorego prof. Marian Zdziechowski, innym zaś razem podejmował go wojewoda wileński Władysław Raczkiewicz.

Wilno wówczas przeżywało kampanię wyborów samorządowych, więc podczas Środy Literackiej, której gościem był pisarz, poeta Witold Hulewicz w obliczu zachwyconej publiki żartobliwie zaproponował, by Chesterton został w grodzie nad Wilią na stałe i objął stanowisko prezydenta miasta. Kto wie, jak byśmy na tym wyszli?

Chociaż Chesterton zmarł w roku 1936, spuścizna jego wielkiego intelektu żyje — nie tylko w mądrych regulacjach prawnych i anegdotach, ale również w zawsze aktualnej i świeżej jego myśli, kładącej nacisk na wolność jednostki, spójność społeczeństwa i przestrzegającej przed każdą tyranią. Niektóre książki Gilberta Keitha Chestertona można ściągnąć za darmo ze strony ChesteronPolska.org, inne pozycje, od blisko wieku wydawane w języku polskim („Napoleon z Notting Hill” wydano w roku 1925), czy wydane po angielsku przygody Ojca Browna z całą pewnością warto poznać.

Lektura jego książek przywraca wiarę w sens posługiwania się słowem, jest odtrutką dla duszy zmęczonej bełkotem mediów. Humor, lekkość, erudycja, zdrowy rozsądek, nakłuwanie balonów głupoty strojącej się w piórka postępowych mądrości, zamiłowanie do polemiki, ale bez napastliwości oraz, co może najważniejsze, obrona wiary i ukochanie Kościoła katolickiego, który odkrył jako swój intelektualny i duchowy dom – to wszystko i o wiele więcej znajdziemy w tekstach tego angielskiego dżentelmena o charakterystycznej sylwetce, najsłynniejszego angielskiego konwertyty obok bł. kard. Johna Newmana.

ks. Tomasz Jaklewicz, „Zapomniany gigant”

Niedźwiedź i Polacy na ulicy Warszawskiej w Wilnie

Fot. Saulius Žiūra, vilnius.lt

Fot. Saulius Žiūra, vilnius.lt

W Wilnie pojawiła się tabliczka z nazwą ulicy w języku polskim — akurat przy ulicy Warszawskiej, centralnie naprzeciw odwiedzanej przez wszystkich turystów z Polski Kwatery Wojskowej Cmentarza na Rossie. Ładnie się prezentuje, chociaż jest to tylko jedna tabliczka po polsku w całym Wilnie. Gest ze strony samorządu też ładny, choć nieszczery.

Dlaczego nieszczery? Warto bowiem wiedzieć, kto za nim stoi i jakimi intencjami się kieruje. I dlaczego właśnie przed wyborami.

Merujący obecnie Wilnu Remigijus Šimašius, bedący także przewodniczącym Ruchu Liberalnego Republiki Litewskiej (Lietuvos Respublikos Liberalų Sąjūdis, LRLS) nie jest bowiem politycznym nowicjuszem. I relacje jego z polską społecznością są, delikatnie mówiąc, niejednoznaczne.

Remigijus Šimašius był w latach 2008-2012 ministrem sprawiedliwości w rządzie Andriusa Kubiliusa. Właśnie w tym rządzie, który przepchnął antypolską ustawę o szkolnictwie, poważnie uderzającą w polskie szkoły i wywracającą do góry nogami egzamin maturalny z języka litewskiego, na co się skarżą także sami Litwini. Za reformą stał partyjny kolega Šimašiusa, Gintaras Steponavičius, bardzo zresztą przez Remigijusa chwalony za „odważne decyzje i niepoddawanie się presji”. Będąc ministrem sprawiedliwości, mógł Remigijus Šimašius rozwiązać sprawy pisowni nazwisk, dwujęzycznych tabliczek z nazwami ulic w rejonach wileńskim i solecznickim, ułatwić kwestie zwrotu ziemi — leżało to w jego gestii, mógł wydać ministerialne rozporządzenia regulujące praktykę urzędową, nieraz mającą wiekszy wpływ na funkcjonowanie państwa, niż ustawy. Nie zrobił nic.

Przed wyborami samorządowymi, które się odbyły 1 marca 2015 roku, postanowił jednak czynić ukłony w stronę polskiej społeczności. Zapowiadał poparcie dla postulatów językowych, obiecywał przychylność, powołał nawet tzw. Komitet Wspólnot Narodowych w ramach swojej partii (w skład którego weszła m.in. Ilona Šedienė, przewodnicząca solecznickiego oddziału antypolskich Tautininków, co jest dostatecznie wymowne). Wydał nawet napisane z błędem gramatycznym naklejki „Ja za żółw”, mające sugerować poparcie dla oryginalnej pisowni polskich nazwisk.

Gdy został merem, podejście do Polaków się jednak zmieniło. Jedna polska szkoła została zlikwidowana (w Jerozolimce), jedna zdegradowana do podstawówki (im. Szymona Konarskiego, zresztą sąd jednej instancji wstrzymał degradację, ale wyższa instancja, kierowana przez kolegę Šimašiusa, wstrzymanie anulowała), a jeszcze jedna za chwilę zostanie zlikwidowana (im. Joachima Lelewela na Antokolu — to właśnie głos Remigijusa Šimašiusa w radzie zaważył o uchwale o degradacji szkoły do podstawówki, po której wystosowano ultimatum: albo opuści budynek na Antokolu i się wyniesie za rzekę, albo zostanie skazana na likwidację).

Polityka Remigijusa Šimašiusa w stosunku do Polaków jest cyniczną grą pustych gestów i symboli. Można sobie w samorządzie wydrukować numerek w kolejce w języku polskim, ale obsłużonym się będzie i tak po litewsku. Strona samorządu niby została zrobiona także „po polsku”, ale z błędami i wybranymi tylko wiadomościami. I zamiast normalnej dwujęzyczności nazw ulic, mamy jedną symboliczną tabliczkę dla pokazania turystom przed wyborami.

