Legendarny angielski pisarz odwiedził Wilno

Pisarz, krytyk literacki, myśliciel polityczny, filozof — to jedne z wielu określeń, jakimi można obdarzyć Gilberta Keitha Chestertona. Także: mistrz paradoksu, poeta, dziennikarz, teolog. Przyjaciel Polaków. I niedoszły prezydent Wilna.

Szanowany nawet przez wrogów i oponentów politycznych, określany mianem „człowieka o kolosalnym geniuszu”, nie skończył nigdy studiów wyższych, bez reszty oddając się jednak lekturom i poznawaniu praw świata, a jego książki, chociażby „Ortodoksja” czy „Wiekuisty człowiek”, na stałe weszły do kanonów światowej literatury, którą znać powinien każdy szanujący się inteligent.

Moja instynktowna sympatia do Polski zrodziła się pod wpływem ciągłych oskarżeń miotanych przeciwko niej; i – rzec mogę – wyrobiłem sobie sąd o Polsce na podstawie jej nieprzyjaciół. Doszedłem mianowicie do niezawodnego wniosku, że nieprzyjaciele Polski są prawie zawsze nieprzyjaciółmi wielkoduszności i męstwa. Ilekroć zdarzało mi się spotkać osobnika o niewolniczej duszy, uprawiającego lichwę i kult terroru, grzęznącego przy tym w bagnie materialistycznej polityki, tylekroć odkrywałem w tym osobniku, obok powyższych właściwości, namiętną nienawiść do Polski.

Gilbert Keith Chesterton

Jako myśliciel stroniący od radykalizmów, kierujący się przede wszystkim zdrowym rozsądkiem, przyczynił się do stworzenia ekonomicznej doktryny dystrybucjonizmu — postulującej stworzenie społeczeństwa dobrobytu poprzez kładzenie akcentu na upowszechnianie drobnej własności w przemyśle, handlu i rolnictwie, a w sektorze finansowym — nacisk na instrumenty spółdzielcze. To właśnie jego koncepcji zawdzięczamy istniejące w większości państw przepisy antymonopolowe.

Ludzie biedni niekiedy protestują przeciw złym rządom. Bogacze natomiast zawsze protestują przeciw każdej próbie rządzenia nimi. To arystokraci bywają z reguły anarchistami.

Gilbert Keith Chesterton

Jako zagorzały sympatyk i orędownik sprawy polskiej, został zaproszony do Polski przez jej ambasadora w Londynie Konstantego Skirmunta w 1927 roku. Oprócz Poznania i Krakowa, odwiedził również Wilno, w którym gościł w dniach 24-28 maja. Podejmowany przez wielkich tego miasta — za przewodnika służył mu Ferdynand Ruszczyc, obiadem w Klubie Szlacheckim podejmował rektor Uniwesytetu Stefana Batorego prof. Marian Zdziechowski, innym zaś razem podejmował go wojewoda wileński Władysław Raczkiewicz.

Wilno wówczas przeżywało kampanię wyborów samorządowych, więc podczas Środy Literackiej, której gościem był pisarz, poeta Witold Hulewicz w obliczu zachwyconej publiki żartobliwie zaproponował, by Chesterton został w grodzie nad Wilią na stałe i objął stanowisko prezydenta miasta. Kto wie, jak byśmy na tym wyszli?

Chociaż Chesterton zmarł w roku 1936, spuścizna jego wielkiego intelektu żyje — nie tylko w mądrych regulacjach prawnych i anegdotach, ale również w zawsze aktualnej i świeżej jego myśli, kładącej nacisk na wolność jednostki, spójność społeczeństwa i przestrzegającej przed każdą tyranią. Niektóre książki Gilberta Keitha Chestertona można ściągnąć za darmo ze strony ChesteronPolska.org, inne pozycje, od blisko wieku wydawane w języku polskim („Napoleon z Notting Hill” wydano w roku 1925), czy wydane po angielsku przygody Ojca Browna z całą pewnością warto poznać.

Lektura jego książek przywraca wiarę w sens posługiwania się słowem, jest odtrutką dla duszy zmęczonej bełkotem mediów. Humor, lekkość, erudycja, zdrowy rozsądek, nakłuwanie balonów głupoty strojącej się w piórka postępowych mądrości, zamiłowanie do polemiki, ale bez napastliwości oraz, co może najważniejsze, obrona wiary i ukochanie Kościoła katolickiego, który odkrył jako swój intelektualny i duchowy dom – to wszystko i o wiele więcej znajdziemy w tekstach tego angielskiego dżentelmena o charakterystycznej sylwetce, najsłynniejszego angielskiego konwertyty obok bł. kard. Johna Newmana.

ks. Tomasz Jaklewicz, „Zapomniany gigant”

„Polak Roku 2015” — fakty i mity

W najnowszej odsłonie plebiscytu „Polak Roku”, organizowanego przez jedyny poza granicami Polski dziennik ukazujący się 5 razy w tygodniu „Kurier Wileński”, zwycięzcą został ksiądz prałat Józef Aszkiełowicz. O ile sama osoba zwycięzcy ani jego zasług nie budzi żadnych wątpliwości, to duże dyskusje wywołał sposób opublikowania wyników i inne zmiany, które nastąpiły w konkursie.

Najważniejszą zmianą było to, że Kapituła uzyskała prawo głosu. Dotychczas o wyborze „Polaka Roku” decydowali wyłącznie czytelnicy nadsyłający kupony, w tym roku głosy czytelników stanowią 50% oceny, a drugie 50%  — to właśnie wybór Kapituły, w skład której wchodzą także wszyscy poprzedni laureaci plebiscytu. Była to zmiana od dawna dyskutowana, sam poruszałem ten temat jako członek funkcjonującej 6 lat temu Rady Programowej „Kuriera Wileńskiego”.

