Niedźwiedź i Polacy na ulicy Warszawskiej w Wilnie

Fot. Saulius Žiūra, vilnius.lt

Fot. Saulius Žiūra, vilnius.lt

W Wilnie pojawiła się tabliczka z nazwą ulicy w języku polskim — akurat przy ulicy Warszawskiej, centralnie naprzeciw odwiedzanej przez wszystkich turystów z Polski Kwatery Wojskowej Cmentarza na Rossie. Ładnie się prezentuje, chociaż jest to tylko jedna tabliczka po polsku w całym Wilnie. Gest ze strony samorządu też ładny, choć nieszczery.

Dlaczego nieszczery? Warto bowiem wiedzieć, kto za nim stoi i jakimi intencjami się kieruje. I dlaczego właśnie przed wyborami.

Merujący obecnie Wilnu Remigijus Šimašius, bedący także przewodniczącym Ruchu Liberalnego Republiki Litewskiej (Lietuvos Respublikos Liberalų Sąjūdis, LRLS) nie jest bowiem politycznym nowicjuszem. I relacje jego z polską społecznością są, delikatnie mówiąc, niejednoznaczne.

Remigijus Šimašius był w latach 2008-2012 ministrem sprawiedliwości w rządzie Andriusa Kubiliusa. Właśnie w tym rządzie, który przepchnął antypolską ustawę o szkolnictwie, poważnie uderzającą w polskie szkoły i wywracającą do góry nogami egzamin maturalny z języka litewskiego, na co się skarżą także sami Litwini. Za reformą stał partyjny kolega Šimašiusa, Gintaras Steponavičius, bardzo zresztą przez Remigijusa chwalony za „odważne decyzje i niepoddawanie się presji”. Będąc ministrem sprawiedliwości, mógł Remigijus Šimašius rozwiązać sprawy pisowni nazwisk, dwujęzycznych tabliczek z nazwami ulic w rejonach wileńskim i solecznickim, ułatwić kwestie zwrotu ziemi — leżało to w jego gestii, mógł wydać ministerialne rozporządzenia regulujące praktykę urzędową, nieraz mającą wiekszy wpływ na funkcjonowanie państwa, niż ustawy. Nie zrobił nic.

Przed wyborami samorządowymi, które się odbyły 1 marca 2015 roku, postanowił jednak czynić ukłony w stronę polskiej społeczności. Zapowiadał poparcie dla postulatów językowych, obiecywał przychylność, powołał nawet tzw. Komitet Wspólnot Narodowych w ramach swojej partii (w skład którego weszła m.in. Ilona Šedienė, przewodnicząca solecznickiego oddziału antypolskich Tautininków, co jest dostatecznie wymowne). Wydał nawet napisane z błędem gramatycznym naklejki „Ja za żółw”, mające sugerować poparcie dla oryginalnej pisowni polskich nazwisk.

Gdy został merem, podejście do Polaków się jednak zmieniło. Jedna polska szkoła została zlikwidowana (w Jerozolimce), jedna zdegradowana do podstawówki (im. Szymona Konarskiego, zresztą sąd jednej instancji wstrzymał degradację, ale wyższa instancja, kierowana przez kolegę Šimašiusa, wstrzymanie anulowała), a jeszcze jedna za chwilę zostanie zlikwidowana (im. Joachima Lelewela na Antokolu — to właśnie głos Remigijusa Šimašiusa w radzie zaważył o uchwale o degradacji szkoły do podstawówki, po której wystosowano ultimatum: albo opuści budynek na Antokolu i się wyniesie za rzekę, albo zostanie skazana na likwidację).

Polityka Remigijusa Šimašiusa w stosunku do Polaków jest cyniczną grą pustych gestów i symboli. Można sobie w samorządzie wydrukować numerek w kolejce w języku polskim, ale obsłużonym się będzie i tak po litewsku. Strona samorządu niby została zrobiona także „po polsku”, ale z błędami i wybranymi tylko wiadomościami. I zamiast normalnej dwujęzyczności nazw ulic, mamy jedną symboliczną tabliczkę dla pokazania turystom przed wyborami.