Dziwi zatem głos tych Polaków, którzy czynią z owego występu w ramach kampanii wyborczej wiekopomne wydarzenie i przełom, którzy ronią krokodyle łzy, że na odsłonięciu owym nie było przedstawicieli Związku Polaków na Litwie ani nie zorganizowano pod słupek z tabliczką pielgrzymki. Bo z czego się ma cieszyć Związek Polaków na Litwie? Że żąda od blisko 30 lat chleba w postaci normalnej w cywilizowanych krajach dwujęzyczności, a dostaje zdjęcie kanapki i ma się nim cieszyć?


Jest taki dowcip o wyjątkowo niecelnym myśliwym, który chciał upolować niedźwiedzia-gwałciciela. Po kolejnych, upokarzająco nieudanych polowaniach z coraz to nową i droższą bronią, z której wciąż chybiał — miś do niego podchodzi i mówi: „Wydaje mi się, że ty to chyba po prostu lubisz”.

O ileż gorzej od tego myśliwego wypadają ci, którzy uporczywie nie chcą dostrzegać niszczenia polskich szkół, bezczynności w rozwiązywaniu rzeczywistych problemów, związków LRLS z Tautininkami i lansdbergistowskim Związkiem Ojczyzny czy pogrążających ją afer korupcyjnych, a każą się cieszyć z rzuconej im fotografii kanapki. Cóż, smacznego.

„Polak Roku 2015” — fakty i mity

W najnowszej odsłonie plebiscytu „Polak Roku”, organizowanego przez jedyny poza granicami Polski dziennik ukazujący się 5 razy w tygodniu „Kurier Wileński”, zwycięzcą został ksiądz prałat Józef Aszkiełowicz. O ile sama osoba zwycięzcy ani jego zasług nie budzi żadnych wątpliwości, to duże dyskusje wywołał sposób opublikowania wyników i inne zmiany, które nastąpiły w konkursie.

Najważniejszą zmianą było to, że Kapituła uzyskała prawo głosu. Dotychczas o wyborze „Polaka Roku” decydowali wyłącznie czytelnicy nadsyłający kupony, w tym roku głosy czytelników stanowią 50% oceny, a drugie 50%  — to właśnie wybór Kapituły, w skład której wchodzą także wszyscy poprzedni laureaci plebiscytu. Była to zmiana od dawna dyskutowana, sam poruszałem ten temat jako członek funkcjonującej 6 lat temu Rady Programowej „Kuriera Wileńskiego”.

Pojawiły się zarzuty, że redakcja dokonała manipulacji, nie publikując szczegółowych wyników plebiscytu, z rozkładem na ilość kuponów, nadesłanych na każdego kandydata, jak i głosów Kapituły — w związku z czym nie widać, kto zajął miejsce drugie, a kto dziesiąte. Opublikowana została nawet nieoficjalna kolejność, w jakiej uplacować się mieli poszczególni kandydaci.

Manipulacji nie ma. Przede wszystkim, są to wybory jednego „Polaka Roku”, a znalezienie się w dziesiątce kandydatów — a zatem, zdobycie zaufania zgłaszających czytelników jak i poparcia Kapituły — jest także wyróżnieniem. I nie ma znaczenia, czy ktoś był drugi, ósmy czy dziesiąty. Poza tym, zaważyła kwestia praktyczna — w latach poprzednich niektórym osobom było przykro, że zdobyły mniej głosów niż inni kandydaci, pojawiały się złe emocje, a część zgłoszonych kandydatów rezygnowała z udziału w plebiscycie. I właśnie takim sytuacjom zapobiec ma niepublikowanie „rankingu” — w plebiscycie bowiem chodzi o wyróżnienie najbardziej w danym roku zasłużonych osób, albo takich, które zaskarbiły sobie z tych czy innych względów sympatię czytelników. Chodzi o dobre emocje, a nie kolejną okazję do sporów — tych wystarczy bowiem co roku przy dyskusjach, dlaczego ta czy inna osoba się w ogóle w dziesiątce znalazła…

Pojawił się także zarzut, jakoby „5 z 10 członków kapituły są z AWPL”. Nie jest to prawda. Kapituła, składająca się z laureatów poprzednich lat, liczy 16 członków. I o ile rzeczywiście, część z nich należy do AWPL (trudno chyba, żeby przedstawiciele jedynej polskiej partii na Litwie, najbardziej widoczni publicznie, nie zostawali laureatami tytułu „Polak Roku”?), to w jaki sposób ma to mieć się do zwycięstwa bezpartyjnego przecież kapłana, który wygrał tak głosami Kapituły, jak i czytelników? Zresztą, w tym roku się okazało, że Kapituła i Czytelnicy byli bardzo zgodni w swoim typowaniu, co świadczyć może jedynie o wysokiej reprezentatywności plebiscytu.

Policja, policja nam nie dokucza — w kontekście Igorisa Molotkovasa

Ten tekst broni policji. I jak świat światem, nigdy bym nie pomyślał, że ja — kibic, Polak, narodowiec — stawał będę w obronie litewskiej policji. Rzeczywistość jednak wszelkie takie przewidywania rewiduje, a umiłowanie prawdy i etyka dziennikarska* nakazują to zrobić, przyczyny wyjaśnię dalej.

W czwartek, 19 listopada 2015 roku, Wilno stało się świadkiem niemal stanu wojennego. Na skutek, pośrednio, ataków w Paryżu, jakie przypuścili islamscy terroryści w dniu 14 listopada. Sprawa prezentowała się następująco:

Około godziny 19 policjancji transportowali radiowozem narkomana, wielokrotnie sądzonego i karanego Igorisa Molotkovasa (r. ur. 1991). Zatrzymali się przy komisariacie, funkcjonariusze wszedli byli do środka, w radiowozie zostawiając samego zatrzymanego (skutego, co prawda, kajdankami) a także subkarabinek AKS-74U. Gdy wrócili, nie zastali ani zatrzymanego, ani broni. Szczęściem, radiowóz został na miejscu.

Ta sytuacja wzbudziła panikę — oto bowiem z policyjnym automatem biega po mieście przestępca o niestabilnej psychice, a do tego na głodzie. Głupia sprawa, prawda? Natychmiast zmobilizowano całe siły policyjne okręgu wileńskiego, ponad 3000 funkcjonariuszy (niemal 1/3 wszystkich litewskich policjantów), którzy zaczęli przeczesywać miasto. Włączono jednostkę „Aras” (od greckiego boga wojny — taki litewski SWAT), latały helikoptery, robiono blokady i obławy, jeździły samochody, przeczesywano pustostany, czołgów nie było, bo Litwa nie ma, ale na pewno by też były, gdyby były.

