Policja, policja nam nie dokucza — w kontekście Igorisa Molotkovasa

Ten tekst broni policji. I jak świat światem, nigdy bym nie pomyślał, że ja — kibic, Polak, narodowiec — stawał będę w obronie litewskiej policji. Rzeczywistość jednak wszelkie takie przewidywania rewiduje, a umiłowanie prawdy i etyka dziennikarska* nakazują to zrobić, przyczyny wyjaśnię dalej.

W czwartek, 19 listopada 2015 roku, Wilno stało się świadkiem niemal stanu wojennego. Na skutek, pośrednio, ataków w Paryżu, jakie przypuścili islamscy terroryści w dniu 14 listopada. Sprawa prezentowała się następująco:

Około godziny 19 policjancji transportowali radiowozem narkomana, wielokrotnie sądzonego i karanego Igorisa Molotkovasa (r. ur. 1991). Zatrzymali się przy komisariacie, funkcjonariusze wszedli byli do środka, w radiowozie zostawiając samego zatrzymanego (skutego, co prawda, kajdankami) a także subkarabinek AKS-74U. Gdy wrócili, nie zastali ani zatrzymanego, ani broni. Szczęściem, radiowóz został na miejscu.

Ta sytuacja wzbudziła panikę — oto bowiem z policyjnym automatem biega po mieście przestępca o niestabilnej psychice, a do tego na głodzie. Głupia sprawa, prawda? Natychmiast zmobilizowano całe siły policyjne okręgu wileńskiego, ponad 3000 funkcjonariuszy (niemal 1/3 wszystkich litewskich policjantów), którzy zaczęli przeczesywać miasto. Włączono jednostkę „Aras” (od greckiego boga wojny — taki litewski SWAT), latały helikoptery, robiono blokady i obławy, jeździły samochody, przeczesywano pustostany, czołgów nie było, bo Litwa nie ma, ale na pewno by też były, gdyby były.

W końcu, po północy, zbiega ujęto w mieszkaniu przy wileńskim dworcu.

W związku z tym pojawiło się wiele memów, ludzie się śmieją z litewskiej policji, organizuje się nawet bieg śladami Molotkovasa, z drugiego końca miasta aż do jego przydworcowego mieszkania (nie wiadomo, czy uczestnicy też dostaną kałasznikowy), a minister spraw wewnętrznych Saulius Skvernelis podaje się do dymisji, zupełnie zresztą bez sensu, bo nie tyle ze względu na samo zajście, co przez od dawna znaną do niego niechęć Prezydenty Dali Grybauskaitė, która i tej okazji nie przepuściła, by mu publicznie napyskować.

No i w tej właśnie sytuacji chcę bronić i ministra, i instytucji litewskiej policji. Bo minister nie powinien ponosić odpowiedzialności politycznej za jednostkowe, niesystemowe incydenty — a taki właśnie miał miejsce. No chyba, że powody dymisji są inne — o nich później i ich też nie popieram.

Policjanci, którzy zostawili samego zatrzymanego w wozie z bronią automatyczną — niewątpliwie wykazali się zbrodniczą głupotą i powinni ponieść tego odpowiedzialność. Zasadne jednak jest pytanie — po co policjanci wożą ze sobą karabinki?

Na drugi dzień po atakach w Paryżu policjantom na Litwie wydano broń automatyczną. Nie byli wcześniej bezbronni — mieli pistolety, gazy, paralizatory elektryczne i pałki. Automaty wydano policjantom w celach czysto propagandowych, nawet bez przeprowadzenia stosownego szkolenia z zakresu ich używania (bo kiedy przed wydaniem ich dla funkcjonariuszy należało go zrobić — w nocy z piątku na sobotę?). Co zresztą poskutkowało tym, że przypadkiem w czasie szarpaniny jeszcze tego samego dnia 15 listopada postrzelony został bezdomny. Stąd wielu funkcjonariuszy broń tą traktuje jako zbędny balast, który trzeba ze sobą targać i który tylko przeszkadza.

