„Polak Roku 2015” — fakty i mity

W najnowszej odsłonie plebiscytu „Polak Roku”, organizowanego przez jedyny poza granicami Polski dziennik ukazujący się 5 razy w tygodniu „Kurier Wileński”, zwycięzcą został ksiądz prałat Józef Aszkiełowicz. O ile sama osoba zwycięzcy ani jego zasług nie budzi żadnych wątpliwości, to duże dyskusje wywołał sposób opublikowania wyników i inne zmiany, które nastąpiły w konkursie.

Najważniejszą zmianą było to, że Kapituła uzyskała prawo głosu. Dotychczas o wyborze „Polaka Roku” decydowali wyłącznie czytelnicy nadsyłający kupony, w tym roku głosy czytelników stanowią 50% oceny, a drugie 50%  — to właśnie wybór Kapituły, w skład której wchodzą także wszyscy poprzedni laureaci plebiscytu. Była to zmiana od dawna dyskutowana, sam poruszałem ten temat jako członek funkcjonującej 6 lat temu Rady Programowej „Kuriera Wileńskiego”.

Pojawiły się zarzuty, że redakcja dokonała manipulacji, nie publikując szczegółowych wyników plebiscytu, z rozkładem na ilość kuponów, nadesłanych na każdego kandydata, jak i głosów Kapituły — w związku z czym nie widać, kto zajął miejsce drugie, a kto dziesiąte. Opublikowana została nawet nieoficjalna kolejność, w jakiej uplacować się mieli poszczególni kandydaci.

Manipulacji nie ma. Przede wszystkim, są to wybory jednego „Polaka Roku”, a znalezienie się w dziesiątce kandydatów — a zatem, zdobycie zaufania zgłaszających czytelników jak i poparcia Kapituły — jest także wyróżnieniem. I nie ma znaczenia, czy ktoś był drugi, ósmy czy dziesiąty. Poza tym, zaważyła kwestia praktyczna — w latach poprzednich niektórym osobom było przykro, że zdobyły mniej głosów niż inni kandydaci, pojawiały się złe emocje, a część zgłoszonych kandydatów rezygnowała z udziału w plebiscycie. I właśnie takim sytuacjom zapobiec ma niepublikowanie „rankingu” — w plebiscycie bowiem chodzi o wyróżnienie najbardziej w danym roku zasłużonych osób, albo takich, które zaskarbiły sobie z tych czy innych względów sympatię czytelników. Chodzi o dobre emocje, a nie kolejną okazję do sporów — tych wystarczy bowiem co roku przy dyskusjach, dlaczego ta czy inna osoba się w ogóle w dziesiątce znalazła…

Pojawił się także zarzut, jakoby „5 z 10 członków kapituły są z AWPL”. Nie jest to prawda. Kapituła, składająca się z laureatów poprzednich lat, liczy 16 członków. I o ile rzeczywiście, część z nich należy do AWPL (trudno chyba, żeby przedstawiciele jedynej polskiej partii na Litwie, najbardziej widoczni publicznie, nie zostawali laureatami tytułu „Polak Roku”?), to w jaki sposób ma to mieć się do zwycięstwa bezpartyjnego przecież kapłana, który wygrał tak głosami Kapituły, jak i czytelników? Zresztą, w tym roku się okazało, że Kapituła i Czytelnicy byli bardzo zgodni w swoim typowaniu, co świadczyć może jedynie o wysokiej reprezentatywności plebiscytu.

Policja, policja nam nie dokucza — w kontekście Igorisa Molotkovasa

Ten tekst broni policji. I jak świat światem, nigdy bym nie pomyślał, że ja — kibic, Polak, narodowiec — stawał będę w obronie litewskiej policji. Rzeczywistość jednak wszelkie takie przewidywania rewiduje, a umiłowanie prawdy i etyka dziennikarska* nakazują to zrobić, przyczyny wyjaśnię dalej.

W czwartek, 19 listopada 2015 roku, Wilno stało się świadkiem niemal stanu wojennego. Na skutek, pośrednio, ataków w Paryżu, jakie przypuścili islamscy terroryści w dniu 14 listopada. Sprawa prezentowała się następująco:

Około godziny 19 policjancji transportowali radiowozem narkomana, wielokrotnie sądzonego i karanego Igorisa Molotkovasa (r. ur. 1991). Zatrzymali się przy komisariacie, funkcjonariusze wszedli byli do środka, w radiowozie zostawiając samego zatrzymanego (skutego, co prawda, kajdankami) a także subkarabinek AKS-74U. Gdy wrócili, nie zastali ani zatrzymanego, ani broni. Szczęściem, radiowóz został na miejscu.

Ta sytuacja wzbudziła panikę — oto bowiem z policyjnym automatem biega po mieście przestępca o niestabilnej psychice, a do tego na głodzie. Głupia sprawa, prawda? Natychmiast zmobilizowano całe siły policyjne okręgu wileńskiego, ponad 3000 funkcjonariuszy (niemal 1/3 wszystkich litewskich policjantów), którzy zaczęli przeczesywać miasto. Włączono jednostkę „Aras” (od greckiego boga wojny — taki litewski SWAT), latały helikoptery, robiono blokady i obławy, jeździły samochody, przeczesywano pustostany, czołgów nie było, bo Litwa nie ma, ale na pewno by też były, gdyby były.

W końcu, po północy, zbiega ujęto w mieszkaniu przy wileńskim dworcu.

W związku z tym pojawiło się wiele memów, ludzie się śmieją z litewskiej policji, organizuje się nawet bieg śladami Molotkovasa, z drugiego końca miasta aż do jego przydworcowego mieszkania (nie wiadomo, czy uczestnicy też dostaną kałasznikowy), a minister spraw wewnętrznych Saulius Skvernelis podaje się do dymisji, zupełnie zresztą bez sensu, bo nie tyle ze względu na samo zajście, co przez od dawna znaną do niego niechęć Prezydenty Dali Grybauskaitė, która i tej okazji nie przepuściła, by mu publicznie napyskować.