W końcu, po północy, zbiega ujęto w mieszkaniu przy wileńskim dworcu.

W związku z tym pojawiło się wiele memów, ludzie się śmieją z litewskiej policji, organizuje się nawet bieg śladami Molotkovasa, z drugiego końca miasta aż do jego przydworcowego mieszkania (nie wiadomo, czy uczestnicy też dostaną kałasznikowy), a minister spraw wewnętrznych Saulius Skvernelis podaje się do dymisji, zupełnie zresztą bez sensu, bo nie tyle ze względu na samo zajście, co przez od dawna znaną do niego niechęć Prezydenty Dali Grybauskaitė, która i tej okazji nie przepuściła, by mu publicznie napyskować.

No i w tej właśnie sytuacji chcę bronić i ministra, i instytucji litewskiej policji. Bo minister nie powinien ponosić odpowiedzialności politycznej za jednostkowe, niesystemowe incydenty — a taki właśnie miał miejsce. No chyba, że powody dymisji są inne — o nich później i ich też nie popieram.

Policjanci, którzy zostawili samego zatrzymanego w wozie z bronią automatyczną — niewątpliwie wykazali się zbrodniczą głupotą i powinni ponieść tego odpowiedzialność. Zasadne jednak jest pytanie — po co policjanci wożą ze sobą karabinki?

Na drugi dzień po atakach w Paryżu policjantom na Litwie wydano broń automatyczną. Nie byli wcześniej bezbronni — mieli pistolety, gazy, paralizatory elektryczne i pałki. Automaty wydano policjantom w celach czysto propagandowych, nawet bez przeprowadzenia stosownego szkolenia z zakresu ich używania (bo kiedy przed wydaniem ich dla funkcjonariuszy należało go zrobić — w nocy z piątku na sobotę?). Co zresztą poskutkowało tym, że przypadkiem w czasie szarpaniny jeszcze tego samego dnia 15 listopada postrzelony został bezdomny. Stąd wielu funkcjonariuszy broń tą traktuje jako zbędny balast, który trzeba ze sobą targać i który tylko przeszkadza.

Co więcej, od roku 2009, a więc czasu rządów postkomunistycznej partii Związek Ojczyzny: Litewscy Chrześcijańscy Demokraci, finansowanie policji jest systematycznie uszczuplane, a więc na odpowiednie przeszkolenie z zakresu użycia broni automatycznej i tak pewnie nie ma środków. A i wypłaty do zarobków marzeń nie należą.

Na jaw później też wyszła bogata biografia samego zbiega — karany administracyjnie 126 razy, sądowo skazany 15 razy, za kradzieże, rabunki i narkotyki. Obecnie zaś toczy się jeszcze 8 śledztw, w których figuruje, jest także podejrzany o popełnienie ciężkiego przestępstwa (prokuratura nie ujawnia, jakiego), za które grozi kara więzienia do lat 10.

Można zatem rozumować, że do zaistnienia sytuacji, w której policja całego okręgu poszukuje jednego zbiega, doprowadziły trzy patologie. Jedna, to brak odpowiedniego finansowania policji państwowej, pociągający za sobą niski poziom wyszkolenia i motywacji funkcjonariuszy. Druga, to potraktowanie policji jako narzędzia propagandowego poprzez wydanie jej funkcjonariuszom zbędnego (w obecnej sytuacji) i utrudniającego pracę uzbrojenia. Trzecia zaś — to patologia wymiaru sprawiedliwości, w wyniku której wielokrotnie karany i skazany osobnik mógł przebywać na wolności i popełniać dalsze przestępstwa.

W tej całej sytuacji winę zatem ponosi nie policja, tylko system sprawiedliwości i zarządzający nim. I jeśli już ktokolwiek powinien ponieść odpowiedzialność polityczną, to obecny minister sprawiedliwości i jego poprzednicy (w tym obecny mer Wilna Remigijus Šimašius), a nie minister spraw wewnętrznych.

Minister zaś spraw wewnętrznych do dymisji się podać powinien w jednym tylko przypadku. Jeśli te karabinki wydano policjantom w celach propagandowych, a on nie miał na to wpływu. Ale powinien się liczyć z tym, ze jego ewentualny następca, zatwierdzony przez Prezydent, będzie miał wpływu jeszcze mniej — i zdecydować, czy za to właśnie chce ponosić odpowiedzialność na skutek swej dymisji.

O co chodzi w strajku szkół polskich na Litwie?

Wokół kwestii strajku szkolnego na Wileńszczyźnie narasta dużo nieścisłości, niejasności, nieprawd a nawet teorii spiskowych. Dlatego warto je rozwiać i wyjaśnić, o co chodzi w całej tej sprawie:

  • Odstąpienie od „reorganizacji” polskich szkół
  • Odwołanie zapisów Ustawy o Oświacie z 2011 roku, ograniczającej zakres używania języka polskiego w szkołach polskich
  • Odwołanie trybu egzaminu maturalnego z języka litewskiego, który w swym założeniu dyskryminuje Polaków
  • Zaprzestanie dyskryminowania polskiej oświaty

Co te postulaty oznaczają w praktyce? Po kolei:

  • Odstąpienie od „reorganizacji”:

Jedna z reform oświatowych przewiduje przejście od systemu szkół średnich (takich, do których uczniowie chodzą przez 12 lat, od klasy 1 do 12) do systemu, w którym uczniowie zmieniają szkołę dwukrotnie — przechodząc ze szkoły podstawowej do progimnazjum (z grubsza odpowiednik gimnazjum w Rzeczypospolitej Polskiej), oraz z progimnazjum do gimnazjum (odpowiednik mniej więcej polskiego liceum). Podstawówki, gimnazja i progimnazja w założeniu mają być osobnymi placówkami. Ustawa jednak przewiduje wyjątki w postaci tzw. „długich gimnazjów”, czyli tych samych szkół średnich, tylko pod inną nazwą — dla szkół realizujących specjalistyczny program nauczania (np. szkół katolickich, o profilu inżynieryjnym etc). „Przypadkiem” za szkoły specjalistyczne nie uznaje się szkół polskich — chociaż status „długiego gimnazjum” uzyskało żydowskiem Gimnazjum im. Szaloma Alejchema oraz wiele szkół litewskich.