Pojawiły się zarzuty, że redakcja dokonała manipulacji, nie publikując szczegółowych wyników plebiscytu, z rozkładem na ilość kuponów, nadesłanych na każdego kandydata, jak i głosów Kapituły — w związku z czym nie widać, kto zajął miejsce drugie, a kto dziesiąte. Opublikowana została nawet nieoficjalna kolejność, w jakiej uplacować się mieli poszczególni kandydaci.

Manipulacji nie ma. Przede wszystkim, są to wybory jednego „Polaka Roku”, a znalezienie się w dziesiątce kandydatów — a zatem, zdobycie zaufania zgłaszających czytelników jak i poparcia Kapituły — jest także wyróżnieniem. I nie ma znaczenia, czy ktoś był drugi, ósmy czy dziesiąty. Poza tym, zaważyła kwestia praktyczna — w latach poprzednich niektórym osobom było przykro, że zdobyły mniej głosów niż inni kandydaci, pojawiały się złe emocje, a część zgłoszonych kandydatów rezygnowała z udziału w plebiscycie. I właśnie takim sytuacjom zapobiec ma niepublikowanie „rankingu” — w plebiscycie bowiem chodzi o wyróżnienie najbardziej w danym roku zasłużonych osób, albo takich, które zaskarbiły sobie z tych czy innych względów sympatię czytelników. Chodzi o dobre emocje, a nie kolejną okazję do sporów — tych wystarczy bowiem co roku przy dyskusjach, dlaczego ta czy inna osoba się w ogóle w dziesiątce znalazła…

Pojawił się także zarzut, jakoby „5 z 10 członków kapituły są z AWPL”. Nie jest to prawda. Kapituła, składająca się z laureatów poprzednich lat, liczy 16 członków. I o ile rzeczywiście, część z nich należy do AWPL (trudno chyba, żeby przedstawiciele jedynej polskiej partii na Litwie, najbardziej widoczni publicznie, nie zostawali laureatami tytułu „Polak Roku”?), to w jaki sposób ma to mieć się do zwycięstwa bezpartyjnego przecież kapłana, który wygrał tak głosami Kapituły, jak i czytelników? Zresztą, w tym roku się okazało, że Kapituła i Czytelnicy byli bardzo zgodni w swoim typowaniu, co świadczyć może jedynie o wysokiej reprezentatywności plebiscytu.

O co chodzi w strajku szkół polskich na Litwie?

Wokół kwestii strajku szkolnego na Wileńszczyźnie narasta dużo nieścisłości, niejasności, nieprawd a nawet teorii spiskowych. Dlatego warto je rozwiać i wyjaśnić, o co chodzi w całej tej sprawie:

  • Odstąpienie od „reorganizacji” polskich szkół
  • Odwołanie zapisów Ustawy o Oświacie z 2011 roku, ograniczającej zakres używania języka polskiego w szkołach polskich
  • Odwołanie trybu egzaminu maturalnego z języka litewskiego, który w swym założeniu dyskryminuje Polaków
  • Zaprzestanie dyskryminowania polskiej oświaty

Co te postulaty oznaczają w praktyce? Po kolei:

  • Odstąpienie od „reorganizacji”:

Jedna z reform oświatowych przewiduje przejście od systemu szkół średnich (takich, do których uczniowie chodzą przez 12 lat, od klasy 1 do 12) do systemu, w którym uczniowie zmieniają szkołę dwukrotnie — przechodząc ze szkoły podstawowej do progimnazjum (z grubsza odpowiednik gimnazjum w Rzeczypospolitej Polskiej), oraz z progimnazjum do gimnazjum (odpowiednik mniej więcej polskiego liceum). Podstawówki, gimnazja i progimnazja w założeniu mają być osobnymi placówkami. Ustawa jednak przewiduje wyjątki w postaci tzw. „długich gimnazjów”, czyli tych samych szkół średnich, tylko pod inną nazwą — dla szkół realizujących specjalistyczny program nauczania (np. szkół katolickich, o profilu inżynieryjnym etc). „Przypadkiem” za szkoły specjalistyczne nie uznaje się szkół polskich — chociaż status „długiego gimnazjum” uzyskało żydowskiem Gimnazjum im. Szaloma Alejchema oraz wiele szkół litewskich.

W związku z taką reorganizacją, zagrożone utratą 11-12 klas są zagrożone liczne szkoły polskie w Wilnie — im. Syrokomli, Lelewela, Konarskiego i inne. Warto zaznaczyć, że szkoły te są jedynymi polskimi placówkami, realizującymi program nauczania średniego w swoich dzielnicach, w związku z czym uczniowie po zmianie szkoły zmuszeni będą do dojeżdżania do dalej położonych polskich gimnazjów, a część zapewne zmieniłaby szkoły na litewskie.

Kolejnym skutkiem „reorganizacji” jest zamknięcie Szkoły Podstawowej w Jerozolimce, jedynej polskiej placówki w północnym Wilnie. Szkoła Średnia im. Joachima Lelewela została przez nowe władze miasta zmuszona do zmiany lokalizacji — na gorzej skomunikowaną — w zamian za możliwość przystąpienia do akredytacji jako „długie gimnazjum”, co oznacza likwidację jedynej polskiej szkoły w dzielnicy Antokol.

