Legendarny angielski pisarz odwiedził Wilno

Pisarz, krytyk literacki, myśliciel polityczny, filozof — to jedne z wielu określeń, jakimi można obdarzyć Gilberta Keitha Chestertona. Także: mistrz paradoksu, poeta, dziennikarz, teolog. Przyjaciel Polaków. I niedoszły prezydent Wilna.

Szanowany nawet przez wrogów i oponentów politycznych, określany mianem „człowieka o kolosalnym geniuszu”, nie skończył nigdy studiów wyższych, bez reszty oddając się jednak lekturom i poznawaniu praw świata, a jego książki, chociażby „Ortodoksja” czy „Wiekuisty człowiek”, na stałe weszły do kanonów światowej literatury, którą znać powinien każdy szanujący się inteligent.

Moja instynktowna sympatia do Polski zrodziła się pod wpływem ciągłych oskarżeń miotanych przeciwko niej; i – rzec mogę – wyrobiłem sobie sąd o Polsce na podstawie jej nieprzyjaciół. Doszedłem mianowicie do niezawodnego wniosku, że nieprzyjaciele Polski są prawie zawsze nieprzyjaciółmi wielkoduszności i męstwa. Ilekroć zdarzało mi się spotkać osobnika o niewolniczej duszy, uprawiającego lichwę i kult terroru, grzęznącego przy tym w bagnie materialistycznej polityki, tylekroć odkrywałem w tym osobniku, obok powyższych właściwości, namiętną nienawiść do Polski.

Gilbert Keith Chesterton

Jako myśliciel stroniący od radykalizmów, kierujący się przede wszystkim zdrowym rozsądkiem, przyczynił się do stworzenia ekonomicznej doktryny dystrybucjonizmu — postulującej stworzenie społeczeństwa dobrobytu poprzez kładzenie akcentu na upowszechnianie drobnej własności w przemyśle, handlu i rolnictwie, a w sektorze finansowym — nacisk na instrumenty spółdzielcze. To właśnie jego koncepcji zawdzięczamy istniejące w większości państw przepisy antymonopolowe.

Ludzie biedni niekiedy protestują przeciw złym rządom. Bogacze natomiast zawsze protestują przeciw każdej próbie rządzenia nimi. To arystokraci bywają z reguły anarchistami.

Gilbert Keith Chesterton

Jako zagorzały sympatyk i orędownik sprawy polskiej, został zaproszony do Polski przez jej ambasadora w Londynie Konstantego Skirmunta w 1927 roku. Oprócz Poznania i Krakowa, odwiedził również Wilno, w którym gościł w dniach 24-28 maja. Podejmowany przez wielkich tego miasta — za przewodnika służył mu Ferdynand Ruszczyc, obiadem w Klubie Szlacheckim podejmował rektor Uniwesytetu Stefana Batorego prof. Marian Zdziechowski, innym zaś razem podejmował go wojewoda wileński Władysław Raczkiewicz.

Wilno wówczas przeżywało kampanię wyborów samorządowych, więc podczas Środy Literackiej, której gościem był pisarz, poeta Witold Hulewicz w obliczu zachwyconej publiki żartobliwie zaproponował, by Chesterton został w grodzie nad Wilią na stałe i objął stanowisko prezydenta miasta. Kto wie, jak byśmy na tym wyszli?

Chociaż Chesterton zmarł w roku 1936, spuścizna jego wielkiego intelektu żyje — nie tylko w mądrych regulacjach prawnych i anegdotach, ale również w zawsze aktualnej i świeżej jego myśli, kładącej nacisk na wolność jednostki, spójność społeczeństwa i przestrzegającej przed każdą tyranią. Niektóre książki Gilberta Keitha Chestertona można ściągnąć za darmo ze strony ChesteronPolska.org, inne pozycje, od blisko wieku wydawane w języku polskim („Napoleon z Notting Hill” wydano w roku 1925), czy wydane po angielsku przygody Ojca Browna z całą pewnością warto poznać.