Co więcej, od roku 2009, a więc czasu rządów postkomunistycznej partii Związek Ojczyzny: Litewscy Chrześcijańscy Demokraci, finansowanie policji jest systematycznie uszczuplane, a więc na odpowiednie przeszkolenie z zakresu użycia broni automatycznej i tak pewnie nie ma środków. A i wypłaty do zarobków marzeń nie należą.

Na jaw później też wyszła bogata biografia samego zbiega — karany administracyjnie 126 razy, sądowo skazany 15 razy, za kradzieże, rabunki i narkotyki. Obecnie zaś toczy się jeszcze 8 śledztw, w których figuruje, jest także podejrzany o popełnienie ciężkiego przestępstwa (prokuratura nie ujawnia, jakiego), za które grozi kara więzienia do lat 10.

Można zatem rozumować, że do zaistnienia sytuacji, w której policja całego okręgu poszukuje jednego zbiega, doprowadziły trzy patologie. Jedna, to brak odpowiedniego finansowania policji państwowej, pociągający za sobą niski poziom wyszkolenia i motywacji funkcjonariuszy. Druga, to potraktowanie policji jako narzędzia propagandowego poprzez wydanie jej funkcjonariuszom zbędnego (w obecnej sytuacji) i utrudniającego pracę uzbrojenia. Trzecia zaś — to patologia wymiaru sprawiedliwości, w wyniku której wielokrotnie karany i skazany osobnik mógł przebywać na wolności i popełniać dalsze przestępstwa.

W tej całej sytuacji winę zatem ponosi nie policja, tylko system sprawiedliwości i zarządzający nim. I jeśli już ktokolwiek powinien ponieść odpowiedzialność polityczną, to obecny minister sprawiedliwości i jego poprzednicy (w tym obecny mer Wilna Remigijus Šimašius), a nie minister spraw wewnętrznych.

Minister zaś spraw wewnętrznych do dymisji się podać powinien w jednym tylko przypadku. Jeśli te karabinki wydano policjantom w celach propagandowych, a on nie miał na to wpływu. Ale powinien się liczyć z tym, ze jego ewentualny następca, zatwierdzony przez Prezydent, będzie miał wpływu jeszcze mniej — i zdecydować, czy za to właśnie chce ponosić odpowiedzialność na skutek swej dymisji.

O co chodzi z karami za polskie napisy — fakty i dedukcje

Za takie tabliczki są wymierzane kary, wysokość których idzie już w setki tysięcy litów.<br/>Fot. Marian Paluszkiewicz, <a href="http://kurierwilenski.lt/">„Kurier Wileński”</a>

Za takie tabliczki są wymierzane kary, wysokość których idzie już w setki tysięcy litów.
Fot. Marian Paluszkiewicz, „Kurier Wileński”

Niby jest sezon ogórkowy, ale zupełnie bez echa przeszła wieść, że zbliżają się kolejne, jeszcze większe kary za dwujęzyczne tabliczki z nazwami ulic na Wileńszczyźnie. O ile poprzednio dyrektor administracji rejonu solecznickiego Bolesław Daszkiewicz miał do zapłacenia 43 400 litów (i zapłacił, bo komornik zajął mu mieszkanie), to teraz jego następcy (Daszkiewicz wyszedł na emeryturę) grozi kara jeszcze większa. Dziesięciokrotnie.

Podobne represje grożą także dyrektor administracji samorządu rejonu wileńskiego, Lucynie Kotłowskiej.

O co chodzi w sprawie z tabliczkami?

Sprawa zaczęła się w roku 2008, kiedy ówczesny namiestnik rządu na okręg wileński Jurgis Jurkevičius, złożył do sądu skargę na samorządy rejonów wileńskiego i solecznickiego, zamieszkiwanych w większości przez Polaków, oskarżając je o łamanie Ustawy o Języku Państwowym, które polegać miało na tym, że na prywatnych domach mieszkańcy poumieszczali sobie tabliczki z nazwami ulic w dwóch językach — litewskim i polskim. Zgodnie zresztą z obowiązującą wówczas Ustawą o Mniejszościach Narodowych, przewidującą prawo do napisów informacyjnych w języku mniejszości.