W związku z taką reorganizacją, zagrożone utratą 11-12 klas są zagrożone liczne szkoły polskie w Wilnie — im. Syrokomli, Lelewela, Konarskiego i inne. Warto zaznaczyć, że szkoły te są jedynymi polskimi placówkami, realizującymi program nauczania średniego w swoich dzielnicach, w związku z czym uczniowie po zmianie szkoły zmuszeni będą do dojeżdżania do dalej położonych polskich gimnazjów, a część zapewne zmieniłaby szkoły na litewskie.

Kolejnym skutkiem „reorganizacji” jest zamknięcie Szkoły Podstawowej w Jerozolimce, jedynej polskiej placówki w północnym Wilnie. Szkoła Średnia im. Joachima Lelewela została przez nowe władze miasta zmuszona do zmiany lokalizacji — na gorzej skomunikowaną — w zamian za możliwość przystąpienia do akredytacji jako „długie gimnazjum”, co oznacza likwidację jedynej polskiej szkoły w dzielnicy Antokol.

Dlaczego jest to ważne? Szkoła mniejszości narodowej to nie tylko placówka oświatowa. To także dom kultury, centrum realizacji zajęć pozalekcyjnych w języku ojczystym, ośrodek integrujący społeczność narodową — poprzez zespoły, teatry, harcerstwo, drużyny sportowe czy spotkania absolwentów. Okrojenie, czy zamknięcie każdej placówki jest amputacją części organizmu społeczności polskiej, zamieszkującej miasto, która traci obiekt kulturalny — którego funkcji nie zastąpią szkółki niedzielne, ani też wprowadzenie języka polskiego jako dodatkowego w szkołach litewskich, gdyż i tak kontekst jego użytkowania będzie znacząco uszczuplony.

  • Odwołanie zapisów Ustawy o Oświacie

Przyjęta w 2011 roku Ustawa o Oświacie wprowadza wymóg nauczania części programu historii i geografii w języku litewskim. Jest to znaczące ograniczenie używania języka polskiego w polskich szkołach, które, ponad to, wprowadza lukę do dalszego ograniczania posługiwania się polszczyzną w polskich szkołach.

  • Odwołanie dyskryminacyjnego trybu egzaminu maturalnego z języka litewskiego

W roku 2012 dokonano „ujednolicenia” egzaminu z języka litewskiego dla uczniów szkół litewskich, oraz szkół mniejszości narodowych. Wcześniej bowiem Litwini zdawali litewski jako język ojczysty, pozostali zaś — jako język państwowy. Żaden z egzaminów nie był „łatwiejszy” czy „trudniejszy”, odbywały się po prostu według różnych programów i w różnym zakresie sprawdzały kompetencje językowe — Litwini mieli rozszerzoną część, dotyczącą znajomości litewskiej literatury, a wypracowanie z literatury miało formę osobnego, opcjonalnego egzaminu. Uczniowie szkół mniejszości zaś mieli egzamin dotyczący przede wszystkim kompetencji językowych, znajomości gramatyki i umiejętności formułowania przemyśleń po litewsku.

Po „ujednoliceniu”, także Polacy muszą zdawać maturę z języka litewskiego jako języka ojczystego, chociaż, co chyba jest zrozumiałe, ojczystym dla nich nie jest. Nowa forma nie sprawdza kompetencji językowych, a większa część oceny dotyczy właśnie znajomości litewskiej literatury. W roku 2015 na maturze uczniowie pisali wypracowanie o tęsknocie do ojczyzny w kontekście twórczościSalomei Neris — socrealistki okresu stalinizmu, litewskiej odpowiedniczki Wandy Wasilewskiej, co także wśród Litwinów wywołało liczne kontrowersje.

Na czym polega dyskryminacja? Różnice w programach przygotowywania do poszczególnych egzaminów wynoszą 800 godzin. Oznacza to, że uczniowie szkół polskich w sumie mają do opanowania o 800 godzin lekcyjnych programu więcej, niż ci ze szkół litewskich — to odpowiednik 50 tygodni etatowej pracy. Nie zostały opracowane ani nowe metodyki przygotowywania uczniów szkół mniejszości narodowych do takiego egzaminu, ani też nie przeznaczono na to dodatkowych środków. W związku z tym, nadrabianie tych 800 godzin różnicy odbywa się kosztem innych przedmiotów — przede wszystkim języka polskiego.
Skutkuje to także znacząco gorszymi wynikami uczniów szkół polskich na maturze z języka litewskiego — które nie wynikają z gorszej znajomości języka, tylko niemożliwości opanowania nieprzemyślanych zmian w programie.

Dlaczego to ważne? Wyniki z matury z języka litewskiego są liczone przy rekrutacji na wszystkie kierunki studiów, w związku z czym Polacy mają możliwości dostania się na wymarzone studia pogorszone w stosunku do swych litewskich rówieśników.
Od wyniku egzaminu zależy też, czy maturzysta dostanie się na studia bezpłatne, czy płatne — w związku z tym mniej Polaków ma szanse na studia bezpłatne.