No i w tej właśnie sytuacji chcę bronić i ministra, i instytucji litewskiej policji. Bo minister nie powinien ponosić odpowiedzialności politycznej za jednostkowe, niesystemowe incydenty — a taki właśnie miał miejsce. No chyba, że powody dymisji są inne — o nich później i ich też nie popieram.

Policjanci, którzy zostawili samego zatrzymanego w wozie z bronią automatyczną — niewątpliwie wykazali się zbrodniczą głupotą i powinni ponieść tego odpowiedzialność. Zasadne jednak jest pytanie — po co policjanci wożą ze sobą karabinki?

Na drugi dzień po atakach w Paryżu policjantom na Litwie wydano broń automatyczną. Nie byli wcześniej bezbronni — mieli pistolety, gazy, paralizatory elektryczne i pałki. Automaty wydano policjantom w celach czysto propagandowych, nawet bez przeprowadzenia stosownego szkolenia z zakresu ich używania (bo kiedy przed wydaniem ich dla funkcjonariuszy należało go zrobić — w nocy z piątku na sobotę?). Co zresztą poskutkowało tym, że przypadkiem w czasie szarpaniny jeszcze tego samego dnia 15 listopada postrzelony został bezdomny. Stąd wielu funkcjonariuszy broń tą traktuje jako zbędny balast, który trzeba ze sobą targać i który tylko przeszkadza.

Co więcej, od roku 2009, a więc czasu rządów postkomunistycznej partii Związek Ojczyzny: Litewscy Chrześcijańscy Demokraci, finansowanie policji jest systematycznie uszczuplane, a więc na odpowiednie przeszkolenie z zakresu użycia broni automatycznej i tak pewnie nie ma środków. A i wypłaty do zarobków marzeń nie należą.

Na jaw później też wyszła bogata biografia samego zbiega — karany administracyjnie 126 razy, sądowo skazany 15 razy, za kradzieże, rabunki i narkotyki. Obecnie zaś toczy się jeszcze 8 śledztw, w których figuruje, jest także podejrzany o popełnienie ciężkiego przestępstwa (prokuratura nie ujawnia, jakiego), za które grozi kara więzienia do lat 10.

Można zatem rozumować, że do zaistnienia sytuacji, w której policja całego okręgu poszukuje jednego zbiega, doprowadziły trzy patologie. Jedna, to brak odpowiedniego finansowania policji państwowej, pociągający za sobą niski poziom wyszkolenia i motywacji funkcjonariuszy. Druga, to potraktowanie policji jako narzędzia propagandowego poprzez wydanie jej funkcjonariuszom zbędnego (w obecnej sytuacji) i utrudniającego pracę uzbrojenia. Trzecia zaś — to patologia wymiaru sprawiedliwości, w wyniku której wielokrotnie karany i skazany osobnik mógł przebywać na wolności i popełniać dalsze przestępstwa.

W tej całej sytuacji winę zatem ponosi nie policja, tylko system sprawiedliwości i zarządzający nim. I jeśli już ktokolwiek powinien ponieść odpowiedzialność polityczną, to obecny minister sprawiedliwości i jego poprzednicy (w tym obecny mer Wilna Remigijus Šimašius), a nie minister spraw wewnętrznych.

Minister zaś spraw wewnętrznych do dymisji się podać powinien w jednym tylko przypadku. Jeśli te karabinki wydano policjantom w celach propagandowych, a on nie miał na to wpływu. Ale powinien się liczyć z tym, ze jego ewentualny następca, zatwierdzony przez Prezydent, będzie miał wpływu jeszcze mniej — i zdecydować, czy za to właśnie chce ponosić odpowiedzialność na skutek swej dymisji.

Rok 2014. Najważniejsze wydarzenia na Wileńszczyźnie

Końcówka roku zawsze jest okazją do pewnych podsumowań. Tak też chciałbym podsumować ten rok dla Wileńszczyzny. Od razu zapowiadam, że nie będę się silił na „dosiągnięcie” ilości zdarzeń do jakiejś okrągłej liczby, robił „Top-10” czy podobne rzeczy. Po prostu chcę wymienić rzeczy, które rzeczywiście stworzyły nową jakość, będą owocowały w przyszłości, lub są szczególnie dla czegoś symptomatyczne.

1. Otwarcie studiów drugiego stopnia na Wydziale Ekonomiczno-Informatycznym w Wilnie Uniwersytetu w Białymstoku, czyli Filii UwB. 

Polska uczelnia wyższa w Wilnie była marzeniem polskiej inteligencji od czasów Pieriestrojki. Marzeniem niespełnionym, mimo życzliwości i wsparcia ze strony Rodaków z Macierzy. Wierzę, że Filia, działająca od 2006 roku, jest zalążkiem takiej właśnie uczelni. Na razie można na niej studiować ekonomię i informatykę, oferuje także studia podyplomomowe z ekonomii. Otwarcie studiów magisterskich z ekonomii jest ogromnym krokiem, wejściem uczelni na nowy poziom. Dziekan FIlii, profesor Jarosław Wołkonowski zapowiada, że w przyszłym roku uruchmione zostaną także studia licencjackie z europeistyki.
Posiadanie własnej uczelni to nie tylko możliwość studiowania w języku ojczystym na miejscu, w Wilnie, ale przede wszystkim społeczność akademicka, funkcjonująca w polskim środowisku i to środowisko wzbogacająca.
Uniwersytet w Białymstoku powstał w roku 1968 jako filia Uniwersytetu Warszawskiego. Samodzielną placówką stał się w roku 1997. Mam nadzieję, że tak też kiedyś będzie z dzisiejszą Filią.