Lektura jego książek przywraca wiarę w sens posługiwania się słowem, jest odtrutką dla duszy zmęczonej bełkotem mediów. Humor, lekkość, erudycja, zdrowy rozsądek, nakłuwanie balonów głupoty strojącej się w piórka postępowych mądrości, zamiłowanie do polemiki, ale bez napastliwości oraz, co może najważniejsze, obrona wiary i ukochanie Kościoła katolickiego, który odkrył jako swój intelektualny i duchowy dom – to wszystko i o wiele więcej znajdziemy w tekstach tego angielskiego dżentelmena o charakterystycznej sylwetce, najsłynniejszego angielskiego konwertyty obok bł. kard. Johna Newmana.

ks. Tomasz Jaklewicz, „Zapomniany gigant”

„Polak Roku 2015” — fakty i mity

W najnowszej odsłonie plebiscytu „Polak Roku”, organizowanego przez jedyny poza granicami Polski dziennik ukazujący się 5 razy w tygodniu „Kurier Wileński”, zwycięzcą został ksiądz prałat Józef Aszkiełowicz. O ile sama osoba zwycięzcy ani jego zasług nie budzi żadnych wątpliwości, to duże dyskusje wywołał sposób opublikowania wyników i inne zmiany, które nastąpiły w konkursie.

Najważniejszą zmianą było to, że Kapituła uzyskała prawo głosu. Dotychczas o wyborze „Polaka Roku” decydowali wyłącznie czytelnicy nadsyłający kupony, w tym roku głosy czytelników stanowią 50% oceny, a drugie 50%  — to właśnie wybór Kapituły, w skład której wchodzą także wszyscy poprzedni laureaci plebiscytu. Była to zmiana od dawna dyskutowana, sam poruszałem ten temat jako członek funkcjonującej 6 lat temu Rady Programowej „Kuriera Wileńskiego”.

Pojawiły się zarzuty, że redakcja dokonała manipulacji, nie publikując szczegółowych wyników plebiscytu, z rozkładem na ilość kuponów, nadesłanych na każdego kandydata, jak i głosów Kapituły — w związku z czym nie widać, kto zajął miejsce drugie, a kto dziesiąte. Opublikowana została nawet nieoficjalna kolejność, w jakiej uplacować się mieli poszczególni kandydaci.

Manipulacji nie ma. Przede wszystkim, są to wybory jednego „Polaka Roku”, a znalezienie się w dziesiątce kandydatów — a zatem, zdobycie zaufania zgłaszających czytelników jak i poparcia Kapituły — jest także wyróżnieniem. I nie ma znaczenia, czy ktoś był drugi, ósmy czy dziesiąty. Poza tym, zaważyła kwestia praktyczna — w latach poprzednich niektórym osobom było przykro, że zdobyły mniej głosów niż inni kandydaci, pojawiały się złe emocje, a część zgłoszonych kandydatów rezygnowała z udziału w plebiscycie. I właśnie takim sytuacjom zapobiec ma niepublikowanie „rankingu” — w plebiscycie bowiem chodzi o wyróżnienie najbardziej w danym roku zasłużonych osób, albo takich, które zaskarbiły sobie z tych czy innych względów sympatię czytelników. Chodzi o dobre emocje, a nie kolejną okazję do sporów — tych wystarczy bowiem co roku przy dyskusjach, dlaczego ta czy inna osoba się w ogóle w dziesiątce znalazła…

Pojawił się także zarzut, jakoby „5 z 10 członków kapituły są z AWPL”. Nie jest to prawda. Kapituła, składająca się z laureatów poprzednich lat, liczy 16 członków. I o ile rzeczywiście, część z nich należy do AWPL (trudno chyba, żeby przedstawiciele jedynej polskiej partii na Litwie, najbardziej widoczni publicznie, nie zostawali laureatami tytułu „Polak Roku”?), to w jaki sposób ma to mieć się do zwycięstwa bezpartyjnego przecież kapłana, który wygrał tak głosami Kapituły, jak i czytelników? Zresztą, w tym roku się okazało, że Kapituła i Czytelnicy byli bardzo zgodni w swoim typowaniu, co świadczyć może jedynie o wysokiej reprezentatywności plebiscytu.

O co chodzi w strajku szkół polskich na Litwie?