  • Zaprzestanie dyskryminowania polskiej oświaty

Na poziomie ministerialnym, rządowym, parlamentarnym, Prezydent, a także w radzie miasta Wilna obecnej kadencji, ma miejsce dyskryminacja polskiej oświaty, sprzeczna także z prawem Republiki Litewskiej, które przewiduje, że żadna reorganizacja szkoły nie może się odbywać bez uzgodnienia jej ze wspólnotą szkolną, czy z Konstytucją Litwy, mówiącą w art. 5 o tym, że „Instytucje władzy służą ludziom”. Szkoły polskie są traktowane w sposób skandaliczny, w jaki nigdy nie zostałyby potraktowane szkoły litewskie ani ich uczniowie. Fakty są następujące:

  • Przeciw reformie oświatowej zebrano podpisy ponad 60 tysięcy obywateli — zostało to zignorowane, podobnie jak argumenty i uwagi rodziców;
  • Wicemer Wilna ds. oświaty Valdas Benkunskas odmawia spotykania się z przedstawicielami wspólnot szkół polskich i uwzględniania ich argumentacji;
  • Szkoła Średnia im. Szymona Konraskiego 31 sierpnia została powiadomiona, że od 1 września nie może kompletować klas 11-12;
  • Szkoła w Jerozolimce została zlikwidowana na skutek presji na rodziców, by zabrali z niej dokumenty swoich dzieci;
  • Szkoła Średnia im. Joachima Lelewela została szantażem zmuszona do zmiany lokalizacji na mniej atrakcyjną i gorzej skomunikowaną — by ustąpić budynku szkole litewskiej, która przez reorganizację została potraktowana nieporównywalnie przychylniej.
  • Egzamin maturalny z języka polskiego ma niższy status (szkolny, a nie państwowy) niż inne języki (angielski, rosyjski, hiszpański etc), a jego wyniki nie są uwzględniane przy rekrutacji na studia — chociaż, np. język rosyjski jest dodatkowo punktowany, to polski nie jest.

Dlaczego to ważne? Tylko normalnie traktowane polskie szkoły mają szanse skupić się na poziomie nauczania i kształceniu, realizowaniu swoich funkcji społecznych — co jest uniemożliwiane przez sztucznie tworzone przeszkody i stałe, konsekwentne zmuszanie do skupiania całej uwagi na walce o przetrwanie.


Autor nie należy do komitetów strajkowych ani organizacji oświatowych, nie jest też członkiem żadnej partii politycznej.

 

Dzień, gdy Wilno przestało istnieć

8 sierpnia każdemu Polakowi kojarzy się dokładnie z niczym — co najwyżej imieninami Dominika i Joanny. Nie uczą się o tym dzieci ani na Litwie, ani w Koronie, nie dowiemy się o tej dacie z podręczników, nie ma o niej filmów dokumentalnych ani sensacyjnych książek. A jest to bezsprzecznie jeden z najtragiczniejszych dni w historii Wilna.

W tym właśnie dniu roku 1655 wojska moskiewskie zajęły bez oblężenia Wilno. Był to pierwszy w historii raz, kiedy miasto znalazło się pod obcym panowaniem, a wiązał się z bezprecedensową rzezią mieszkańców, która trwać miała 3 dni i pochłonęła życie ponad połowy z ówczesnych 45 tysięcy mieszczan.

Dzień wcześniej pod miastem pobito siły polskie, dowodzone przez hetmanów Janusza Radziwiłła, awanturnika i późniejszego kolaboranta z najeźdźcą szwedzkim, oraz Wincentego Gosiewskiego, którzy bardziej niż najeźdźców, nienawidzili siebie nawzajem. O przegraną bitwę i stracenie miasta, które po zdobyciu przez Rosjan Aleksego I Romanowa i kozaków Iwana Złotareńki płonęło przez 17 dni, oskarżali się nawzajem, zarzucając sobie tchórzostwo i pazerność.

Spod rosyjskiej okupacji, trwającej aż pięć lat, Wilno wyzwolił Michał Kazimierz Pac — który na pamiątkę tego wydarzenia ufundował kościół św. Piotra i Pawła, zbudowany w miejsce spalonej przez Moskali świątyni. Wilno nieprędko podniosło się z gruzów — dopiero w dwieście lat po rzezi ponownie liczba mieszkańców przekroczyła 45 tysięcy, wiele zaś bezcennych zabytków zostało bezpowrotnie zniszczonych.

Najsmutniejszym dziś jednak aspektem tej daty, niosącej wspomnienie o najtragiczniejszej — obok ludobójstwa w Ponarach — rzezi mieszkańców miasta, jest to, że nikt o niej nie pamięta.

Rok 2014. Najważniejsze wydarzenia na Wileńszczyźnie

Końcówka roku zawsze jest okazją do pewnych podsumowań. Tak też chciałbym podsumować ten rok dla Wileńszczyzny. Od razu zapowiadam, że nie będę się silił na „dosiągnięcie” ilości zdarzeń do jakiejś okrągłej liczby, robił „Top-10” czy podobne rzeczy. Po prostu chcę wymienić rzeczy, które rzeczywiście stworzyły nową jakość, będą owocowały w przyszłości, lub są szczególnie dla czegoś symptomatyczne.

1. Otwarcie studiów drugiego stopnia na Wydziale Ekonomiczno-Informatycznym w Wilnie Uniwersytetu w Białymstoku, czyli Filii UwB. 

Polska uczelnia wyższa w Wilnie była marzeniem polskiej inteligencji od czasów Pieriestrojki. Marzeniem niespełnionym, mimo życzliwości i wsparcia ze strony Rodaków z Macierzy. Wierzę, że Filia, działająca od 2006 roku, jest zalążkiem takiej właśnie uczelni. Na razie można na niej studiować ekonomię i informatykę, oferuje także studia podyplomomowe z ekonomii. Otwarcie studiów magisterskich z ekonomii jest ogromnym krokiem, wejściem uczelni na nowy poziom. Dziekan FIlii, profesor Jarosław Wołkonowski zapowiada, że w przyszłym roku uruchmione zostaną także studia licencjackie z europeistyki.
Posiadanie własnej uczelni to nie tylko możliwość studiowania w języku ojczystym na miejscu, w Wilnie, ale przede wszystkim społeczność akademicka, funkcjonująca w polskim środowisku i to środowisko wzbogacająca.
Uniwersytet w Białymstoku powstał w roku 1968 jako filia Uniwersytetu Warszawskiego. Samodzielną placówką stał się w roku 1997. Mam nadzieję, że tak też kiedyś będzie z dzisiejszą Filią.