Dlaczego jest to ważne? Szkoła mniejszości narodowej to nie tylko placówka oświatowa. To także dom kultury, centrum realizacji zajęć pozalekcyjnych w języku ojczystym, ośrodek integrujący społeczność narodową — poprzez zespoły, teatry, harcerstwo, drużyny sportowe czy spotkania absolwentów. Okrojenie, czy zamknięcie każdej placówki jest amputacją części organizmu społeczności polskiej, zamieszkującej miasto, która traci obiekt kulturalny — którego funkcji nie zastąpią szkółki niedzielne, ani też wprowadzenie języka polskiego jako dodatkowego w szkołach litewskich, gdyż i tak kontekst jego użytkowania będzie znacząco uszczuplony.

  • Odwołanie zapisów Ustawy o Oświacie

Przyjęta w 2011 roku Ustawa o Oświacie wprowadza wymóg nauczania części programu historii i geografii w języku litewskim. Jest to znaczące ograniczenie używania języka polskiego w polskich szkołach, które, ponad to, wprowadza lukę do dalszego ograniczania posługiwania się polszczyzną w polskich szkołach.

  • Odwołanie dyskryminacyjnego trybu egzaminu maturalnego z języka litewskiego

W roku 2012 dokonano „ujednolicenia” egzaminu z języka litewskiego dla uczniów szkół litewskich, oraz szkół mniejszości narodowych. Wcześniej bowiem Litwini zdawali litewski jako język ojczysty, pozostali zaś — jako język państwowy. Żaden z egzaminów nie był „łatwiejszy” czy „trudniejszy”, odbywały się po prostu według różnych programów i w różnym zakresie sprawdzały kompetencje językowe — Litwini mieli rozszerzoną część, dotyczącą znajomości litewskiej literatury, a wypracowanie z literatury miało formę osobnego, opcjonalnego egzaminu. Uczniowie szkół mniejszości zaś mieli egzamin dotyczący przede wszystkim kompetencji językowych, znajomości gramatyki i umiejętności formułowania przemyśleń po litewsku.

Po „ujednoliceniu”, także Polacy muszą zdawać maturę z języka litewskiego jako języka ojczystego, chociaż, co chyba jest zrozumiałe, ojczystym dla nich nie jest. Nowa forma nie sprawdza kompetencji językowych, a większa część oceny dotyczy właśnie znajomości litewskiej literatury. W roku 2015 na maturze uczniowie pisali wypracowanie o tęsknocie do ojczyzny w kontekście twórczościSalomei Neris — socrealistki okresu stalinizmu, litewskiej odpowiedniczki Wandy Wasilewskiej, co także wśród Litwinów wywołało liczne kontrowersje.

Na czym polega dyskryminacja? Różnice w programach przygotowywania do poszczególnych egzaminów wynoszą 800 godzin. Oznacza to, że uczniowie szkół polskich w sumie mają do opanowania o 800 godzin lekcyjnych programu więcej, niż ci ze szkół litewskich — to odpowiednik 50 tygodni etatowej pracy. Nie zostały opracowane ani nowe metodyki przygotowywania uczniów szkół mniejszości narodowych do takiego egzaminu, ani też nie przeznaczono na to dodatkowych środków. W związku z tym, nadrabianie tych 800 godzin różnicy odbywa się kosztem innych przedmiotów — przede wszystkim języka polskiego.
Skutkuje to także znacząco gorszymi wynikami uczniów szkół polskich na maturze z języka litewskiego — które nie wynikają z gorszej znajomości języka, tylko niemożliwości opanowania nieprzemyślanych zmian w programie.

Dlaczego to ważne? Wyniki z matury z języka litewskiego są liczone przy rekrutacji na wszystkie kierunki studiów, w związku z czym Polacy mają możliwości dostania się na wymarzone studia pogorszone w stosunku do swych litewskich rówieśników.
Od wyniku egzaminu zależy też, czy maturzysta dostanie się na studia bezpłatne, czy płatne — w związku z tym mniej Polaków ma szanse na studia bezpłatne.

  • Zaprzestanie dyskryminowania polskiej oświaty

Na poziomie ministerialnym, rządowym, parlamentarnym, Prezydent, a także w radzie miasta Wilna obecnej kadencji, ma miejsce dyskryminacja polskiej oświaty, sprzeczna także z prawem Republiki Litewskiej, które przewiduje, że żadna reorganizacja szkoły nie może się odbywać bez uzgodnienia jej ze wspólnotą szkolną, czy z Konstytucją Litwy, mówiącą w art. 5 o tym, że „Instytucje władzy służą ludziom”. Szkoły polskie są traktowane w sposób skandaliczny, w jaki nigdy nie zostałyby potraktowane szkoły litewskie ani ich uczniowie. Fakty są następujące:

  • Przeciw reformie oświatowej zebrano podpisy ponad 60 tysięcy obywateli — zostało to zignorowane, podobnie jak argumenty i uwagi rodziców;
  • Wicemer Wilna ds. oświaty Valdas Benkunskas odmawia spotykania się z przedstawicielami wspólnot szkół polskich i uwzględniania ich argumentacji;
  • Szkoła Średnia im. Szymona Konraskiego 31 sierpnia została powiadomiona, że od 1 września nie może kompletować klas 11-12;
  • Szkoła w Jerozolimce została zlikwidowana na skutek presji na rodziców, by zabrali z niej dokumenty swoich dzieci;
  • Szkoła Średnia im. Joachima Lelewela została szantażem zmuszona do zmiany lokalizacji na mniej atrakcyjną i gorzej skomunikowaną — by ustąpić budynku szkole litewskiej, która przez reorganizację została potraktowana nieporównywalnie przychylniej.
  • Egzamin maturalny z języka polskiego ma niższy status (szkolny, a nie państwowy) niż inne języki (angielski, rosyjski, hiszpański etc), a jego wyniki nie są uwzględniane przy rekrutacji na studia — chociaż, np. język rosyjski jest dodatkowo punktowany, to polski nie jest.