Dziwi zatem głos tych Polaków, którzy czynią z owego występu w ramach kampanii wyborczej wiekopomne wydarzenie i przełom, którzy ronią krokodyle łzy, że na odsłonięciu owym nie było przedstawicieli Związku Polaków na Litwie ani nie zorganizowano pod słupek z tabliczką pielgrzymki. Bo z czego się ma cieszyć Związek Polaków na Litwie? Że żąda od blisko 30 lat chleba w postaci normalnej w cywilizowanych krajach dwujęzyczności, a dostaje zdjęcie kanapki i ma się nim cieszyć?


Jest taki dowcip o wyjątkowo niecelnym myśliwym, który chciał upolować niedźwiedzia-gwałciciela. Po kolejnych, upokarzająco nieudanych polowaniach z coraz to nową i droższą bronią, z której wciąż chybiał — miś do niego podchodzi i mówi: „Wydaje mi się, że ty to chyba po prostu lubisz”.

O ileż gorzej od tego myśliwego wypadają ci, którzy uporczywie nie chcą dostrzegać niszczenia polskich szkół, bezczynności w rozwiązywaniu rzeczywistych problemów, związków LRLS z Tautininkami i lansdbergistowskim Związkiem Ojczyzny czy pogrążających ją afer korupcyjnych, a każą się cieszyć z rzuconej im fotografii kanapki. Cóż, smacznego.

Policja, policja nam nie dokucza — w kontekście Igorisa Molotkovasa

Ten tekst broni policji. I jak świat światem, nigdy bym nie pomyślał, że ja — kibic, Polak, narodowiec — stawał będę w obronie litewskiej policji. Rzeczywistość jednak wszelkie takie przewidywania rewiduje, a umiłowanie prawdy i etyka dziennikarska* nakazują to zrobić, przyczyny wyjaśnię dalej.

W czwartek, 19 listopada 2015 roku, Wilno stało się świadkiem niemal stanu wojennego. Na skutek, pośrednio, ataków w Paryżu, jakie przypuścili islamscy terroryści w dniu 14 listopada. Sprawa prezentowała się następująco:

Około godziny 19 policjancji transportowali radiowozem narkomana, wielokrotnie sądzonego i karanego Igorisa Molotkovasa (r. ur. 1991). Zatrzymali się przy komisariacie, funkcjonariusze wszedli byli do środka, w radiowozie zostawiając samego zatrzymanego (skutego, co prawda, kajdankami) a także subkarabinek AKS-74U. Gdy wrócili, nie zastali ani zatrzymanego, ani broni. Szczęściem, radiowóz został na miejscu.

Ta sytuacja wzbudziła panikę — oto bowiem z policyjnym automatem biega po mieście przestępca o niestabilnej psychice, a do tego na głodzie. Głupia sprawa, prawda? Natychmiast zmobilizowano całe siły policyjne okręgu wileńskiego, ponad 3000 funkcjonariuszy (niemal 1/3 wszystkich litewskich policjantów), którzy zaczęli przeczesywać miasto. Włączono jednostkę „Aras” (od greckiego boga wojny — taki litewski SWAT), latały helikoptery, robiono blokady i obławy, jeździły samochody, przeczesywano pustostany, czołgów nie było, bo Litwa nie ma, ale na pewno by też były, gdyby były.

W końcu, po północy, zbiega ujęto w mieszkaniu przy wileńskim dworcu.

W związku z tym pojawiło się wiele memów, ludzie się śmieją z litewskiej policji, organizuje się nawet bieg śladami Molotkovasa, z drugiego końca miasta aż do jego przydworcowego mieszkania (nie wiadomo, czy uczestnicy też dostaną kałasznikowy), a minister spraw wewnętrznych Saulius Skvernelis podaje się do dymisji, zupełnie zresztą bez sensu, bo nie tyle ze względu na samo zajście, co przez od dawna znaną do niego niechęć Prezydenty Dali Grybauskaitė, która i tej okazji nie przepuściła, by mu publicznie napyskować.