2. Przejście Akcji Wyborczej Polaków na Litwie do opozycji

AWPL było w koalicji przez niemal dwa lata. Mimo wszelkich starań, nawet w obliczu wojny na Ukrainie, która teoretycznie powinna — na skutek zbieżności interesów i wspólnego zagrożenia — zbliżać Polaków i Litwinów, nie udało się przełamać niechęci litewskich polityków do załatwienia kilku szalenie prostych spraw. Kwestie publicznego używania języka polskiego, oryginalnej pisowni nazwisk, odwołania skandalicznej reformy oświatowej, restytucji mienia — pozostały nierozwiązane. Oficjalnym powodem był konflikt o stołki, mniej oficjalnym — fakt, że premier nie potrafił się zdecydować, jaką ma opinię na jaki temat, a projekt Ustawy o Mniejszościach Narodowych przekazano do kolejnego „poprawiania”, którego skutkiem miało być skreślenie punktów o dwujęzycznych napisach i używaniu języka mniejszości w urzędach. Argumentacja powalała — „tylko Polacy tego chcą, a nie ma sensu przyjmować specjalnej ustawy dla jednej mniejszości”.
Ciekawostką jest zaś to, że wszyscy ci, którzy przez półtora roku postulowali wystąpienie AWPL z koalicji rządzącej, byli z przejścia partii do opozycji najbardziej niezadowoleni.

3. Odnowienie „Czarnego Anioła” na Starej Rossie

Pomnik nagrobny Izy Salmanowiczównej jest wizytówką Starej Rossy, zachwycają się nim turyści i rodowici wilnianie. Od lat wymagał remontu, który w końcu udało się przeprowadzić. Za środki z Polski, z inicjatywy kierowanego przez panią Alicję Klimaszewską Społecznego Komitetu Opieki nad Starą Rossą. Udział państwa litewskiego ograniczył się do stawiania biurokratycznych barier.
W pewnych tematach się nic nie zmienia.

4. „Rozwiązanie” kwestii dwujęzycznych napisów w rejonie solecznickim

Krucjata namiestnika rządu na okręg wileński Audriusa Skaistysa dobiegła końca po tym, jak nowy (poprzedni, Bolesław Daszkiewicz, udał się na emeryturę, chociaż w tym kontekście można to uznać za wewnętrzną emigrację przed represjami) dyrektor administracji rejonu, zagrożony karami liczonymi już tym razem w setki tysięcy litów, dopilnował, by w rejonie nie został ani jeden polski napis.
Pociechą ma być ponoć fakt, że zmieniono przepisy wykonawcze i teraz „oficjalne” nazwy ulic mają być na słupkach, a te na domach mogą już sobie wisieć. Tylko co z tego, skoro ludzie zostali już zastraszeni i komorniczym terrorem zmuszeni do usunięcia tych tabliczek z domów, a na postawienie słupków nie ma środków? Tym bardziej, że chodzi przecież o uznanie naszego prawa do publicznego i oficjalnego używania języka ojczystego, a nie zabawę w słupki.

5. Przyjęcie Ustawy o Bezpieczeństwie Cybernetycznym

Co prawda, w nieco ograniczonej formie w stosunku do pierwotnego projektu, ale nadal antydemokratycznej w założeniu i tworzącej mechanizmy państwa policyjnego. Ustawa w takiej formie może być i na pewno będzie wykorzystywana przeciw Polakom.

6. Nowe zasady finansowania mediów polskich

Dzięki wspólnym wysiłkom zainteresowanych, udało się razem z Ministerstwem Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej wypracować spójniejszy i logiczniejszy mechanizm dotowania mediów polonijnych, niż dotychczas. Zmiany dotyczą m.in. trybu finansowania (media jednego państwa otrzymują dotacje za pośrednictwem jednej organizacji wnioskującej z Polski) oraz jego okresu (dotacja przyznawana jest na 2 lata, a nie na rok, jak poprzednio). Nadal jest nad czym pracować, ale nowy model pozwoli prasie na pewną stabilizację finansową i możliwości planowania, a więc także rozwój.

7. Uruchomienie nowego portalu „Kuriera Wileńskiego”

Nowa odsłona internetowego wydania „Kuriera” http://kurierwilenski.lt była długo oczekiwanym dzieckiem — sześć lat funkcjonowania poprzedniej wersji to cała epoka. Nowa strona wciąż jest rozwijana i dopracowywana, borykamy się z notorycznymi atakami cybernetycznymi, ale najważniejszy krok został dokonany i docenili to też czytelnicy, których liczba w ostatni kwartale roku wzrosła.

8. Powołanie Departamentu ds. Mniejszości Narodowych

Temat tak naprawdę zastępczy, bo nowy departament ma mieć 15 etatów i 200 tyś. litów budżetu (czyli w zasadzie budżet ma wystarczyć na utrzymanie tych 15 etatów i niewiele więcej). Zanim został zlikwidowany przez rząd Andriusa Kubiliusa, poprzedni departament zajmował się wspieraniem mniejszości w ten sposób, że jedną piątą budżetu wydawał na zakup litewskich czytanek do polskich przedszkoli, a resztę na litewskie rządowe szkoły w rejonie solecznickim. Ale za to dobrze to wyglądało międzynarodowo, że się państwo troszczy o mniejszości.
Ten punkt się znalazł w rankingu ze względu na swoją symptomatyczność — pokazuje bowiem, że litewska klasa polityczna zamiast realnie rozwiązywać istniejące problemy, woli udawać ich rozwiązywanie poprzez tworzenie urzędniczych etatów dla kolejnych szwagrów. W ten sposób rosnąca biurokracja będzie bohatersko radzić sobie z problemami tworzonymi przez rosnącą biurokrację.

9. Wydanie płyty „Muzyczne Rodowody: Litwa

Bo bardzo ważne jest uświadomienie nam samym, co mamy, i że nie jesteśmy gorsi. Pod względem muzycznym to był wyśmienity rok, gdyż zaistniało bądź rozwinęło się mnóstwo projektów, które, poza niewątpliwymi talentami zaangażowanych osób, pokazały jedno — śpiewanie po polsku jest cool.


 

Ważnych wydarzeń było z pewnością o wiele więcej, celowo jednak wolałem skupić się na takich, które często są pomijane czy bagatelizowane, albo przykrywane tematami zastępczymi.

„Polscy nacjonaliści“ — co chce przez to powiedzieć litewska bezpieka

Litewska bezpieka nie po raz pierwszy podejmuje agresywne kroki w stosunku do Polaków

Litewska bezpieka nie po raz pierwszy podejmuje agresywne kroki w stosunku do Polaków. Fotomontaż mojego autorstwa.