Dlaczego to ważne? Tylko normalnie traktowane polskie szkoły mają szanse skupić się na poziomie nauczania i kształceniu, realizowaniu swoich funkcji społecznych — co jest uniemożliwiane przez sztucznie tworzone przeszkody i stałe, konsekwentne zmuszanie do skupiania całej uwagi na walce o przetrwanie.


Autor nie należy do komitetów strajkowych ani organizacji oświatowych, nie jest też członkiem żadnej partii politycznej.

 

Dzień, gdy Wilno przestało istnieć

8 sierpnia każdemu Polakowi kojarzy się dokładnie z niczym — co najwyżej imieninami Dominika i Joanny. Nie uczą się o tym dzieci ani na Litwie, ani w Koronie, nie dowiemy się o tej dacie z podręczników, nie ma o niej filmów dokumentalnych ani sensacyjnych książek. A jest to bezsprzecznie jeden z najtragiczniejszych dni w historii Wilna.

W tym właśnie dniu roku 1655 wojska moskiewskie zajęły bez oblężenia Wilno. Był to pierwszy w historii raz, kiedy miasto znalazło się pod obcym panowaniem, a wiązał się z bezprecedensową rzezią mieszkańców, która trwać miała 3 dni i pochłonęła życie ponad połowy z ówczesnych 45 tysięcy mieszczan.

Dzień wcześniej pod miastem pobito siły polskie, dowodzone przez hetmanów Janusza Radziwiłła, awanturnika i późniejszego kolaboranta z najeźdźcą szwedzkim, oraz Wincentego Gosiewskiego, którzy bardziej niż najeźdźców, nienawidzili siebie nawzajem. O przegraną bitwę i stracenie miasta, które po zdobyciu przez Rosjan Aleksego I Romanowa i kozaków Iwana Złotareńki płonęło przez 17 dni, oskarżali się nawzajem, zarzucając sobie tchórzostwo i pazerność.

Spod rosyjskiej okupacji, trwającej aż pięć lat, Wilno wyzwolił Michał Kazimierz Pac — który na pamiątkę tego wydarzenia ufundował kościół św. Piotra i Pawła, zbudowany w miejsce spalonej przez Moskali świątyni. Wilno nieprędko podniosło się z gruzów — dopiero w dwieście lat po rzezi ponownie liczba mieszkańców przekroczyła 45 tysięcy, wiele zaś bezcennych zabytków zostało bezpowrotnie zniszczonych.

Najsmutniejszym dziś jednak aspektem tej daty, niosącej wspomnienie o najtragiczniejszej — obok ludobójstwa w Ponarach — rzezi mieszkańców miasta, jest to, że nikt o niej nie pamięta.

„Nie interesuję się polityką”

Ta fraza pada w naszym życiu codziennym dość często. Przed wyborami — nawet bardziej. Zbyt często.

Mówimy tak, bo polityka zdaje się być czymś odległym. Ale jej skutki — wyższe podatki, nowe opłaty, zakazy i nakazy — okazują się być czymś bardzo bezpośrednio odczuwalnym, prawda?

Mówimy tak, bo polityka ma reputację czegoś „brudnego”. „Po co tam idziesz, po co Ci ten brud” — słyszałem nie raz przed tymi wyborami. I zawsze odpowiadałem tak samo.

Uczestnicy brudnych gierek politycznych bardzo chcą, by obywatele się polityką nie interesowali. By uważali ją za zajęcie brudne, niegodne, słowem — by dali im spokojnie się nią zajmować i nie robili konkurencji. I przede wszystkim — nie zadawali niewygodnych pytań.

Polityka jest rzeczą trudną. To w końcu rządzenie państwem. W demokracji państwem rządzi każdy z nas. Każdy z nas rządzi też swoim miastem, wybierając władze samorządowe. To są skomplikowane rzeczy, staramy się wybrać najlepszych, a wybieramy takich samych ludzi, jak my czy nasi sąsiedzi. Z którymi trzeba tak samo pracować przez cały czas, żeby razem zbudować coś fajnego. Którym dajemy do rąk narzędzia w czasie wyborów — ale powinniśmy też raz na jakiś czas sprawdzać, jak mu idzie i pytać, jak leci, czy potrzebuje pomocy.

Wybory nie są raz na 4 lata, tylko trwają przez całe te cztery lata — i obowiązkiem każdego obywatela jest nie tylko wybranie sobie reprezentantów, ale też praca z nimi przez całą kadencję. Bo obowiązki obywatela nie kończą się na oddaniu głosu.

Władza jest odpowiedzialnością. My, obywatele, dzierżymy ją w swoich rękach. Jest to odpowiedzialność za nasze otoczenie, nasze drogi, domy, podatki, ceny ogrzewania i milion innych rzeczy. Brzmi trudno, prawda? Ale trudne jest też bycie dorosłym, z całą idącą za tym odpowiedzialnością.

„A co, jeśli nie chcę być dorosłym?” — trudno, życie Ciebie o to nie pyta. Toczy się swoim biegiem niezależnie od tego, czy Ci się to podoba, czy nie.

„Nie interesuję się polityką” — a polityka się Tobą i tak interesuje. Pójdź na wybory, oddaj ważny głos, a potem przez cztery lata współpracuj ze swoimi wybrańcami. Bo jak zrobi to ktoś inny, efekty mogą Ci się nie spodobać. Bo jak Ty tego nie zrobisz — nic się nigdy nie zmieni na lepsze.