No i w tej właśnie sytuacji chcę bronić i ministra, i instytucji litewskiej policji. Bo minister nie powinien ponosić odpowiedzialności politycznej za jednostkowe, niesystemowe incydenty — a taki właśnie miał miejsce. No chyba, że powody dymisji są inne — o nich później i ich też nie popieram.

Policjanci, którzy zostawili samego zatrzymanego w wozie z bronią automatyczną — niewątpliwie wykazali się zbrodniczą głupotą i powinni ponieść tego odpowiedzialność. Zasadne jednak jest pytanie — po co policjanci wożą ze sobą karabinki?

Na drugi dzień po atakach w Paryżu policjantom na Litwie wydano broń automatyczną. Nie byli wcześniej bezbronni — mieli pistolety, gazy, paralizatory elektryczne i pałki. Automaty wydano policjantom w celach czysto propagandowych, nawet bez przeprowadzenia stosownego szkolenia z zakresu ich używania (bo kiedy przed wydaniem ich dla funkcjonariuszy należało go zrobić — w nocy z piątku na sobotę?). Co zresztą poskutkowało tym, że przypadkiem w czasie szarpaniny jeszcze tego samego dnia 15 listopada postrzelony został bezdomny. Stąd wielu funkcjonariuszy broń tą traktuje jako zbędny balast, który trzeba ze sobą targać i który tylko przeszkadza.

Co więcej, od roku 2009, a więc czasu rządów postkomunistycznej partii Związek Ojczyzny: Litewscy Chrześcijańscy Demokraci, finansowanie policji jest systematycznie uszczuplane, a więc na odpowiednie przeszkolenie z zakresu użycia broni automatycznej i tak pewnie nie ma środków. A i wypłaty do zarobków marzeń nie należą.

Na jaw później też wyszła bogata biografia samego zbiega — karany administracyjnie 126 razy, sądowo skazany 15 razy, za kradzieże, rabunki i narkotyki. Obecnie zaś toczy się jeszcze 8 śledztw, w których figuruje, jest także podejrzany o popełnienie ciężkiego przestępstwa (prokuratura nie ujawnia, jakiego), za które grozi kara więzienia do lat 10.

Można zatem rozumować, że do zaistnienia sytuacji, w której policja całego okręgu poszukuje jednego zbiega, doprowadziły trzy patologie. Jedna, to brak odpowiedniego finansowania policji państwowej, pociągający za sobą niski poziom wyszkolenia i motywacji funkcjonariuszy. Druga, to potraktowanie policji jako narzędzia propagandowego poprzez wydanie jej funkcjonariuszom zbędnego (w obecnej sytuacji) i utrudniającego pracę uzbrojenia. Trzecia zaś — to patologia wymiaru sprawiedliwości, w wyniku której wielokrotnie karany i skazany osobnik mógł przebywać na wolności i popełniać dalsze przestępstwa.

W tej całej sytuacji winę zatem ponosi nie policja, tylko system sprawiedliwości i zarządzający nim. I jeśli już ktokolwiek powinien ponieść odpowiedzialność polityczną, to obecny minister sprawiedliwości i jego poprzednicy (w tym obecny mer Wilna Remigijus Šimašius), a nie minister spraw wewnętrznych.

Minister zaś spraw wewnętrznych do dymisji się podać powinien w jednym tylko przypadku. Jeśli te karabinki wydano policjantom w celach propagandowych, a on nie miał na to wpływu. Ale powinien się liczyć z tym, ze jego ewentualny następca, zatwierdzony przez Prezydent, będzie miał wpływu jeszcze mniej — i zdecydować, czy za to właśnie chce ponosić odpowiedzialność na skutek swej dymisji.