2. Przejście Akcji Wyborczej Polaków na Litwie do opozycji

AWPL było w koalicji przez niemal dwa lata. Mimo wszelkich starań, nawet w obliczu wojny na Ukrainie, która teoretycznie powinna — na skutek zbieżności interesów i wspólnego zagrożenia — zbliżać Polaków i Litwinów, nie udało się przełamać niechęci litewskich polityków do załatwienia kilku szalenie prostych spraw. Kwestie publicznego używania języka polskiego, oryginalnej pisowni nazwisk, odwołania skandalicznej reformy oświatowej, restytucji mienia — pozostały nierozwiązane. Oficjalnym powodem był konflikt o stołki, mniej oficjalnym — fakt, że premier nie potrafił się zdecydować, jaką ma opinię na jaki temat, a projekt Ustawy o Mniejszościach Narodowych przekazano do kolejnego „poprawiania”, którego skutkiem miało być skreślenie punktów o dwujęzycznych napisach i używaniu języka mniejszości w urzędach. Argumentacja powalała — „tylko Polacy tego chcą, a nie ma sensu przyjmować specjalnej ustawy dla jednej mniejszości”.
Ciekawostką jest zaś to, że wszyscy ci, którzy przez półtora roku postulowali wystąpienie AWPL z koalicji rządzącej, byli z przejścia partii do opozycji najbardziej niezadowoleni.

3. Odnowienie „Czarnego Anioła” na Starej Rossie

Pomnik nagrobny Izy Salmanowiczównej jest wizytówką Starej Rossy, zachwycają się nim turyści i rodowici wilnianie. Od lat wymagał remontu, który w końcu udało się przeprowadzić. Za środki z Polski, z inicjatywy kierowanego przez panią Alicję Klimaszewską Społecznego Komitetu Opieki nad Starą Rossą. Udział państwa litewskiego ograniczył się do stawiania biurokratycznych barier.
W pewnych tematach się nic nie zmienia.

4. „Rozwiązanie” kwestii dwujęzycznych napisów w rejonie solecznickim

Krucjata namiestnika rządu na okręg wileński Audriusa Skaistysa dobiegła końca po tym, jak nowy (poprzedni, Bolesław Daszkiewicz, udał się na emeryturę, chociaż w tym kontekście można to uznać za wewnętrzną emigrację przed represjami) dyrektor administracji rejonu, zagrożony karami liczonymi już tym razem w setki tysięcy litów, dopilnował, by w rejonie nie został ani jeden polski napis.
Pociechą ma być ponoć fakt, że zmieniono przepisy wykonawcze i teraz „oficjalne” nazwy ulic mają być na słupkach, a te na domach mogą już sobie wisieć. Tylko co z tego, skoro ludzie zostali już zastraszeni i komorniczym terrorem zmuszeni do usunięcia tych tabliczek z domów, a na postawienie słupków nie ma środków? Tym bardziej, że chodzi przecież o uznanie naszego prawa do publicznego i oficjalnego używania języka ojczystego, a nie zabawę w słupki.

5. Przyjęcie Ustawy o Bezpieczeństwie Cybernetycznym

Co prawda, w nieco ograniczonej formie w stosunku do pierwotnego projektu, ale nadal antydemokratycznej w założeniu i tworzącej mechanizmy państwa policyjnego. Ustawa w takiej formie może być i na pewno będzie wykorzystywana przeciw Polakom.

6. Nowe zasady finansowania mediów polskich

Dzięki wspólnym wysiłkom zainteresowanych, udało się razem z Ministerstwem Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej wypracować spójniejszy i logiczniejszy mechanizm dotowania mediów polonijnych, niż dotychczas. Zmiany dotyczą m.in. trybu finansowania (media jednego państwa otrzymują dotacje za pośrednictwem jednej organizacji wnioskującej z Polski) oraz jego okresu (dotacja przyznawana jest na 2 lata, a nie na rok, jak poprzednio). Nadal jest nad czym pracować, ale nowy model pozwoli prasie na pewną stabilizację finansową i możliwości planowania, a więc także rozwój.

7. Uruchomienie nowego portalu „Kuriera Wileńskiego”

Nowa odsłona internetowego wydania „Kuriera” http://kurierwilenski.lt była długo oczekiwanym dzieckiem — sześć lat funkcjonowania poprzedniej wersji to cała epoka. Nowa strona wciąż jest rozwijana i dopracowywana, borykamy się z notorycznymi atakami cybernetycznymi, ale najważniejszy krok został dokonany i docenili to też czytelnicy, których liczba w ostatni kwartale roku wzrosła.

8. Powołanie Departamentu ds. Mniejszości Narodowych

Temat tak naprawdę zastępczy, bo nowy departament ma mieć 15 etatów i 200 tyś. litów budżetu (czyli w zasadzie budżet ma wystarczyć na utrzymanie tych 15 etatów i niewiele więcej). Zanim został zlikwidowany przez rząd Andriusa Kubiliusa, poprzedni departament zajmował się wspieraniem mniejszości w ten sposób, że jedną piątą budżetu wydawał na zakup litewskich czytanek do polskich przedszkoli, a resztę na litewskie rządowe szkoły w rejonie solecznickim. Ale za to dobrze to wyglądało międzynarodowo, że się państwo troszczy o mniejszości.
Ten punkt się znalazł w rankingu ze względu na swoją symptomatyczność — pokazuje bowiem, że litewska klasa polityczna zamiast realnie rozwiązywać istniejące problemy, woli udawać ich rozwiązywanie poprzez tworzenie urzędniczych etatów dla kolejnych szwagrów. W ten sposób rosnąca biurokracja będzie bohatersko radzić sobie z problemami tworzonymi przez rosnącą biurokrację.

9. Wydanie płyty „Muzyczne Rodowody: Litwa

Bo bardzo ważne jest uświadomienie nam samym, co mamy, i że nie jesteśmy gorsi. Pod względem muzycznym to był wyśmienity rok, gdyż zaistniało bądź rozwinęło się mnóstwo projektów, które, poza niewątpliwymi talentami zaangażowanych osób, pokazały jedno — śpiewanie po polsku jest cool.


 

Ważnych wydarzeń było z pewnością o wiele więcej, celowo jednak wolałem skupić się na takich, które często są pomijane czy bagatelizowane, albo przykrywane tematami zastępczymi.

Czy Litwie grozi cybernetyczne gestapo?

Źródło: <a href="http://www.stockvault.net/photo/106884/magnified-view-of-a-motherboard">StockVault.net</a>

Źródło: StockVault.net

Wygląda na to, że tak. I to według projektu, przygotywanego przez sejmową Komisję Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony, a zgłoszonego przez jej przewodniczącego Artūrasa Paulauskasa.