Po kilku latach maratonu sądowego (i wygaśnięciu Ustawy o Mniejszościach Narodowych 1 stycznia 2010 roku), sądy nakazały obydwu samorządom usunięcie tabliczek. Samorządy więc je usunęły — z budynków, które do samorządów należą. To jednak nie zadowoliło Jurkevičiusa, który ponownie złożył do sądu sprawę o niewypełnianie przez samorząd wyroku sądu — uznał bowiem, że samorząd powinien był także usunąć dwujęzyczne napisy z domów mieszkańców, a więc — wejść na prywatne posesje i zniszczyć prywatne mienie, jakim są tabliczki, wywieszone przez samych mieszkańców. Wskazał, by karać konkretne osoby — dyrektorów administracji samorządów.

I sądy karały. Kilkakrotnie. Najpierw mniejszymi karami, później większymi. Za każdym razem Jurkevičius żądał kary maksymalnej — 1000 litów za dzień zwłoki w wykonaniu wyroku. Kiedy Jurkevičius w roku 2011 ustąpił ze stanowiska, ówczesny rząd Andriusa Kubiliusa na to stanowiska mianował Audriusa Skaistysa — członka Związku Ojczyzny, szaulisa (jest członkiem zarządu centralnego Związku Strzelców Litewskich, tzw. szaulisów) i członka wileńskiego „Sąjūdisu” (który po odzyskaniu przez Litwę niepodległości swoją wrogość przerzucił z sowietów na Polaków). Skaistys politykę Jurkevičiusa kontynuuje, a zapowiadane kolejne, jeszcze surowsze, wyroki są właśnie tej polityki kontynuacją.

Czy tak być musi?

Oczywiście, że nie. Przede wszystkim, dwujęzyczne tabliczki nie są tak na dobrą sprawę zakazane — żadna ustawa nie mówi, że napisy publiczne mają być wyłącznie w języku litewskim. Można więc odstąpić od ich zwalczania i nie złamać żadnego prawa. Poza tym — wcale nie ma żadnego prawnego obowiązku karania konkretnych osób — administratorów samorządów — za rzekome niewykonanie wyroku. Zaistniała sytuacja jest zatem wynikiem po prostu złej woli, tak polityków, z nadania których swoje funkcje pełni namiestnik Audrius Skaistys, jak również jego samego oraz sądów, które takie wyroki wydają. Wszystko w myśl zasady — daj człowieka, a paragraf się znajdzie.

Po co to zatem?

Skoro „niewykonaniem wyroku” jest obecność choćby jednego polskiego napisu na terenie rejonu  — nawet gdyby poprzednie zostały usunięte, zawsze mogą pojawić się nowe, albo namiestnik może nowe „znaleźć” — może się okazać, że karanie dyrektorów jest swoistym perpetuum mobile, samonakręcającą się maszynką, a te kary się nigdy nie skończą. Zważywszy na to, że nowemu dyrektorowi administracji rejonu solecznickiego za owo „niewykonanie” grozi kara o wysokości nawet pół miliona litów, a kolejne kary będą tylko rosnąć, za każdy kolejny dzień o 1000 litów, może się szybko okazać, że nie będzie chętnych do pełnienia funkcji dyrektora administracji. Czyli — doprowadziłoby to do sparaliżowania funkcjonowania samorządów rejonu wileńskiego i solecznickiego.