Wokół kwestii strajku szkolnego na Wileńszczyźnie narasta dużo nieścisłości, niejasności, nieprawd a nawet teorii spiskowych. Dlatego warto je rozwiać i wyjaśnić, o co chodzi w całej tej sprawie:

  • Odstąpienie od „reorganizacji” polskich szkół
  • Odwołanie zapisów Ustawy o Oświacie z 2011 roku, ograniczającej zakres używania języka polskiego w szkołach polskich
  • Odwołanie trybu egzaminu maturalnego z języka litewskiego, który w swym założeniu dyskryminuje Polaków
  • Zaprzestanie dyskryminowania polskiej oświaty

Co te postulaty oznaczają w praktyce? Po kolei:

  • Odstąpienie od „reorganizacji”:

Jedna z reform oświatowych przewiduje przejście od systemu szkół średnich (takich, do których uczniowie chodzą przez 12 lat, od klasy 1 do 12) do systemu, w którym uczniowie zmieniają szkołę dwukrotnie — przechodząc ze szkoły podstawowej do progimnazjum (z grubsza odpowiednik gimnazjum w Rzeczypospolitej Polskiej), oraz z progimnazjum do gimnazjum (odpowiednik mniej więcej polskiego liceum). Podstawówki, gimnazja i progimnazja w założeniu mają być osobnymi placówkami. Ustawa jednak przewiduje wyjątki w postaci tzw. „długich gimnazjów”, czyli tych samych szkół średnich, tylko pod inną nazwą — dla szkół realizujących specjalistyczny program nauczania (np. szkół katolickich, o profilu inżynieryjnym etc). „Przypadkiem” za szkoły specjalistyczne nie uznaje się szkół polskich — chociaż status „długiego gimnazjum” uzyskało żydowskiem Gimnazjum im. Szaloma Alejchema oraz wiele szkół litewskich.

W związku z taką reorganizacją, zagrożone utratą 11-12 klas są zagrożone liczne szkoły polskie w Wilnie — im. Syrokomli, Lelewela, Konarskiego i inne. Warto zaznaczyć, że szkoły te są jedynymi polskimi placówkami, realizującymi program nauczania średniego w swoich dzielnicach, w związku z czym uczniowie po zmianie szkoły zmuszeni będą do dojeżdżania do dalej położonych polskich gimnazjów, a część zapewne zmieniłaby szkoły na litewskie.

Kolejnym skutkiem „reorganizacji” jest zamknięcie Szkoły Podstawowej w Jerozolimce, jedynej polskiej placówki w północnym Wilnie. Szkoła Średnia im. Joachima Lelewela została przez nowe władze miasta zmuszona do zmiany lokalizacji — na gorzej skomunikowaną — w zamian za możliwość przystąpienia do akredytacji jako „długie gimnazjum”, co oznacza likwidację jedynej polskiej szkoły w dzielnicy Antokol.

Dlaczego jest to ważne? Szkoła mniejszości narodowej to nie tylko placówka oświatowa. To także dom kultury, centrum realizacji zajęć pozalekcyjnych w języku ojczystym, ośrodek integrujący społeczność narodową — poprzez zespoły, teatry, harcerstwo, drużyny sportowe czy spotkania absolwentów. Okrojenie, czy zamknięcie każdej placówki jest amputacją części organizmu społeczności polskiej, zamieszkującej miasto, która traci obiekt kulturalny — którego funkcji nie zastąpią szkółki niedzielne, ani też wprowadzenie języka polskiego jako dodatkowego w szkołach litewskich, gdyż i tak kontekst jego użytkowania będzie znacząco uszczuplony.

  • Odwołanie zapisów Ustawy o Oświacie

Przyjęta w 2011 roku Ustawa o Oświacie wprowadza wymóg nauczania części programu historii i geografii w języku litewskim. Jest to znaczące ograniczenie używania języka polskiego w polskich szkołach, które, ponad to, wprowadza lukę do dalszego ograniczania posługiwania się polszczyzną w polskich szkołach.

  • Odwołanie dyskryminacyjnego trybu egzaminu maturalnego z języka litewskiego

W roku 2012 dokonano „ujednolicenia” egzaminu z języka litewskiego dla uczniów szkół litewskich, oraz szkół mniejszości narodowych. Wcześniej bowiem Litwini zdawali litewski jako język ojczysty, pozostali zaś — jako język państwowy. Żaden z egzaminów nie był „łatwiejszy” czy „trudniejszy”, odbywały się po prostu według różnych programów i w różnym zakresie sprawdzały kompetencje językowe — Litwini mieli rozszerzoną część, dotyczącą znajomości litewskiej literatury, a wypracowanie z literatury miało formę osobnego, opcjonalnego egzaminu. Uczniowie szkół mniejszości zaś mieli egzamin dotyczący przede wszystkim kompetencji językowych, znajomości gramatyki i umiejętności formułowania przemyśleń po litewsku.