(politinė reklama — tak na wszelki wypadek, żeby absurdalnym i obrażającym inteligencję wyborców przepisom Głównej Komisji Wyborczej się stało zadość)

Rok 2014. Najważniejsze wydarzenia na Wileńszczyźnie

Końcówka roku zawsze jest okazją do pewnych podsumowań. Tak też chciałbym podsumować ten rok dla Wileńszczyzny. Od razu zapowiadam, że nie będę się silił na „dosiągnięcie” ilości zdarzeń do jakiejś okrągłej liczby, robił „Top-10” czy podobne rzeczy. Po prostu chcę wymienić rzeczy, które rzeczywiście stworzyły nową jakość, będą owocowały w przyszłości, lub są szczególnie dla czegoś symptomatyczne.

1. Otwarcie studiów drugiego stopnia na Wydziale Ekonomiczno-Informatycznym w Wilnie Uniwersytetu w Białymstoku, czyli Filii UwB. 

Polska uczelnia wyższa w Wilnie była marzeniem polskiej inteligencji od czasów Pieriestrojki. Marzeniem niespełnionym, mimo życzliwości i wsparcia ze strony Rodaków z Macierzy. Wierzę, że Filia, działająca od 2006 roku, jest zalążkiem takiej właśnie uczelni. Na razie można na niej studiować ekonomię i informatykę, oferuje także studia podyplomomowe z ekonomii. Otwarcie studiów magisterskich z ekonomii jest ogromnym krokiem, wejściem uczelni na nowy poziom. Dziekan FIlii, profesor Jarosław Wołkonowski zapowiada, że w przyszłym roku uruchmione zostaną także studia licencjackie z europeistyki.
Posiadanie własnej uczelni to nie tylko możliwość studiowania w języku ojczystym na miejscu, w Wilnie, ale przede wszystkim społeczność akademicka, funkcjonująca w polskim środowisku i to środowisko wzbogacająca.
Uniwersytet w Białymstoku powstał w roku 1968 jako filia Uniwersytetu Warszawskiego. Samodzielną placówką stał się w roku 1997. Mam nadzieję, że tak też kiedyś będzie z dzisiejszą Filią.

2. Przejście Akcji Wyborczej Polaków na Litwie do opozycji

AWPL było w koalicji przez niemal dwa lata. Mimo wszelkich starań, nawet w obliczu wojny na Ukrainie, która teoretycznie powinna — na skutek zbieżności interesów i wspólnego zagrożenia — zbliżać Polaków i Litwinów, nie udało się przełamać niechęci litewskich polityków do załatwienia kilku szalenie prostych spraw. Kwestie publicznego używania języka polskiego, oryginalnej pisowni nazwisk, odwołania skandalicznej reformy oświatowej, restytucji mienia — pozostały nierozwiązane. Oficjalnym powodem był konflikt o stołki, mniej oficjalnym — fakt, że premier nie potrafił się zdecydować, jaką ma opinię na jaki temat, a projekt Ustawy o Mniejszościach Narodowych przekazano do kolejnego „poprawiania”, którego skutkiem miało być skreślenie punktów o dwujęzycznych napisach i używaniu języka mniejszości w urzędach. Argumentacja powalała — „tylko Polacy tego chcą, a nie ma sensu przyjmować specjalnej ustawy dla jednej mniejszości”.
Ciekawostką jest zaś to, że wszyscy ci, którzy przez półtora roku postulowali wystąpienie AWPL z koalicji rządzącej, byli z przejścia partii do opozycji najbardziej niezadowoleni.

3. Odnowienie „Czarnego Anioła” na Starej Rossie

Pomnik nagrobny Izy Salmanowiczównej jest wizytówką Starej Rossy, zachwycają się nim turyści i rodowici wilnianie. Od lat wymagał remontu, który w końcu udało się przeprowadzić. Za środki z Polski, z inicjatywy kierowanego przez panią Alicję Klimaszewską Społecznego Komitetu Opieki nad Starą Rossą. Udział państwa litewskiego ograniczył się do stawiania biurokratycznych barier.
W pewnych tematach się nic nie zmienia.

4. „Rozwiązanie” kwestii dwujęzycznych napisów w rejonie solecznickim

Krucjata namiestnika rządu na okręg wileński Audriusa Skaistysa dobiegła końca po tym, jak nowy (poprzedni, Bolesław Daszkiewicz, udał się na emeryturę, chociaż w tym kontekście można to uznać za wewnętrzną emigrację przed represjami) dyrektor administracji rejonu, zagrożony karami liczonymi już tym razem w setki tysięcy litów, dopilnował, by w rejonie nie został ani jeden polski napis.
Pociechą ma być ponoć fakt, że zmieniono przepisy wykonawcze i teraz „oficjalne” nazwy ulic mają być na słupkach, a te na domach mogą już sobie wisieć. Tylko co z tego, skoro ludzie zostali już zastraszeni i komorniczym terrorem zmuszeni do usunięcia tych tabliczek z domów, a na postawienie słupków nie ma środków? Tym bardziej, że chodzi przecież o uznanie naszego prawa do publicznego i oficjalnego używania języka ojczystego, a nie zabawę w słupki.

5. Przyjęcie Ustawy o Bezpieczeństwie Cybernetycznym

Co prawda, w nieco ograniczonej formie w stosunku do pierwotnego projektu, ale nadal antydemokratycznej w założeniu i tworzącej mechanizmy państwa policyjnego. Ustawa w takiej formie może być i na pewno będzie wykorzystywana przeciw Polakom.