Dlaczego komukolwiek miałoby zależeć na paraliżu dwóch przystołecznych samorządów? Dla rodaków z Polski odpowiedź może nie być oczywista, ale Polacy na Litwie mają już doświadczenie w tym temacie. Zablokowanie pracy samorządów byłoby doskonałym pretekstem do wprowadzenia zarządzania komisarycznego w samorządach za pośrednictwem wyznaczonych przez Rząd RL komisarzy, czyli tzw. „zarządzania bezpośredniego” — a takie rozwiązanie od lat postulują środowiska nieprzychylnych Polakom na Litwie szowinistów, wywodzących się z sowieckich struktur. Wprowadzenie dyktatury komisarzy na początku lat dziewięćdziesiątych (wówczas pod pretekstem zwalczania „autonomii” i, swoją drogą, niezgodnie z obowiązującym wtedy prawem) zaowocowało grabieżą ziemi (w samym tylko rejonie wileńskim rozdano ponad 5000 działek budowlanych pod kolonizację Wileńszczyzny) oraz licznymi szykanami wobec Polaków. Przede wszystkim zaś, powstrzymało na kilka lat powstawanie polskiej samorządności, co owocuje także dzisiejszą pozycją naszej społeczności w regionie. Powtórzenie takiego ciosu bardzo by w polską społeczność uderzyło, i być może na to właśnie liczą wszyscy ci, tak aktywnie zwalczający dwujęzyczne napisy w rejonach.

Jeszcze zła wola, czy już głupota Dali Grybauskaitė?

Że mniejszości narodowe na Litwie nie powinny oczekiwać od głowy państwa litewskiego niczego dobrego, wiadomo nie od dziś. Najjaskrawszym przypadkiem złej woli i — być może? — osobistego szowinizmu prezydent Dali Grybauskaitė był jej poniżający komentarz po podpisaniu nowelizacji Ustawy o Oświacie — że oto mniejszości, których głos w tej sprawie kompletnie zignorowała, będą się czuły dzięki temu „szanowane” i „staną się pełnoprawnymi obywatelami”.

Nie było zatem niespodzianką, gdy głowa państwa negatywnie wypowiedziała się o planowanym od dłuuugiego czasu przyjęciu Ustawy o Oświacie — do standardowych już pogróżek o rzekomym złamaniu Konstytucji dołączyła nowa nuta — otóż, zdaniem Grybauskaitė, ustawa ta uprawomocniłaby wielojęzyczność i kiedyś, po możliwym napłynięciu robotników z Chin, trzeba będzie uczynić język chiński urzędowym.
O głupotę trudno głowę państwa podejrzewać — wszak była i sowiecką aparatczycą, i wykładała w partyjnej szkole, ostatecznie była też w Komisji Europejskiej. Pozostaje więc chyba tylko jej zła wola — a tej trzeba naprawdę wiele, by prawa mniejszości narodowych mylić z kwestiami dotyczącymi imigrantów, których te prawa nie obejmują — zagadnienia te w ogóle nie mają nic wspólnego. Tylko skąd tej złej woli aż tyle?

Lex iniustissima non est lex

Od dobrych kilku już lat ciągnie się przed litewskimi sądami sprawa o dwujęzyczne tabliczki z nazwami ulic, zawieszone w zdominowanych przez rdzenną polską ludność rejonach solecznickim i wileńskim. Wczoraj w sprawie z tym związanej zapadł kolejny wyrok w Wileńskim Sądzie Dzielnicowym.

Tabliczki zostały zawieszone, kiedy funkcjonowała jeszcze Ustawa o Mniejszościach Narodowych (wygasła w dniu 1 stycznia 2011 r.), zezwalająca na publiczne napisy informacyjne w językach mniejszości narodowych. Jednak na wniosek namiestnika rządowego na zlikwidowany już Okrąg Wileński, sprawa została skierowana do Sądu Administracyjnego, który uznał, że Ustawa o Języku państwowym, przewidująca że wszystkie napisy mają być w języku litewskim (nigdzie jednak nie mówiąca o tym, że wyłącznie w języku litewskim), ma wyższość nad Ustawą o Mniejszościach Narodowych, po czym kazał tabliczki usunąć.