W ubiegłym tygodniu opublikowany został raport Departamentu Bezpieczeństwa Państwowego Republiki Litewskiej (Valstybės Saugumo Departamentas, dalej będę używał skrótu VSD lub po prostu słów „bezpieka“ i „sauguma“), zatytułowany „Ocena zagrożeń dla bezpieczeństwa państwowego“, w którym po raz pierwszy wśród tych zagrożeń wymieniono tak otwarcie Polaków na Litwie. W rozdziale, zatytułowanym „Ekstremizm i terroryzm“ i zajmującym półtorej strony, czytamy:

„W ciągu paru ostatnich lat na Litwie Południowo-Wschodniej ostatecznie uformował się ruch skrajnych polskich nacjonalistów. W ocenie VSD, pierwotną przyczyną pojawienia się tego ruchu była dość silna izolacja socjalna i kulturalna społeczności polskiej na Litwie, ale podstawowy impuls dały aktywniejsza w ostatnich latach działalność i kontakty na Wileńszczyźnie prawicowych organizacji z Polski. W ocenie VSD, wspomniany twór nie stanowi zagrożenia dla integralności terytorialnej Litwy, ale jego działalność i osobne incydenty mogą nasilać napięcie etniczne na Litwie Południowo-Wschodniej, powodować negatywne nastawienie społeczeństwa państwa w stosunku do polskiej społeczności na Litwie.“

Co zatem ten akapit oznacza i jakie ma to implikacje dla nas, Polaków na Litwie?

Przede wszystkim, między bajki należy włożyć teksty o „powstaniu“ czy „ostatecznym ukształtowaniu się“ jakiegoś „ruchu skrajnych polskich nacjonalistów“. Społeczność polska ani żadna z jej organizacji nie wystąpiła z jakimiś nowymi postulatami czy działaniami, nie zostały też zarejestrowane żadne nowe organizacje, które by takie hasła głosiły — a histeryczne krzyki pewnych środowisk o „nielegalnej filii ONR w Wilnie“ należy uznać za polityczne delirium. Co zatem się stało, że bezpieka pisze o problemie „skrajnego polskiego nacjonalizmu“? Otóż, w październiku 2012 roku Akcja Wyborcza Polaków na Litwie przekroczyła — po raz pierwszy w historii — pięcioprocentowy próg wyborczy i weszła do koalicji rządzącej. Jest siłą polityczną, na którą głosuje 60% uprawnionych do udziału w wyborach Polaków, z którą trzeba się liczyć — a AWPL od zawsze jest atakowana jako „polscy szowiniści“, a postulaty polskiej pisowni nazwisk czy nawet sam fakt istnienia polskich szkół określa się nierzadko jako „antypaństwowe“ czy „nacjonalistyczne“, więc VSD tylko dołącza do tej fali oszczerstw.

Bardzo dużo mówią też powody rzekomego powstania opisywanego „ruchu“, podane przez saugumę — które sugerują także, jakie środki należy przedsięwziąć, by je zlikwidować. O „zacofaniu“ czy „izolacji“ Wileńszczyzny zawsze się mówi, kiedy ma na celu wprowadzenie rozwiązań, uderzających w Polaków. „Integrowanie“ Polaków do społeczeństwa było głównym argumentem antypolskiej reformy oświatowej, poważnie ograniczającej zakres używania języka polskiego w szkołach na Wileńszczyźnie. „Zmniejszenie izolacji“ było głównym celem tzw. programu rozwoju Litwy Południowo-Wschodniej, w ramach którego budowano rządowe litewskie szkoły, zwane przez niektórych inkubatorami lituanizacji. Ostatecznie, „rezerwatem“ Wileńszczyznę nazywał ostatnio socjaldemokrata, sygantariusz Aktu Odrodzenia Niepodległości Litwy Aloyzas Sakalas, nawołując do pozbawienia Polaków politycznej reprezentacji.
To zaś, że bezpieka zignorowała rzeczywiste powody ewentualnej radykalizacji, jakimi jest marginalizowanie Polaków przez państwo litewskie, tzw. „pełzająca dyskryminacja“, łamanie praw mniejszości narodowych oraz obrażanie i poniżanie Polaków przy każdej okazji przez polityków litewskich — sugerować może, że działania takie nie spotykają się z potępieniem, a może nawet cieszą się wsparciem lub są nawet inspirowane przez VSD.

Dlaczego wzmianka o Polakach pojawiła się w raporcie bezpieki właśnie teraz, skoro nie pojawiły się żadne okoliczności wewnętrzne ani zmiany struktury społeczności polskiej, które by usprawiedliwiały tego rodzaju opinie VSD? Ze względu na sytuację na Ukrainie.

Nie jest szczególną tajemnicą, że Litwa de facto rządzona jest przez obecnych i byłych depeków (od Departamentu Bezpieczeństwa), nierzadko pracujących w bezpiece jeszcze od czasów komuny — oraz zaprzyjaźnionych z nimi oligarchów, polityków (ze wszystkich opcji), urzędników i organizacji. Nie jest także wielką tajemnicą bliskość służb litewskich oraz rosyjskich. Dlatego tzw. „kryzys ukraiński“ sauguma chce wykorzystać, by podjąć kolejne kroki na drodze do likwidacji polskiej społeczności, która niechętnie poddaje się kontroli służb i do tego ma wsparcie z Macierzy. A wydarzenia na Ukrainie i rosyjska agresja na Krym są właśnie doskonałą okazją, by ponownie wobec Polaków zastosować scenariusz z początku lat dziewięćdziesiątych — oskarżyć o działalność antypaństwową i spacyfikować, najlepiej przy wsparciu polityków z Polski, którzy wówczas gotowi byli Polaków na Litwie „złożyć na ołtarzu dobrych relacji Sąjūdisu i Solidarności“, a dziś — w opinii VSD — mogliby to powtórzyć w imię jedności krajów UE w obliczu kremlowskiej ofensywy. Wówczas zostaliśmy pozbawieni reprezentacji politycznej w samorządach, a władze komisaryczne rozkradały polską ziemię i pacyfikowały mieszkańców podwileńskich wiosek. Co zgotują nam tym razem? Lepiej, żebyśmy nie musieli się przekonywać. Ale nasilona inwigilacja polskiej społeczności i działania tych służb w nas wymierzone są już faktem.