6. Nowe zasady finansowania mediów polskich

Dzięki wspólnym wysiłkom zainteresowanych, udało się razem z Ministerstwem Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej wypracować spójniejszy i logiczniejszy mechanizm dotowania mediów polonijnych, niż dotychczas. Zmiany dotyczą m.in. trybu finansowania (media jednego państwa otrzymują dotacje za pośrednictwem jednej organizacji wnioskującej z Polski) oraz jego okresu (dotacja przyznawana jest na 2 lata, a nie na rok, jak poprzednio). Nadal jest nad czym pracować, ale nowy model pozwoli prasie na pewną stabilizację finansową i możliwości planowania, a więc także rozwój.

7. Uruchomienie nowego portalu „Kuriera Wileńskiego”

Nowa odsłona internetowego wydania „Kuriera” http://kurierwilenski.lt była długo oczekiwanym dzieckiem — sześć lat funkcjonowania poprzedniej wersji to cała epoka. Nowa strona wciąż jest rozwijana i dopracowywana, borykamy się z notorycznymi atakami cybernetycznymi, ale najważniejszy krok został dokonany i docenili to też czytelnicy, których liczba w ostatni kwartale roku wzrosła.

8. Powołanie Departamentu ds. Mniejszości Narodowych

Temat tak naprawdę zastępczy, bo nowy departament ma mieć 15 etatów i 200 tyś. litów budżetu (czyli w zasadzie budżet ma wystarczyć na utrzymanie tych 15 etatów i niewiele więcej). Zanim został zlikwidowany przez rząd Andriusa Kubiliusa, poprzedni departament zajmował się wspieraniem mniejszości w ten sposób, że jedną piątą budżetu wydawał na zakup litewskich czytanek do polskich przedszkoli, a resztę na litewskie rządowe szkoły w rejonie solecznickim. Ale za to dobrze to wyglądało międzynarodowo, że się państwo troszczy o mniejszości.
Ten punkt się znalazł w rankingu ze względu na swoją symptomatyczność — pokazuje bowiem, że litewska klasa polityczna zamiast realnie rozwiązywać istniejące problemy, woli udawać ich rozwiązywanie poprzez tworzenie urzędniczych etatów dla kolejnych szwagrów. W ten sposób rosnąca biurokracja będzie bohatersko radzić sobie z problemami tworzonymi przez rosnącą biurokrację.

9. Wydanie płyty „Muzyczne Rodowody: Litwa

Bo bardzo ważne jest uświadomienie nam samym, co mamy, i że nie jesteśmy gorsi. Pod względem muzycznym to był wyśmienity rok, gdyż zaistniało bądź rozwinęło się mnóstwo projektów, które, poza niewątpliwymi talentami zaangażowanych osób, pokazały jedno — śpiewanie po polsku jest cool.


 

Ważnych wydarzeń było z pewnością o wiele więcej, celowo jednak wolałem skupić się na takich, które często są pomijane czy bagatelizowane, albo przykrywane tematami zastępczymi.

Apostołowie syndromu sztokholmskiego

Syndrom sztokholmski – stan psychiczny, który pojawia się u ofiar porwania lub u zakładników, wyrażający się odczuwaniem sympatii i solidarności z osobami je przetrzymującymi. Może osiągnąć taki stopień, że osoby więzione pomagają swoim prześladowcom w osiągnięciu ich celów
za Wikipedią

Zadziwiająca jest uporczywość, z jaką działacze Związku Ojczyzny — Litewskich Chrześcijańskich Demokratów (ZO), publikują wszelkiego rodzaju zwroty i odwołania, zazwyczaj przedwyborcze, do Polaków, mieszkających na Litwie. Mniej zadziwiająca, a bardziej męcząca jest przy okazji ich konsekwencja w poniżaniu swoich adresatów — tak, jakby oczekiwali, że po jakimś czasie wywołają u Polaków syndrom sztokholmski i sympatię do tych, którzy ich obrażają.

Oto przed wyborami do Parlamentu Europejskiego Mantas Adomėnas, też kandydat z listy landsbergistowskiego ZO, opublikował odezwę, zatytułowaną — „Polacy!”. Kontynuuje już jednak mniej przyjemnie:
„Polacy Litwy! Litwini polskiego pochodzenia!”. Dalej następują, prawdopodobnie zmyślone historyjki o tym, jak go Polacy chętnie przyjmują u siebie w domu i deklamują „Litwo, Ojczyzno moja” i wierszyki „Maironisa” (pewnie ten, w którym pisze „To Polak — narodów wyrodek”), oraz kolejne przemyślenia na temat „mówiących po polsku Litwinów” i clou tekstu — nawoływanie, by głosować „słusznie”, a przy okazji sugestia, że jak się zagłosuje nie tak, to się jest sowieckim agentem. Urocze.

Kolejnym chunwejbinem ZO na odcinku polskim jest poseł Egidijus Vareikis, który poza pisaniem o Polakach lubi też dać w palnik lub żonie po twarzy. Ostatnio znów wystąpił z pomysłem, byśmy wszyscy byli „Litwinami jednakowej próby” i korzystali z jednakowego prawa do… używania języka pństwowego, czyli litewskiego.

Jak wykazały badania opinii samych Polaków, takie określenia, używane przez wyżej wymienionych panów — są zwyczajnie obraźliwe. Jak się doda do obrazu ich działalność parlamentarną — głosowanie za antypolską Ustawą o Oświacie, czy za wycofaniem z porządku obrad projektu Ustawy o Mniejszościach Narodowych — można stwierdzić, że cechuje ją polonofobia. Po co zatem to robią?