Wyrok sądu został wykonany i dwujęzyczne tabliczki usunięto z budynków należących do samorządów, jednak pozostały one na prywatnych posesjach. Jest to przez instytucje litewskie traktowane jako niewykonanie wyroków sądu, za co grzywnami pieniężnymi karani są dyrektorzy administracji rejonów — Lucyna Kotłowska i Bolesław Daszkiewicz. Karani są osobiście. Poprzednie grzywny wynosiły od kilkuset do tysiąca litów, jednak we wczorajszej sprawie komornik żądał, by Wileński Sąd Dzielnicowy nakazał Lucynie Kotłowskiej płacenie 1000 litów dziennie za każdy dzień zwłoki w wykonaniu wyroku. Sąd, na szczęście, wniosek oddalił, ale komornik najprawdopodobniej się od wyroku odwoła i sprawa będzie się ciągnąć dalej.

Przy całej tej sprawie co i rusz rozlegają się głosy, że chociaż rzeczywiście sytuacja jest groteskowa, to prawa, jakkolwiek głupie by nie było, bezwzględnie należy przestrzegać ze względu na bycie prawem, a wyroki sądów należy wykonywać wyłącznie ze względu na bycie wyrokami sądów.

O ile szanuję pozytywizm prawniczy i w normalnej sytuacji bym się z tymi postulatami zgodził, o tyle jednak też znam historię ludzkości, by wiedzieć, do jakich katastrof może prowadzić bezwzględny legalizm w przypadkach prawa niesprawiedliwego i krzywdzącego — a instrumenty ustawowe, bez żadnych racjonalnych powodów ograniczające prawo do posługiwania się językiem ojczystym, niewątpliwie są prawem niesprawiedliwym.

Republika Zarzecza. Artystów nikt za wielojęzyczny napis nie kara. Ale, są przecież równi i równiejsi.

Republika Zarzecza. Artystów nikt za wielojęzyczny napis nie kara. Ale, są przecież równi i równiejsi.

W sytuacji, kiedy trwające dwie dekady „dyskusje” na temat spełnienia postulatów polskiej mniejszości (od lat przecież niezmiennych!) kończą się jedynie pogorszeniem sytuacji, opór obywatelski zdaje się być rozwiązaniem, mogącym rozchybotać patową sytuację. Szczególnie zaś w sytuacji, kiedy polska społeczność jest krzywdzona przez system sądowniczy szczególnie, bo o wiele surowiej, niż w innych sprawach. Ludzie przecież widzą — jak lider „Partii Pracy” Viktoras Uspaskich miga się od odpowiedzialności za zarzucane mu prowadzenie podwójnej księgowości partii, liderka „Szlaku Odwagi” Neringa Venckienė od procesu sądowego ucieka za granicę, a sprawy wtopionego gdzieś miliarda euro, który miał być przeznaczony na zamknięcie elektrowni w Ignalinie, nikt nawet nie badał — a organy ścigania, które nie potrafią sobie poradzić z rzeczywistymi przestępstwami, okazują się być skuteczne i surowe w walce z blaszanymi tabliczkami na domach. I to w sytuacji, kiedy dwujęzyczne napisy na Żmudzi czy wielojęzyczne napisy Republiki Zarzecza w Wilnie sobie istnieją i żaden sąd się nimi nie interesuje.

W sytuacji zatem, kiedy ustawodawstwo jest wadliwe, a sądownictwo niekonsekwentne i niesprawiedliwe, suche twierdzenie, że „dura lex sed lex” jest konformistycznym cytowaniem starożytnej formułki. Prawo można uczynić lepszym i sprawiedliwym, a jednym ze środków ku temu jest właśnie obywatelskie nieposłuszeństwo, kiedy wszystkie inne środki zawodzą. Z pewnością środkiem takim nie jest kurczowe trzymanie się prawa złego wyłącznie ze względu na jego oficjalność.

Jak powiedział amerykański filozof prawa Henry David Thoreau, „prawo nigdy nie uczyniło ludzi ani odrobinę bardziej sprawiedliwymi, a z powodu respektu dla prawa nawet dobrze usposobieni stają się codziennie reprezentantami niesprawiedliwości”.