„Polak Roku 2015” — fakty i mity

W najnowszej odsłonie plebiscytu „Polak Roku”, organizowanego przez jedyny poza granicami Polski dziennik ukazujący się 5 razy w tygodniu „Kurier Wileński”, zwycięzcą został ksiądz prałat Józef Aszkiełowicz. O ile sama osoba zwycięzcy ani jego zasług nie budzi żadnych wątpliwości, to duże dyskusje wywołał sposób opublikowania wyników i inne zmiany, które nastąpiły w konkursie.

Najważniejszą zmianą było to, że Kapituła uzyskała prawo głosu. Dotychczas o wyborze „Polaka Roku” decydowali wyłącznie czytelnicy nadsyłający kupony, w tym roku głosy czytelników stanowią 50% oceny, a drugie 50%  — to właśnie wybór Kapituły, w skład której wchodzą także wszyscy poprzedni laureaci plebiscytu. Była to zmiana od dawna dyskutowana, sam poruszałem ten temat jako członek funkcjonującej 6 lat temu Rady Programowej „Kuriera Wileńskiego”.

Pojawiły się zarzuty, że redakcja dokonała manipulacji, nie publikując szczegółowych wyników plebiscytu, z rozkładem na ilość kuponów, nadesłanych na każdego kandydata, jak i głosów Kapituły — w związku z czym nie widać, kto zajął miejsce drugie, a kto dziesiąte. Opublikowana została nawet nieoficjalna kolejność, w jakiej uplacować się mieli poszczególni kandydaci.

Manipulacji nie ma. Przede wszystkim, są to wybory jednego „Polaka Roku”, a znalezienie się w dziesiątce kandydatów — a zatem, zdobycie zaufania zgłaszających czytelników jak i poparcia Kapituły — jest także wyróżnieniem. I nie ma znaczenia, czy ktoś był drugi, ósmy czy dziesiąty. Poza tym, zaważyła kwestia praktyczna — w latach poprzednich niektórym osobom było przykro, że zdobyły mniej głosów niż inni kandydaci, pojawiały się złe emocje, a część zgłoszonych kandydatów rezygnowała z udziału w plebiscycie. I właśnie takim sytuacjom zapobiec ma niepublikowanie „rankingu” — w plebiscycie bowiem chodzi o wyróżnienie najbardziej w danym roku zasłużonych osób, albo takich, które zaskarbiły sobie z tych czy innych względów sympatię czytelników. Chodzi o dobre emocje, a nie kolejną okazję do sporów — tych wystarczy bowiem co roku przy dyskusjach, dlaczego ta czy inna osoba się w ogóle w dziesiątce znalazła…

Pojawił się także zarzut, jakoby „5 z 10 członków kapituły są z AWPL”. Nie jest to prawda. Kapituła, składająca się z laureatów poprzednich lat, liczy 16 członków. I o ile rzeczywiście, część z nich należy do AWPL (trudno chyba, żeby przedstawiciele jedynej polskiej partii na Litwie, najbardziej widoczni publicznie, nie zostawali laureatami tytułu „Polak Roku”?), to w jaki sposób ma to mieć się do zwycięstwa bezpartyjnego przecież kapłana, który wygrał tak głosami Kapituły, jak i czytelników? Zresztą, w tym roku się okazało, że Kapituła i Czytelnicy byli bardzo zgodni w swoim typowaniu, co świadczyć może jedynie o wysokiej reprezentatywności plebiscytu.

Polityka, emocje i Waldemar Tomaszewski

Emocje w polityce są złym doradcą

Emocje w polityce są złym doradcą

Po głośnym wyjściu z przemówienia Vytautasa Landsbergisa 13 stycznia posłów Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, nie cichną dyskusje na temat przyszłości polskich postulatów, Polaków w koalicji, polityki walki o polskość na Litwie czy relacji polsko-litewskich w ogóle. Kampania przedwyborcza do Parlamentu Europejskiego rozpoczęła się na dobre, co widać choćby po promowaniu w mediach (nawet prowadzonym przez uważanego za liberała Rimvydasa Valatkę portalu 15min) internetowej inicjatywy z hasłem „postarajmy się, by w następnych wyborach [Waldemar Tomaszewski] nie dostał się do Europarlamentu”. Wrą emocje.