Być może pewnej próby odpowiedzi na to pytanie należy się doszukiwać u ich idola, założyciela Związku Ojczyzny Vytautasa Landsbergisa, który swego czasu nawoływał do „dogadania się z naszymi Polakami”. Być może działacze ZO traktują Polaków jako swoich — pozbawionych własnej podmiotowości swoich zakładników? Może tymi obraźliwymi odezwami i krzywdzącymi dla Polaków zachowaniami politycznymi starają się odwołać do — spodziewanego — syndromu sztokholmskiego polskiej społeczności, w myśl zasady „…a mógł zabić”?

Jest tylko jeden szkopuł.

My nie mamy syndromu sztokholmskiego.

Kto na Litwie uważa Polskę za wroga?

Wrogość, mniej lub bardziej wyimaginowana, w relacjach między Polską a Litwą jest dość jednokierunkowa

Wrogość, mniej lub bardziej wyimaginowana, w relacjach między Polską a Litwą jest dość jednokierunkowa

Furorę robią wyniki przeprowadzonego na Litwie badania opinii publicznej, z którego wynika, że 26,8% respondentów uważa Polskę za państwo Litwie wrogie, natomiast za państwo przyjazne Polskę uważa 12,68% respondentów.

Można się spierać o to, na ile tego typu sondaże są reprezentatywne (nie są), ale należy zwrócić uwagę na dwie, niezmiernie istotne kwestie.

Pierwsza to taka, że wyniki te wcale nie pokazują stosunku respondentów do Polski czy Polaków, a jedynie obrazują ich opinię na temat, gorzej lub lepiej rozumianej, „wrogości” Polski wobec Litwy.

Druga zaś, to to, co na taką opinię wpływa. Istotny jest tu także fakt, że opinia o Polsce się w ostatnich latach na Litwie znacznie pogorszyła — więcej osób uważa Polskę za państwo wrogie, a mniej — za przyjazne.

Należy z całą stanowczością podkreślić, że Polska nie podejmowała absolutnie żadnych kroków wobec Litwy, które by można było uznać za „wrogie” i które by usprawiedliwiały taką opinię. Z czego zatem wynika taki właśnie rezultat sondażu? Przede wszystkim z zaniechania — strona polska nie poczyniła żadnych kroków, które by ukróciły negatywną propagandę na temat Polski, która jest sączona do litewskiej przestrzeni informacyjnej — nie tylko przez kanały i media rosyjskie, ale także przez media litewskie i — przede wszystkim! — litewskich polityków, także tych, którzy lubią przy innych okazjach deklarować swoją miłość do Polski, jeśli akurat nadarza się stosowna akcja w mediach.

Takimi wynikami sondażu nie należy się także niepokoić — nie mają one i tak przełożenia na rzeczywistość. Nawet gdyby i 50% respondentów uważało Polskę za wrogi kraj, to i tak litewskie Ministerstwo Ochrony Kraju  włączyłoby się w tworzenie polsko-litewskie-ukraińskiej brygady w ramach NATO, szczególnie, że gros obciążenia finansowego i tak poniesie Polska. Nie miały wpływu na rzeczywistość także wcześniej — kiedy Polskę za kraj przyjazny uznawało 60% respondentów, a tymczasem Koleje Litewskie rozbierały „Orlenowi” tory do Możejek.

Należy dostrzec pewien dualizm, a nawet wielobiegunowość litewskiego stosunku do Polski i Polaków. Otóż, kiedy litewscy politycy deklarują miłość do „Polski”, wcale nie musi to być równoznaczne z miłością do Rzeczypospolitej Polskiej, znajdującej się między Bugiem a Odrą, tylko — zazwyczaj — sprowadza się do afektu do bliżej nieokreślonej idei „Polski”. Dlatego nie ma absolutnie żadnej sprzeczności między sympatią dla „Polski” wyimaginowanej, a równoczesnym czynnym szkodzeniem Polsce fizycznie istniejącej, choćby przez szykanowanie Polaków. Stosunek do Polaków jako narodu jest bowiem w tym układzie kompletnie oderwany od stosunku do „Polski”. Widać to bardzo jaskrawo choćby na przykładzie litewskiego polityka ze „Związku Ojczyzny” Mantasa Adomėnasa, który po transparencie „Lecha” chętnie pozował do zdjęcia z kartką „Litwa wspiera Polskę”, ale już przed ostatnimi wyborami do Polaków się zwracał per „Litwini mówiący po polsku”.

Skomplikowane? Wcale nie. Trzeba tylko wreszcie przestać się kierować w prowadzeniu polityki emocjami.

Obywatelska kontrola państwa — gwarantem skuteczności jego działania

Korupcja jest niewątpliwym problemem każdego systemu politycznego — spotyka się ją i w państwach afrykańskich, i arabskich, i w Ameryce Południowej — dosłownie wszędzie. Nie ustrzega się od niej także Unia Europejska — jak wykazuje badanie samej Komisji Europejskiej, łupem złodziei padać może nawet 25% środków unijnych, wydawanych na zakupy publiczne — czyli około 120 miliardów euro. Sama Komisja przyznaje, że to wynik nadmiaru przepisów i obciążeń administracyjnych, które utrudniają — zamiast ułatwiać! — kontrolę wydawania tych środków.

Jak zatem można ukrócić proceder rozkradania publicznych środków? Z jednej strony — sprawić, by było ich jak najmniej. Obniżyć podatki i zlikwidować nadmierne regulacje, a więc pozwolić ludziom samym organizować sobie szkoły, szpitale i inne usługi. Z drugiej zaś strony — pozwolić obywatelom kontrolować, co z ich pieniędzmi robi ich władza.