Projekt Ustawy o Bezpieczeństwie Cybernetycznym (Nr. XIIP-1936(2) ) przewiduje bowiem nadanie policji uprawnień, dotąd posiadanych przez służby specjalne — do tego bez nakazu sądu. Mianowicie, artykuł 12. wspomnianego projektu zezwala policji na zbieranie informacji o użytkownikach internetu, odwiedzanych przez nich stronach, dokonywanych transakcjach i zakupach w internecie. Ma także prawo do odłączenia użytkowników od internetu, a dostawca usług zobowiązny jest nie informować użytkownika o prawdziwych powodach takiego stanu rzeczy. Wszystko to ma policja móc robić bez nakazu sądu, ale nawet bez śledztwa — w ramach prewencji.

W praktyce jest to ogromne zagrożenie dla demokratycznego funkcjonowania państwa (bo co to za problem, żeby policja odłączyła od internetu na 48 godzin wszystkich członków partii opozycyjnej? — według projektu ustawy, żaden), ale także może prowadzić do wielkich nadużyć. Nietrudno sobie wyobrazić sytuację, w której autor reportażu obnażającego np. korupcję, trafił na listę śledzonych, a później co pikatniejsze wyniki „śledztwa” (prawdziwe bądź sfabrykowane — w takiej sytuacji nie będzie to miało znaczenia) „wyciekną”.

Decyzje w sprawie Ustawy o Bezpieczeństwie Cybernetycznym, przez niektórych zwanej też Ustawą o Cybergestapo, Seimas będzie przyjmował jutro — w czwartek, 4 grudnia. Oby nie był to dzień pogrzebu tych namiastek demokracji, które jeszcze mamy…

„Polak Roku 2014” — moi kandydaci

Tradycyjnie już „Kurier Wileński” organizuje swój bijący rekordy popularności plebiscyt — „Polak Roku”. Co roku zgłaszam też swoje kandydatury, tym razem postanowiłem uczynić to publicznie — bo często o wartościowych ludziach i ich osiągnięciach mówi się za mało.

Kolejność zupełnie przypadkowa.

Alicja Klimaszewska — prezes Społecznego Komitetu Opeki nad Starą Rossą. Właśnie za to.

Irena Duchowska — prezes Oddziału Związku Polaków na Litwie „Lauda” oraz Stowarzyszenia Polaków Kiejdan, kompozytor i poetka. Za wieloletnią pracę w szczególnie trudnych warunkach i wbrew wszelkim przeciwnościom, za prawdziwą niezłomność i odwagę.

Małgorzata Runiewicz-Wardyn oraz Łukasz Wardyn — założyciele oraz duet napędzający Europejską Fundację Praw Człowieka, nowoczesną organizację pozarządową, która podejmuje kroki prawne na rzecz poprawy sytuacji polskiej społeczności na Litwie, ale także na rzecz lepszej Litwy. Dzięki ich działaniom, m.in. zmniejszyła się ilość komentarzy w internecie, głoszących nienawiść wobec Polaków. Za odwagę, świeże pomysły oraz spojrzenie, a także bycie przykładem tego, że da się godzić rodzicielstwo z intensywną karierą zawodową.

Stefan Kimso — wieloletni prezes Klubu Sportowego „Polonia Wilno”. Za wytrwałość i działanie wbrew przeciwnościom losu.

ks. Dariusz Stańczyk — za ogrom pracy i serca, jakie włożył w budowę parafii w Szumsku, Kowalczukach, stworzenie Wileńskiego Hufca Maryi oraz ogrom starań, włożonych w szerzenie kultu Miłosierdzia Bożego. I za odwagę.

Adam Błaszkiewicz — dyrektor Gimnazjum im. Jana Pawła II w Wilnie, wieloletni harcmistrz Związku Harcerstwa Polskiego na Litwie. Za stworzenie jednej z najlepszych szkół (nie tylko polskich!) na Litwie i pomyślne kierowanie nią przez cały okres jej istnienia, za świecenie własnym przykładem, spokój i stanowczość. Dyrektor, które się nie boi, tylko szanuje.

prof. Jarosław Wołkonowski — dziekan Wydziału Ekonomiczno-Informatycznego w Wilnie Uniwersytetu w Białymstoku, czyli naszej wileńskiej Filii UwB. Pierwszego zagranicznego wydziału polskiej uczelni, a zarazem jedynej zagranicznej filii na Litwie. W tym roku uruchomili studia magisterskie z ekonomii.

dr Alina Grynia — prodziekan Filii UwB ds. studenckich i mnóstwa innych. Właśnie za to, bo to ogromna i zbyt często niedoceniana robota.
Na Litwie jest ogromne mnóstwo wspaniałych Polaków, społeczników, przedsiębiorców i ludzi sukcesu innych dziedzin. Zapraszam do wpisywania w komentarzach swoich typów, a także wysyłanie nominacji na adres reklama@kurierwilenski.lt — można to robić jeszcze do 31 października.

O co chodzi z karami za polskie napisy — fakty i dedukcje

Za takie tabliczki są wymierzane kary, wysokość których idzie już w setki tysięcy litów.<br/>Fot. Marian Paluszkiewicz, <a href="http://kurierwilenski.lt/">„Kurier Wileński”</a>

Za takie tabliczki są wymierzane kary, wysokość których idzie już w setki tysięcy litów.
Fot. Marian Paluszkiewicz, „Kurier Wileński”

Niby jest sezon ogórkowy, ale zupełnie bez echa przeszła wieść, że zbliżają się kolejne, jeszcze większe kary za dwujęzyczne tabliczki z nazwami ulic na Wileńszczyźnie. O ile poprzednio dyrektor administracji rejonu solecznickiego Bolesław Daszkiewicz miał do zapłacenia 43 400 litów (i zapłacił, bo komornik zajął mu mieszkanie), to teraz jego następcy (Daszkiewicz wyszedł na emeryturę) grozi kara jeszcze większa. Dziesięciokrotnie.

Podobne represje grożą także dyrektor administracji samorządu rejonu wileńskiego, Lucynie Kotłowskiej.

O co chodzi w sprawie z tabliczkami?