Dlatego śmieszne są trochę zarzuty o to, że owo wyjście posłów z sali parlamentarnej było podyktowane emocjami (myślę, że nie było, a emocje samych posłów grały rolę drugorzędną), a zarazem wymienianie przez tych samych komentatorów tego, że „Litwini nas nie lubią” jako skutku protestu polskich posłów. Bo czym argument o sympatii jest, niż właśnie odwoływaniem się do emocji czytelnika? Czytaj dalej

Getto, do którego się pchamy

Ponad już miesiąc temu wykazałem, że mówienie o rzekomym polskim „etnicznym getcie” jest po prostu stosowaniem wygodnego szablonu myślowego, pozwalającego nadać negatywne konotacje wszelkim ideom lub osobom, które używającym tego słowa-klucza się nie podobają.

Czy jednak fakt, iż nie mamy polskiego getta, oznacza, że nie ma żadnego? Otóż nie. Getto etniczne na Litwie istnieje i się barykaduje w najlepsze. Etniczne getto litewskie.

Zanim mnie, drogi Czytelniku, zapytasz, jak to jest możliwe, że naród tytularny jakiegoś państwa w tymże państwie tworzy własne etniczne getto, chociaż stanowi znakomitą większość populacji — po prostu przyjmij na moment założenie, że tak się dzieje. Wszak kraina to wyjątkiem i absurdem płynąca.

Otóż Polacy na Litwie chcą za wszelką cenę akceptacji litewskiego getta, wpuszczenia w jego zaułki i bycia skrojonymi w jego bramach z portfeli i godności. To parcie godne lepszej sprawy jest też parciem masochistycznym w sposób tak oczywisty, że stado nasze tym aktywniej w nim bierze udział, im bardziej widać, że ani jesteśmy temu gettu potrzebni, ani że — tak naprawdę — nie ma w nim niczego, po co warto tam być.

Tak zatem większość Polaków na Litwie podpisuje się na Facebooku i w mailach zlitewszczonymi wersjami swoich imion i nazwisk (są jeszcze tacy, którzy piszą się w ogóle cyrylicą, ale tę patologię zostawmy dla specjalistów), część swoje profile w sieciach społecznościowych prowadzi w języku litewskim (mniejsza tam o to, że 90% znajomych to Polacy i Rosjanie, a ustawienia prywatności nie pozwalają na oglądanie profilu nieznajomym — ale jakby jakiś Litwin się włamał na nasze konto, to niech wie, że Polacy nie gęsi i język państwowy znają!).

Tak oto i Polka, wychodząc za Polaka, przy zmianie nazwiska dodaje sobie końcówkę -ienė czy modną ostatnio -ė, chociaż nikt tego nie wymaga. Potomstwu ponadają imiona „neutralne” bądź litewskie. Po czym dzieci polskiego małżeństwa wędrują do litewskiego przedszkola i szkoły — „żeb w życiu łatwiej byłob”. Co prawda, takie małe z dziadkami już się nie dogada, ale niech z życia odchodzą w pokoju — ofiara spełniona. Niektóre dziewczęta idą przed ciosem i jeszcze przed zamążpójściem zmieniają sobie nazwisko panieńskie.

We włazidupstwie prześcigamy się też w innych kwestiach. Polacy (Rosjanie też, ale na to niech ich właśni rodacy narzekają) służą i w wojsku litewskim, i w tolerujących skrajnie szowinistyczne postawy Ochotniczych Siłach Ochrony Kraju (z których wywodzi się m.in. Wioleta Iljinych [więcej w KW z dnia 3 maja 2008 r.] i rzesza patriotycznej młodzieży, maszerującej 11 marca z hasłami „Litwa dla Litwinów”, a w wolnym czasie napadających kupą na kibiców „Polonii” Wilno), dają się wciągać w działalność Związku Strzeleckiego (szaulisów) i nawet później propagują tę działalność w polskich szkołach. Niektórzy też dołączają do litewskich skinów w ich walce z wrogami ojczyzny, czyli Polakami.

Osobną kwestią są aspiracje showbiznesowe. W dziedzinie kultury Polacy radzą sobie nie gorzej, niż statystyka by nakazywała — Gabriela Vasiliauskaitė i Katarzyna Niemyćko z powodzeniem biorą udział w telewizyjnych konkursach, Polacy niemal co roku starają się o reprezentowanie Litwy na Eurowizji i Ewelinie Saszenko to się nawet udało. Widać też jednak, że często droga do gwiazd wiedzie nie tylko przez trudy, ale też upokorzenia. W telewizji niejednokrotnie widać „wyjątkowe” traktowanie naszych rodaków i rodaczek — a to jakieś podsrywajki zamaskowane jako „żart”, a to uporczywe udawanie, że się nie wie, jak wymówić nazwisko — przykłady można mnożyć.

Próby takie i inne (działalność Polaków w litewskich organizacjach społecznych i partiach politycznych, różne smarkacze podlizujące się Litwinom na FB i w komentarzach etc. etc.) zostania zaakceptowanym przez litewskie getto podejmowane są bez mała od dwudziestu lat. Niezmiennie jednak spływają na niczym, czego próbujący niezmiennie nie dostrzegają.