W chwili obecnej kontrola obywatelska nad państwem przybiera różne postaci. W Szwajcarii wszystkie ważniejsze decyzje podejmują obywatele w powszechnym referendum. W wielu krajach — w tym Polsce — realizowane są budżety obywatelskie, czyli rozwiązanie, dające mieszkańcom pewien (ograniczony!) wpływ na wydawanie części budżetu samorządu lokalnego.

Osobnym tematem jest kontrola parlamentów — przykładowo, dla Parlamentu Europejskiego takim narzędziem jest portal votewatch.eu, pozwalający na śledzenie, który polityk jak głosuje, czy jest w ogóle obecny i na ilu posiedzeniach i tak dalej. W Polsce takim narzędziem jest prowadzony przez Fundację ePaństwo projekt _mojePaństwo (do niedawna — Sejmometr), będący zbiorem narzędzi, strukturyzujących i umożliwiających korzystanie z informacji publicznych, rozrzuconych w różnych kanałach (Biuletyn Informacji Publicznej, Krajowy Rejestr Sądowy, konta polityków na Twitterze etc.). Litwa takich narzędzi nie posiada i nie jest mi wiadome, by ktokolwiek się tym zajmował.

Jednak wspomniane przeze mnie powyżej systemy obywatelskiej kontroli nie do końca funkcjonują, jak należy. Votewatch może pokazać, jakie państwa i jacy posłowie w jaki sposób głosowali nad ACTA, ale cóż z tego, skoro sam tekst ACTA (jak i jej następcy — TTIP) był pierwotnie utajniony i światło dzienne ujrzał dopiero po „wycieku”? Co z tego, że w Polsce jest _mojePanstwo, jeśli instytucje państwowe często nie chcą podawać do wiadomości publicznej informacji, która w myśl prawa jest informacją publiczną?

Dlatego choćby na poziomie unijnym należałoby wprowadzić pewien standard upubliczniania w takich systemach także projektów tego typu umów lub ustaw (nie tylko umożliwiłoby to obywatelom ściślejszą nad nimi kontrolę, ale także wykluczyłoby korupcjogenne sytuacje, w których projekt akty prawnego znałaby tylko grupa wybranych, wykorzystująca tą ekskluzywną wiedzę do robienia przekrętów), ale także wszelkich publicznych umów oraz faktur (i tak większość jest teraz elektroniczna) z przetargów państwowych — wydaje mi się, że wprowadzenie tego drogą unijną o wiele łatwiej by mogło złamać opór rodzimych urzędników przed dzieleniem się władzą z resztą narodu — który, jak głosi Konstytucja, stanowi władzę w państwie.

Co z tym Dniem Pracy?

Dzień 1 maja w naszej części świata powszechnie jest kojarzony jako Święto Pracy lub po prostu — Dzień Pracy. O ile większość z nas kojarzy to święto z komunizmem i szeroko rozumianą lewicą, to o tyle mało kto się głębiej zastanawia nad jego genezą — a jest to kwestia kluczowa dla zrozumienia tak tego święta, jak i jego sensu.

Otóż 1 maja został ogłoszony Świętem Pracy, czy — jak to wówczas ujęli: Międzynarodowym Dniem Solidarności Ludzi Pracy — przez II Międzynarodówkę socjalistyczną w roku 1889, by upamiętnić zamieszki z Chicago, mające miejsce na początku maja roku 1886. W zamieszkach chodziło wówczas o ośmiogodzinny dzień pracy i gwarancje socjalne dla robotników. Później 1 maja stał się dniem wolnym od pracy, a w III Rzeszy i Związku Sowieckim — świętem państwowym.

Dziś pierwotne założenia Święta Pracy częściowo się zdezaktualizowały. Nie ma już klasy robotniczej takiej, jak była rozumiana sto lat temu. Inne są problemy, dotyczące długości dnia roboczego, urlopów, gwarancji pracowniczych, obciążenia kosztami pracy. Zmienił się też stosunek do tego dnia — jedni nadal, jak i za komuny, zalewają się z tej okazji do nieprzytomności, inni idą na pierwszomajowe marsze, a jeszcze inni postulują odrzucenie tego święta. Wśród tych nurtów od kilku lat przebija się także świętowanie dnia pierwszego maja przez narodowców — tak zorganizowanych, jak i autonomicznych nacjonalistów.

Czy możliwe jest „unarodowienie” Dnia Pracy? Sądzę, że tak. Najpierw światowy kryzys, a teraz kryzys w strefie euro czy kilka spektakularnych wrogich przejęć, dokonywanych przy pomocy państwowej — dobitnie pokazują, że kapitał nie tylko ma narodowość i kraj pochodzenia, ale też polityce narodowej — bądź państwowej — służy, niezależnie od tego, co by nam nie wmawiali doktrynerzy neoliberalizmu. W dobie offsourcingu i rajów podatkowych, dzień ten może się stać dniem nie tylko pracy, ale także dniem świadomości gospodarczej i patriotyzmu konsumenckiego.

Nie jest to także święto stricte świeckie. W roku 1955 Kościół ogłosił dzień 1 maja dniem św. Józefa Rzemieślnika. Święty Józef, oblubieniec Maryi, był cieślą — podobnie, jak Jezus. Dziś nadal istnieje zawód cieśli, podobnie jak mnóstwo innych rzemiosł — a grono rzemieślników się też faktycznie rozszerzyło o grafików, montażystów, programistów, tłumaczy, krawców, szewców, mechaników i innych. I jest to także dobra okazja, by przypomnieć sobie o ważności każdej pracy, jakkolwiek niewidoczna by była, jakkolwiek mało ważna czy godna by się wydawała.

Wszak praca oddala od nas trzy wielkie nieszczęścia — ubóstwo, występek i nudę. Warto o tym pamiętać.