Sprawa zaczęła się w roku 2008, kiedy ówczesny namiestnik rządu na okręg wileński Jurgis Jurkevičius, złożył do sądu skargę na samorządy rejonów wileńskiego i solecznickiego, zamieszkiwanych w większości przez Polaków, oskarżając je o łamanie Ustawy o Języku Państwowym, które polegać miało na tym, że na prywatnych domach mieszkańcy poumieszczali sobie tabliczki z nazwami ulic w dwóch językach — litewskim i polskim. Zgodnie zresztą z obowiązującą wówczas Ustawą o Mniejszościach Narodowych, przewidującą prawo do napisów informacyjnych w języku mniejszości.

Po kilku latach maratonu sądowego (i wygaśnięciu Ustawy o Mniejszościach Narodowych 1 stycznia 2010 roku), sądy nakazały obydwu samorządom usunięcie tabliczek. Samorządy więc je usunęły — z budynków, które do samorządów należą. To jednak nie zadowoliło Jurkevičiusa, który ponownie złożył do sądu sprawę o niewypełnianie przez samorząd wyroku sądu — uznał bowiem, że samorząd powinien był także usunąć dwujęzyczne napisy z domów mieszkańców, a więc — wejść na prywatne posesje i zniszczyć prywatne mienie, jakim są tabliczki, wywieszone przez samych mieszkańców. Wskazał, by karać konkretne osoby — dyrektorów administracji samorządów.

I sądy karały. Kilkakrotnie. Najpierw mniejszymi karami, później większymi. Za każdym razem Jurkevičius żądał kary maksymalnej — 1000 litów za dzień zwłoki w wykonaniu wyroku. Kiedy Jurkevičius w roku 2011 ustąpił ze stanowiska, ówczesny rząd Andriusa Kubiliusa na to stanowiska mianował Audriusa Skaistysa — członka Związku Ojczyzny, szaulisa (jest członkiem zarządu centralnego Związku Strzelców Litewskich, tzw. szaulisów) i członka wileńskiego „Sąjūdisu” (który po odzyskaniu przez Litwę niepodległości swoją wrogość przerzucił z sowietów na Polaków). Skaistys politykę Jurkevičiusa kontynuuje, a zapowiadane kolejne, jeszcze surowsze, wyroki są właśnie tej polityki kontynuacją.

Czy tak być musi?

Oczywiście, że nie. Przede wszystkim, dwujęzyczne tabliczki nie są tak na dobrą sprawę zakazane — żadna ustawa nie mówi, że napisy publiczne mają być wyłącznie w języku litewskim. Można więc odstąpić od ich zwalczania i nie złamać żadnego prawa. Poza tym — wcale nie ma żadnego prawnego obowiązku karania konkretnych osób — administratorów samorządów — za rzekome niewykonanie wyroku. Zaistniała sytuacja jest zatem wynikiem po prostu złej woli, tak polityków, z nadania których swoje funkcje pełni namiestnik Audrius Skaistys, jak również jego samego oraz sądów, które takie wyroki wydają. Wszystko w myśl zasady — daj człowieka, a paragraf się znajdzie.

Po co to zatem?

Skoro „niewykonaniem wyroku” jest obecność choćby jednego polskiego napisu na terenie rejonu  — nawet gdyby poprzednie zostały usunięte, zawsze mogą pojawić się nowe, albo namiestnik może nowe „znaleźć” — może się okazać, że karanie dyrektorów jest swoistym perpetuum mobile, samonakręcającą się maszynką, a te kary się nigdy nie skończą. Zważywszy na to, że nowemu dyrektorowi administracji rejonu solecznickiego za owo „niewykonanie” grozi kara o wysokości nawet pół miliona litów, a kolejne kary będą tylko rosnąć, za każdy kolejny dzień o 1000 litów, może się szybko okazać, że nie będzie chętnych do pełnienia funkcji dyrektora administracji. Czyli — doprowadziłoby to do sparaliżowania funkcjonowania samorządów rejonu wileńskiego i solecznickiego.

Dlaczego komukolwiek miałoby zależeć na paraliżu dwóch przystołecznych samorządów? Dla rodaków z Polski odpowiedź może nie być oczywista, ale Polacy na Litwie mają już doświadczenie w tym temacie. Zablokowanie pracy samorządów byłoby doskonałym pretekstem do wprowadzenia zarządzania komisarycznego w samorządach za pośrednictwem wyznaczonych przez Rząd RL komisarzy, czyli tzw. „zarządzania bezpośredniego” — a takie rozwiązanie od lat postulują środowiska nieprzychylnych Polakom na Litwie szowinistów, wywodzących się z sowieckich struktur. Wprowadzenie dyktatury komisarzy na początku lat dziewięćdziesiątych (wówczas pod pretekstem zwalczania „autonomii” i, swoją drogą, niezgodnie z obowiązującym wtedy prawem) zaowocowało grabieżą ziemi (w samym tylko rejonie wileńskim rozdano ponad 5000 działek budowlanych pod kolonizację Wileńszczyzny) oraz licznymi szykanami wobec Polaków. Przede wszystkim zaś, powstrzymało na kilka lat powstawanie polskiej samorządności, co owocuje także dzisiejszą pozycją naszej społeczności w regionie. Powtórzenie takiego ciosu bardzo by w polską społeczność uderzyło, i być może na to właśnie liczą wszyscy ci, tak aktywnie zwalczający dwujęzyczne napisy w rejonach.

Apostołowie syndromu sztokholmskiego

Syndrom sztokholmski – stan psychiczny, który pojawia się u ofiar porwania lub u zakładników, wyrażający się odczuwaniem sympatii i solidarności z osobami je przetrzymującymi. Może osiągnąć taki stopień, że osoby więzione pomagają swoim prześladowcom w osiągnięciu ich celów
za Wikipedią

Zadziwiająca jest uporczywość, z jaką działacze Związku Ojczyzny — Litewskich Chrześcijańskich Demokratów (ZO), publikują wszelkiego rodzaju zwroty i odwołania, zazwyczaj przedwyborcze, do Polaków, mieszkających na Litwie. Mniej zadziwiająca, a bardziej męcząca jest przy okazji ich konsekwencja w poniżaniu swoich adresatów — tak, jakby oczekiwali, że po jakimś czasie wywołają u Polaków syndrom sztokholmski i sympatię do tych, którzy ich obrażają.