Mimo podpisania Aktu 11 Marca przez trzech Polaków, wypomina się nam w kółko tych, którzy go nie podpisali, wykorzystując to jako argument za rzekomą „nielojalnością” Polaków. Mimo aktywnego zaangażowania Polaków w działalność partii politycznych, żadna z nich żadnego z polskich problemów nie rozwiązała — a w ciągu dwóch dziesięcioleci tylko je napiętrzyły. Mimo podlizywania się i często demonstratywnego wyrzekania się własnej tożsamości, nikt takich osobników za Litwinów nie uznał ani nie zaczął lubić — dla swoich to zdrajcy, a dla „nowych swoich” — też zdrajcy, którzy równie dobrze mogą zdradzić i ich, traktuje się więc ich jako mało pewnych.

Po dwóch dekadach przelizywania sobie drogi do litewskiego getta, nachalnego demonstrowania coraz bardziej groteskowej „lojalności”, przyjmowania postawy „nie drażnijmy braci Litwinów”, zaklinania się w prywatnych rozmowach „że to tylko Tomaszewski taki niesympatyczny, a my kochamy Litwę i nie chcemy żadnych nazwisk i szkół” — jesteśmy społecznością materialnie i duchowo uboższą niż 20 lat temu, mniej liczną i nadal bez praw, na których zdaje się nam coraz mniej zależeć, nadal nie mniej pogardzaną, a litewskie media nadal za szczyt humoru uważają pokazanie głupiego, pijanego i brudnego Polaka z wąsem, mówiącego „Wilno naše!” w trakcie polskiej imprezy, prania skarpet, wyborów i siedzenia na kiblu też.

Skoro zatem nas w tym getcie nie chcą, a zyski z trafienia do niego są wysoce wątpliwe — to może nie tędy droga?

Dlaczego AWPL przeszła przez próg?

Zostały już ogłoszone ostateczne wyniki wyborów parlamentarnych w ordynacji wielomandatowej, które rozstrzygnęły losy 70 miejsc w Seimasie. Jak już wiemy, Akcja Wyborcza Polaków na Litwie po raz pierwszy w swej historii przekroczyła próg wyborczy i uzyskała 5,83 proc. ogółu głosów, zdobywając w ten sposób 5 mandatów poselskich.

Pojawiły się z tej okazji głosy twierdzące, że to wynik przekształcania AWPL w partię o profilu mniej regionalnym, a bardziej ogólnokrajowym, czy że sukces ten polskie ugrupowanie zawdzięcza odejściu od rzekomo „konfrontacyjnej“ i „nacjonalistycznej“ retoryki i zaskarbionym w ten sposób głosom wyborców litewskich. I o ile przekształcanie się Akcji w partię o szerszym zasięgu geograficznym i programowym staje się faktem, to o tyle z drugą tezą nie sposób się zgodzić.

Porównajmy zatem wyniki AWPL z ostatnich wyborów z wyborami parlamentarnymi z roku 2008:

2008: 59 237 głosów (4,79% całości) z ogółu 1 236 716 oddanych głosów.
2012: 79 825 głosów (5,83% całości) z ogółu 1 310 420 oddanych głosów.

Widać zatem, że w tegorocznych wyborach Akcja zdobyła o 20588 głosów więcej, niż w poprzednich. Jak jednak wygląda rozkład tych 20 tysięcy na okręgi wyborcze?

W większości okręgów zanotowano wzrost ilości głosów, oddanych na AWPL. Jeśli się zobaczy na średni wzrost o 290 głosów w każdym z okręgów, to rzeczywiście może się wydawać, że partia zdobyła sobie jednakową sympatię wszystkich. Jednak najczęściej jest to wzrost rzędu 7 głosów, a w połowie okręgów wzrost nie przekroczył 40 głosów.

Gdzie zatem AWPL zyskało? Wzrost powyżej średniej (czyli 290) odnotowano w 19 okręgach, w których łącznie partia zebrała o 18 918 głosów więcej, niż w poprzednich wyborach. Jest to zatem 92 proc. całego wzrostu. Wspomniane 19 okręgów wyborczych to Wilno, cztery okręgi Kłajpedy, oraz okręgi Jeziorossy-Wisaginia, Malaty-Święciany, Wilno-Soleczniki, Wilno-Troki oraz Troki-Elektreny. Kłajpeda oraz Jeziorossy-Wisaginia to okręgi ze znacznym odsetkiem ludności rosyjskojęzycznej, wśród której popularnością cieszy się Alians Rosjan (jego członkowie kandydowali z listy AWPL), pozostałe zaś to tereny z licznym odsetkiem Polaków.