Język polski musi stać się na Wileńszczyźnie urzędowym — dla naszego dobra

Język ojczysty nie może być powodem do wstydu

Język ojczysty nie może być powodem do wstydu

Jednym z postulatów, od początku litewskiej niepodległości podnoszonych przez polską społeczność na Litwie, jest wprowadzenie języka polskiego jako języka urzędowego na Wileńszczyźnie. Prawo takie przewiduje także traktat polsko-litewski oraz inne międzynarodowe zobowiązania przez Litwę przyjęte. Niektórzy jednak nie rozumieją, po co nam to.

Rzeczą oczywistą jest, że Polacy na Litwie nie pojawili się podczas jakiejś fali migracji, zarobkowej to czy politycznej, tylko od zawsze są u siebie, złotymi zgłoskami zapisując się w historii regionu. Dlatego też naszym prawem moralnym jest, by na ziemi, na której od wieków kwitnie polska kultura, zraszana regularnie polską krwią i polskim potem, mogła być używana mowa polska. Europejskie tradycje ochrony praw grup mniejszościowych także przewidują takie rozwiązania, które funkcjonują w praktycznie całej Europie — zaczynając od Szwecji i Finlandii, a kończąc na Hiszpanii, Włoszech czy Chorwacji.

Jednak argumenty prawne i moralne nie zawsze docierają, kiedy w brzuchu burczy. Za takim rozwiązaniem przemawiają jednak także argumenty ekonomiczne — które są najpoważniejsze, jeśli chcemy politykę prowadzić w oparciu o interesy, a nie emocje.

A brzuch burczy o tym, że dziś na Litwie język polski nie jest potrzebny. Nie zdaje się z niego egzaminu państwowego, nie liczy przy rekrutacji na studia, nikt też nie wymaga jego znajomości przy poszukiwaniu pracy, a poza bardzo nielicznymi wyjątkami nie jest nawet traktowana jako zaleta. Za mówienie po polsku w pracy pracownikom Kolei Litewskich grozi obcięcie premii, a gdy któryś z samorządów wspomniał w ogłoszeniu o pracę, że znajomość języka polskiego u kandydatów jest mile widziana, wybuchła afera.

W związku z — między innymi — powyższym, uczniowie szkół polskich nie przykładają się do nauki swego języka ojczystego, nie inwestują czasu w poznawanie jego literatury (jednej z najbogatszych w świecie!), a poza murami szkoły z poprawną polszczyzną w ogóle kontaktu prawie nie mają, więc zapominają ojczystego języka na rzecz sztucznego miksu, tworzonego z zaczerpnięć z rosyjskich filmów, litewskich promocji w markecie i angielskich piosenek na antenie polskiego radia.

Dlatego uczynienie języka polskiego językiem urzędowym podniosłoby rangę polszczyzny także w szkole. Znajomość języka polskiego stałaby się potrzebna, a więc jego uczenie się także. Szkoły byłyby zmuszone inwestować więcej w nauczanie języka polskiego, potrzebni staliby się także poloniści i studia polonistyczne, a wileńscy Polacy staliby się o wiele konkurencyjniejsi na rynku pracy w stosunku do osób przyjezdnych, nie znających lokalnego języka urzędowego — ukróciłoby więc zatem także napływ ludności z innych regionów Litwy (w ten sposób skorzystałyby także te regiony, tracące obecnie gros ludności na rzecz Wilna).

Idąc dalej, należy także zauważyć, że Wileńszczyzna stałaby się w ten sposób również atrakcyjniejsza dla ewentualnych inwestorów z Polski, gdyż nie musieliby ponosić kosztów tłumaczenia dokumentów. O takich korzyściach gospodarczych w tym momencie możemy jedynie pomarzyć. O tym, że tego typu współpraca gospodarcza (analogicznie, mogący prowadzić dokumentację po polsku przedsiębiorcy z Wileńszczyzny mieliby ułatwione inwestowanie i szukanie partnerów w Polsce) przyniosłaby zyski pozwalające na więcej niż pokrycie niewielkich w sumie kosztów dwujęzycznej administracji, można się przekonać choćby na przykładzie regionów, które wprowadziły podobne rozwiązania, jak choćby Tyrolu Południowego na północy Włoch.

Dlatego każdy świadomy Wilniuk, dbający o dobro swego regionu, powinien nie tylko popierać, ale też aktywnie żądać jak najszybszego wprowadzenia języka polskiego jako urzędowego na terenie całej Wileńszczyzny. Przykład zaś wielojęzycznej urzędowo Szwajcarii pokazuje, że takie rozwiązanie nie tylko nie stanowi zagrożenia dla autentycznych lokalnych dialektów, ale wręcz je wzmacnia.

Polityka, emocje i Waldemar Tomaszewski

Emocje w polityce są złym doradcą

Emocje w polityce są złym doradcą

Po głośnym wyjściu z przemówienia Vytautasa Landsbergisa 13 stycznia posłów Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, nie cichną dyskusje na temat przyszłości polskich postulatów, Polaków w koalicji, polityki walki o polskość na Litwie czy relacji polsko-litewskich w ogóle. Kampania przedwyborcza do Parlamentu Europejskiego rozpoczęła się na dobre, co widać choćby po promowaniu w mediach (nawet prowadzonym przez uważanego za liberała Rimvydasa Valatkę portalu 15min) internetowej inicjatywy z hasłem „postarajmy się, by w następnych wyborach [Waldemar Tomaszewski] nie dostał się do Europarlamentu”. Wrą emocje.

Dlatego śmieszne są trochę zarzuty o to, że owo wyjście posłów z sali parlamentarnej było podyktowane emocjami (myślę, że nie było, a emocje samych posłów grały rolę drugorzędną), a zarazem wymienianie przez tych samych komentatorów tego, że „Litwini nas nie lubią” jako skutku protestu polskich posłów. Bo czym argument o sympatii jest, niż właśnie odwoływaniem się do emocji czytelnika? Czytaj dalej