Oto przed wyborami do Parlamentu Europejskiego Mantas Adomėnas, też kandydat z listy landsbergistowskiego ZO, opublikował odezwę, zatytułowaną — „Polacy!”. Kontynuuje już jednak mniej przyjemnie:
„Polacy Litwy! Litwini polskiego pochodzenia!”. Dalej następują, prawdopodobnie zmyślone historyjki o tym, jak go Polacy chętnie przyjmują u siebie w domu i deklamują „Litwo, Ojczyzno moja” i wierszyki „Maironisa” (pewnie ten, w którym pisze „To Polak — narodów wyrodek”), oraz kolejne przemyślenia na temat „mówiących po polsku Litwinów” i clou tekstu — nawoływanie, by głosować „słusznie”, a przy okazji sugestia, że jak się zagłosuje nie tak, to się jest sowieckim agentem. Urocze.

Kolejnym chunwejbinem ZO na odcinku polskim jest poseł Egidijus Vareikis, który poza pisaniem o Polakach lubi też dać w palnik lub żonie po twarzy. Ostatnio znów wystąpił z pomysłem, byśmy wszyscy byli „Litwinami jednakowej próby” i korzystali z jednakowego prawa do… używania języka pństwowego, czyli litewskiego.

Jak wykazały badania opinii samych Polaków, takie określenia, używane przez wyżej wymienionych panów — są zwyczajnie obraźliwe. Jak się doda do obrazu ich działalność parlamentarną — głosowanie za antypolską Ustawą o Oświacie, czy za wycofaniem z porządku obrad projektu Ustawy o Mniejszościach Narodowych — można stwierdzić, że cechuje ją polonofobia. Po co zatem to robią?

Być może pewnej próby odpowiedzi na to pytanie należy się doszukiwać u ich idola, założyciela Związku Ojczyzny Vytautasa Landsbergisa, który swego czasu nawoływał do „dogadania się z naszymi Polakami”. Być może działacze ZO traktują Polaków jako swoich — pozbawionych własnej podmiotowości swoich zakładników? Może tymi obraźliwymi odezwami i krzywdzącymi dla Polaków zachowaniami politycznymi starają się odwołać do — spodziewanego — syndromu sztokholmskiego polskiej społeczności, w myśl zasady „…a mógł zabić”?

Jest tylko jeden szkopuł.

My nie mamy syndromu sztokholmskiego.

Kto na Litwie uważa Polskę za wroga?

Wrogość, mniej lub bardziej wyimaginowana, w relacjach między Polską a Litwą jest dość jednokierunkowa

Wrogość, mniej lub bardziej wyimaginowana, w relacjach między Polską a Litwą jest dość jednokierunkowa

Furorę robią wyniki przeprowadzonego na Litwie badania opinii publicznej, z którego wynika, że 26,8% respondentów uważa Polskę za państwo Litwie wrogie, natomiast za państwo przyjazne Polskę uważa 12,68% respondentów.

Można się spierać o to, na ile tego typu sondaże są reprezentatywne (nie są), ale należy zwrócić uwagę na dwie, niezmiernie istotne kwestie.

Pierwsza to taka, że wyniki te wcale nie pokazują stosunku respondentów do Polski czy Polaków, a jedynie obrazują ich opinię na temat, gorzej lub lepiej rozumianej, „wrogości” Polski wobec Litwy.

Druga zaś, to to, co na taką opinię wpływa. Istotny jest tu także fakt, że opinia o Polsce się w ostatnich latach na Litwie znacznie pogorszyła — więcej osób uważa Polskę za państwo wrogie, a mniej — za przyjazne.

Należy z całą stanowczością podkreślić, że Polska nie podejmowała absolutnie żadnych kroków wobec Litwy, które by można było uznać za „wrogie” i które by usprawiedliwiały taką opinię. Z czego zatem wynika taki właśnie rezultat sondażu? Przede wszystkim z zaniechania — strona polska nie poczyniła żadnych kroków, które by ukróciły negatywną propagandę na temat Polski, która jest sączona do litewskiej przestrzeni informacyjnej — nie tylko przez kanały i media rosyjskie, ale także przez media litewskie i — przede wszystkim! — litewskich polityków, także tych, którzy lubią przy innych okazjach deklarować swoją miłość do Polski, jeśli akurat nadarza się stosowna akcja w mediach.

Takimi wynikami sondażu nie należy się także niepokoić — nie mają one i tak przełożenia na rzeczywistość. Nawet gdyby i 50% respondentów uważało Polskę za wrogi kraj, to i tak litewskie Ministerstwo Ochrony Kraju  włączyłoby się w tworzenie polsko-litewskie-ukraińskiej brygady w ramach NATO, szczególnie, że gros obciążenia finansowego i tak poniesie Polska. Nie miały wpływu na rzeczywistość także wcześniej — kiedy Polskę za kraj przyjazny uznawało 60% respondentów, a tymczasem Koleje Litewskie rozbierały „Orlenowi” tory do Możejek.

Należy dostrzec pewien dualizm, a nawet wielobiegunowość litewskiego stosunku do Polski i Polaków. Otóż, kiedy litewscy politycy deklarują miłość do „Polski”, wcale nie musi to być równoznaczne z miłością do Rzeczypospolitej Polskiej, znajdującej się między Bugiem a Odrą, tylko — zazwyczaj — sprowadza się do afektu do bliżej nieokreślonej idei „Polski”. Dlatego nie ma absolutnie żadnej sprzeczności między sympatią dla „Polski” wyimaginowanej, a równoczesnym czynnym szkodzeniem Polsce fizycznie istniejącej, choćby przez szykanowanie Polaków. Stosunek do Polaków jako narodu jest bowiem w tym układzie kompletnie oderwany od stosunku do „Polski”. Widać to bardzo jaskrawo choćby na przykładzie litewskiego polityka ze „Związku Ojczyzny” Mantasa Adomėnasa, który po transparencie „Lecha” chętnie pozował do zdjęcia z kartką „Litwa wspiera Polskę”, ale już przed ostatnimi wyborami do Polaków się zwracał per „Litwini mówiący po polsku”.