Ponad połowa wzrostu miała miejsce w Wilnie, gdzie na AWPL głos oddało o 11 280 (55% całości wzrostu!) ludzi więcej, niż w cztery lata wcześniej. Jest to też o 60 proc. głosów więcej, niż oddano w Wilnie na AWPL w poprzednich wyborach do Seimasu.

 

Jak więc wynika z powyższych danych, źródeł sukcesu AWPL doszukiwać się należy w Wilnie. I zmiana ta wynika nie tyle ze zmian w retoryce Akcji, co została zafundowana jej przez partie litewskie. Wilno tradycyjnie głosowało chętniej na partie litewskie, niż polską. Jednak przyjęcie ocenianych jako jednoznacznie krzywdzące mniejszości narodowe poprawek do Ustawy o Oświacie przez parlamentarzystów z praktycznie wszystkich sił w parlamencie wielu wyborców odepchnęło od poprzednio wybieranych partii. Zaufania do nich nie odbudowało też liczne wciąganie Polaków na ich listy wyborcze, przez wyborców potraktowane jako tani chwyt na przyciągnięcie ich głosów.

Po części na wynik przełożył się też sukces Akcji w wyborach samorządowych (zawdzięczany ogólnie niskiej frekwencji) i wejście do koalicji rządzącej w Wilnie, oraz modernizacja programu i wizerunku samej partii, co uczyniło ją atrakcyjniejszą dla wyborców z miasta. Z pewnością to nie stwierdzenie Waldemara Tomaszewskiego, że „Jesteśmy u siebie w Wilnie“ (ono właśnie okrzyknięte zostało mianem „retoryki nacjonalizmu i konfrontacji“) ich wcześniej zniechęcało.

Wybory 2012 — co po pierwszej turze?

Mimo pewnych braków, obecne wyniki wyborów parlamentarnych na Litwie są już mniej lub bardziej ostateczne, można zatem pokusić się o pewną ich ocenę.

So Seimasu weszło 7 list wyborczych, wśród nich, po raz pierwszy w historii przekroczywszy próg wyborczy, Akcja Wyborcza Polaków na Litwie (AWPL).

Dla AWPL to zwycięsto pozwala na wprowadzenie do parlamentu 5 posłów z listy i jednego z okręgu jednomandatowego Wilno-Soleczniki (w pozostałych okręgach potrzebna jeszcze będzie druga tura, Akcja ma w niej szanse na zdobycie kolejnych 1-4 miejsc w Seimasie). Dlatego w razie sukcesu w drugiej turze, można będzie mówić o osobnej polskiej frakcji w Seimasie.

Należy jednak mieć na uwadze, że wielkim wysiłkiem okupione zwycięstwo Polaków może być jeszcze trudniejsze do przekucia na polepszenie życia polskiej mniejszości.

Populistyczna Partia Pracy rosyjskiego milionera Wiktora Uspaskicha programu, której lista zdobyła najwięcej głosów, wcale nie musi chcieć się mniejszościami zajmować, nie ukrywa zresztą, że nie traktuje tych tematów priorytetowo.

Litewska Partia Socjaldemokratyczna z kolei, chociaż sporo miejsca w swoim programie wyborczym poświęca mniejszościom, to jednak część jego punktów nie jest dla polskiej mniejszości aktualna (żadnego pożytku Polacy nie mieli z Departamentu ds. Mniejszości Narodowych i Wychodźstwa, kiedy istniał; podobnie marna pociecha z Domu Wspólnot Narodowych), a część socjaldemokraci postulują w sposób, niczym nie różniący się od narodowców (przed wyborami gazeta „Lietuvos Žinios [„Wiadomości litewskie“] zapytała o stosunek partii do pisowni nazwisk w formie originalnej — socjaldemorkaci zadeklarowali, że „tak, ale na innej stronie paszportu“. Identyczne rozwiązanie postuluje nacjonalistyczna skrajna prawica). Należy też pamiętać, że dotychczas u socdemów nie obowiązywała dyscyplina partyjna, jeśli chodzi o kwestie mniejszości, a krzywdząca Polaków Ustawa o Oświacie przeszła też dzięki głosom lewicy.

Wygląda więc na to, że o każdy symboliczny guzik trzeba będzie toczyć zacięte walki niezależnie od tego, czy AWPL znajdzie się w koalicji rządzącej, czy też pozostanie partią opozycyjną. Na razie jednak należy zaczekać na drugą turę wyborów w okręgach jednomandatowych, w których do podziału jest jeszcze 68 miejsc w Seimasie.