Skomplikowane? Wcale nie. Trzeba tylko wreszcie przestać się kierować w prowadzeniu polityki emocjami.

Polacy „priorytetem” dla Litwy? To powód do niepokoju, a nie optymizmu

Mimo deklaracji życzliwości wobec Polaków, za dwujęzyczne napisy grozą kolejne, jeszcze wyższe kary<br/>Fot. Marian Paluszkiewicz

Mimo deklaracji życzliwości wobec Polaków, za dwujęzyczne napisy grozą kolejne, jeszcze wyższe kary
Fot. Marian Paluszkiewicz

Kiedy na Litwie się ogłasza, że rozwiązanie kwestii polskiej jest rzeczą priorytetową dla rządzących, zawsze jest to powodem do niepokoju. Poprzednio w ramach dbałości państwa o Polaków na Wileńszczyźnie działały różne komisje ds. Litwy Wschodniej, które zajmowały się, między innymi, szkalowaniem Armii Krajowej. W ramach programów inwestycji w rozwój regionu budowano rządowe litewskie szkoły, robiące polskim dzieciom pranie mózgów i zatrudniające rozniecających nienawiść pedagogów. Teraz zaś podpisano międzypartyjne porozumienie, dotyczące bezpieczeństwa państwowego — a w nim, obok zwiększenia nakładów na obronność, zapowiedziano także jak najszybsze przyjęcie Ustawy o Mniejszościach Narodowych.

Założenie to z całą pewnością mogłoby cieszyć, gdyby nie realia, w których przyszło nam żyć. Projekt ustawy, która byłaby zgodna i z Konwencją Ramową Rady Europy o Ochronie Mniejszości Narodowych, i z traktatem polsko-litewskim z 1994 (jedyny zarzut można mieć co do niewspółmiernie wysokiego minimalnego odsetka mieszkańców miejscowości — wynoszącego 25% — powyżej którego możliwe byłoby używanie dwujęzycznych napisów czy polskiego języka urzędowego), od roku już tuła się po ministerstwach i gabinetach rządowych, a teraz został przekazany do kolejnych poprawek.

I te właśnie poprawki mogą powodować niepokój. Otóż bowiem powołano rządową grupę roboczą, którą kieruje wicedyrektor Kancelarii Premiera, socjaldemokrata Remigijus Motuzas. W rozmowie z portalem „15min” zapowiedział, że jego grupa będzie próbowała usunąć z ustawy uprawomocnienie dwujęzycznych napisów oraz języka mniejszości w roli urzędowego, ponieważ, jak ujął — „dotyczy to bardziej tylko jednej wspólnoty narodowej”. W ten sposób „poprawiona” ustawa w żaden sposób nie rozwiązuje żadnego problemu polskiej społeczności. 

* * *

Inną drogą zaś idzie Związek Ojczyzny, czyli potocznie litewscy konserwatyści (oficjalna nazwa to „Związek Ojczyzny: Litewscy Chrześcijańscy Demokraci”, dalej ZO), który zgłosił własny projekt o nazwie „Ustawa o Ochronie Praw i Swobód Osób Należących do Mniejszości i Wspólnot Narodowych Republiki Litewskiej”, który nie tylko wprowadza chaos prawny, mieszając pojęcia mniejszości, wspólnot narodowych i nie rozróżniając między autochtonami a imigrantami, ale też aktywnie jeszcze bardziej ograniczając zakres używania języków mniejszości narodowych nawet w porównaniu do sytuacji obecnej.

Ostatnio też Radio WNET przeprowadziło wywiad z Rokasem Žilinskasem, posłem do Seimasu i kandydatem do Parlamentu Europejskiego z ramienia ZO. Poza dominującym w wywiadzie wątkiem nietradycyjnej seksualności Žilinskasa, wspomniano też o kwestii polskiej. Poseł zapowiedział, że należy przede wszystkim rozmawiać (pewnie aż Polacy nie wymrą), a za ustawą, rozwiązującą ewentualne problemy Polaków zagłosowałby wyłącznie w „atmosferze pokoju i spokoju”. Trudno wnioskować, czy zamierza w ten sposób się wyłamać z dyscypliny głosowania nad projektem własnej partii, czy też po prostu naprędce coś zmyślił (podobnie jak to, że w Wilnie się krzyczy „Polska armia silna na ulicach Wilna” — może to się i rymuje, ale sensu nie ma, podobnie jak odzwierciedlenia w rzeczywistości).

Z drugiej zaś strony, pełniący funkcję namiestnika rządu na (zlikwidowany przecież kilka lat temu) Okręg Wileński członek ZO i Związku Strzelców Litwy Audrius Skaistys, kontynuuje swoją krucjatę przeciw polskim napisom. Po olbrzymiej karze o wysokości 43 400 litów, nałożonej na dyrektora administracji samorządu Rejonu Solecznickiego Bolesława Daszkiewicza, obecnie wnioskuje się o dwukrotnie wyższą karę dla dyrektor administracji samorządu Rejonu Wileńskiego, Lucyny Kotłowskiej.

Niewykluczone więc, że w ramach przewidywanego przeze mnie scenariusza pacyfikacji polskiej mniejszości, strona litewska będzie próbowała przepchnąć nie rozwiązującą problemów Polaków Ustawę o Mniejszościach Narodowych, a ewentualne protesty zrzucić na karb „groźnego ekstremizmu”, który zagraża „strategicznemu partnerstwu”. Obym się mylił.

„Polscy nacjonaliści“ — co chce przez to powiedzieć litewska bezpieka

Litewska bezpieka nie po raz pierwszy podejmuje agresywne kroki w stosunku do Polaków

Litewska bezpieka nie po raz pierwszy podejmuje agresywne kroki w stosunku do Polaków. Fotomontaż mojego autorstwa.

W ubiegłym tygodniu opublikowany został raport Departamentu Bezpieczeństwa Państwowego Republiki Litewskiej (Valstybės Saugumo Departamentas, dalej będę używał skrótu VSD lub po prostu słów „bezpieka“ i „sauguma“), zatytułowany „Ocena zagrożeń dla bezpieczeństwa państwowego“, w którym po raz pierwszy wśród tych zagrożeń wymieniono tak otwarcie Polaków na Litwie. W rozdziale, zatytułowanym „Ekstremizm i terroryzm“ i zajmującym półtorej strony, czytamy:

„W ciągu paru ostatnich lat na Litwie Południowo-Wschodniej ostatecznie uformował się ruch skrajnych polskich nacjonalistów. W ocenie VSD, pierwotną przyczyną pojawienia się tego ruchu była dość silna izolacja socjalna i kulturalna społeczności polskiej na Litwie, ale podstawowy impuls dały aktywniejsza w ostatnich latach działalność i kontakty na Wileńszczyźnie prawicowych organizacji z Polski. W ocenie VSD, wspomniany twór nie stanowi zagrożenia dla integralności terytorialnej Litwy, ale jego działalność i osobne incydenty mogą nasilać napięcie etniczne na Litwie Południowo-Wschodniej, powodować negatywne nastawienie społeczeństwa państwa w stosunku do polskiej społeczności na Litwie.“

Co zatem ten akapit oznacza i jakie ma to implikacje dla nas, Polaków na Litwie?

Przede wszystkim, między bajki należy włożyć teksty o „powstaniu“ czy „ostatecznym ukształtowaniu się“ jakiegoś „ruchu skrajnych polskich nacjonalistów“. Społeczność polska ani żadna z jej organizacji nie wystąpiła z jakimiś nowymi postulatami czy działaniami, nie zostały też zarejestrowane żadne nowe organizacje, które by takie hasła głosiły — a histeryczne krzyki pewnych środowisk o „nielegalnej filii ONR w Wilnie“ należy uznać za polityczne delirium. Co zatem się stało, że bezpieka pisze o problemie „skrajnego polskiego nacjonalizmu“? Otóż, w październiku 2012 roku Akcja Wyborcza Polaków na Litwie przekroczyła — po raz pierwszy w historii — pięcioprocentowy próg wyborczy i weszła do koalicji rządzącej. Jest siłą polityczną, na którą głosuje 60% uprawnionych do udziału w wyborach Polaków, z którą trzeba się liczyć — a AWPL od zawsze jest atakowana jako „polscy szowiniści“, a postulaty polskiej pisowni nazwisk czy nawet sam fakt istnienia polskich szkół określa się nierzadko jako „antypaństwowe“ czy „nacjonalistyczne“, więc VSD tylko dołącza do tej fali oszczerstw.

Bardzo dużo mówią też powody rzekomego powstania opisywanego „ruchu“, podane przez saugumę — które sugerują także, jakie środki należy przedsięwziąć, by je zlikwidować. O „zacofaniu“ czy „izolacji“ Wileńszczyzny zawsze się mówi, kiedy ma na celu wprowadzenie rozwiązań, uderzających w Polaków. „Integrowanie“ Polaków do społeczeństwa było głównym argumentem antypolskiej reformy oświatowej, poważnie ograniczającej zakres używania języka polskiego w szkołach na Wileńszczyźnie. „Zmniejszenie izolacji“ było głównym celem tzw. programu rozwoju Litwy Południowo-Wschodniej, w ramach którego budowano rządowe litewskie szkoły, zwane przez niektórych inkubatorami lituanizacji. Ostatecznie, „rezerwatem“ Wileńszczyznę nazywał ostatnio socjaldemokrata, sygantariusz Aktu Odrodzenia Niepodległości Litwy Aloyzas Sakalas, nawołując do pozbawienia Polaków politycznej reprezentacji.
To zaś, że bezpieka zignorowała rzeczywiste powody ewentualnej radykalizacji, jakimi jest marginalizowanie Polaków przez państwo litewskie, tzw. „pełzająca dyskryminacja“, łamanie praw mniejszości narodowych oraz obrażanie i poniżanie Polaków przy każdej okazji przez polityków litewskich — sugerować może, że działania takie nie spotykają się z potępieniem, a może nawet cieszą się wsparciem lub są nawet inspirowane przez VSD.

Dlaczego wzmianka o Polakach pojawiła się w raporcie bezpieki właśnie teraz, skoro nie pojawiły się żadne okoliczności wewnętrzne ani zmiany struktury społeczności polskiej, które by usprawiedliwiały tego rodzaju opinie VSD? Ze względu na sytuację na Ukrainie.

Nie jest szczególną tajemnicą, że Litwa de facto rządzona jest przez obecnych i byłych depeków (od Departamentu Bezpieczeństwa), nierzadko pracujących w bezpiece jeszcze od czasów komuny — oraz zaprzyjaźnionych z nimi oligarchów, polityków (ze wszystkich opcji), urzędników i organizacji. Nie jest także wielką tajemnicą bliskość służb litewskich oraz rosyjskich. Dlatego tzw. „kryzys ukraiński“ sauguma chce wykorzystać, by podjąć kolejne kroki na drodze do likwidacji polskiej społeczności, która niechętnie poddaje się kontroli służb i do tego ma wsparcie z Macierzy. A wydarzenia na Ukrainie i rosyjska agresja na Krym są właśnie doskonałą okazją, by ponownie wobec Polaków zastosować scenariusz z początku lat dziewięćdziesiątych — oskarżyć o działalność antypaństwową i spacyfikować, najlepiej przy wsparciu polityków z Polski, którzy wówczas gotowi byli Polaków na Litwie „złożyć na ołtarzu dobrych relacji Sąjūdisu i Solidarności“, a dziś — w opinii VSD — mogliby to powtórzyć w imię jedności krajów UE w obliczu kremlowskiej ofensywy. Wówczas zostaliśmy pozbawieni reprezentacji politycznej w samorządach, a władze komisaryczne rozkradały polską ziemię i pacyfikowały mieszkańców podwileńskich wiosek. Co zgotują nam tym razem? Lepiej, żebyśmy nie musieli się przekonywać. Ale nasilona inwigilacja polskiej społeczności i działania tych służb w nas wymierzone są już faktem.