Po „ujednoliceniu”, także Polacy muszą zdawać maturę z języka litewskiego jako języka ojczystego, chociaż, co chyba jest zrozumiałe, ojczystym dla nich nie jest. Nowa forma nie sprawdza kompetencji językowych, a większa część oceny dotyczy właśnie znajomości litewskiej literatury. W roku 2015 na maturze uczniowie pisali wypracowanie o tęsknocie do ojczyzny w kontekście twórczościSalomei Neris — socrealistki okresu stalinizmu, litewskiej odpowiedniczki Wandy Wasilewskiej, co także wśród Litwinów wywołało liczne kontrowersje.

Na czym polega dyskryminacja? Różnice w programach przygotowywania do poszczególnych egzaminów wynoszą 800 godzin. Oznacza to, że uczniowie szkół polskich w sumie mają do opanowania o 800 godzin lekcyjnych programu więcej, niż ci ze szkół litewskich — to odpowiednik 50 tygodni etatowej pracy. Nie zostały opracowane ani nowe metodyki przygotowywania uczniów szkół mniejszości narodowych do takiego egzaminu, ani też nie przeznaczono na to dodatkowych środków. W związku z tym, nadrabianie tych 800 godzin różnicy odbywa się kosztem innych przedmiotów — przede wszystkim języka polskiego.
Skutkuje to także znacząco gorszymi wynikami uczniów szkół polskich na maturze z języka litewskiego — które nie wynikają z gorszej znajomości języka, tylko niemożliwości opanowania nieprzemyślanych zmian w programie.

Dlaczego to ważne? Wyniki z matury z języka litewskiego są liczone przy rekrutacji na wszystkie kierunki studiów, w związku z czym Polacy mają możliwości dostania się na wymarzone studia pogorszone w stosunku do swych litewskich rówieśników.
Od wyniku egzaminu zależy też, czy maturzysta dostanie się na studia bezpłatne, czy płatne — w związku z tym mniej Polaków ma szanse na studia bezpłatne.

  • Zaprzestanie dyskryminowania polskiej oświaty

Na poziomie ministerialnym, rządowym, parlamentarnym, Prezydent, a także w radzie miasta Wilna obecnej kadencji, ma miejsce dyskryminacja polskiej oświaty, sprzeczna także z prawem Republiki Litewskiej, które przewiduje, że żadna reorganizacja szkoły nie może się odbywać bez uzgodnienia jej ze wspólnotą szkolną, czy z Konstytucją Litwy, mówiącą w art. 5 o tym, że „Instytucje władzy służą ludziom”. Szkoły polskie są traktowane w sposób skandaliczny, w jaki nigdy nie zostałyby potraktowane szkoły litewskie ani ich uczniowie. Fakty są następujące:

  • Przeciw reformie oświatowej zebrano podpisy ponad 60 tysięcy obywateli — zostało to zignorowane, podobnie jak argumenty i uwagi rodziców;
  • Wicemer Wilna ds. oświaty Valdas Benkunskas odmawia spotykania się z przedstawicielami wspólnot szkół polskich i uwzględniania ich argumentacji;
  • Szkoła Średnia im. Szymona Konraskiego 31 sierpnia została powiadomiona, że od 1 września nie może kompletować klas 11-12;
  • Szkoła w Jerozolimce została zlikwidowana na skutek presji na rodziców, by zabrali z niej dokumenty swoich dzieci;
  • Szkoła Średnia im. Joachima Lelewela została szantażem zmuszona do zmiany lokalizacji na mniej atrakcyjną i gorzej skomunikowaną — by ustąpić budynku szkole litewskiej, która przez reorganizację została potraktowana nieporównywalnie przychylniej.
  • Egzamin maturalny z języka polskiego ma niższy status (szkolny, a nie państwowy) niż inne języki (angielski, rosyjski, hiszpański etc), a jego wyniki nie są uwzględniane przy rekrutacji na studia — chociaż, np. język rosyjski jest dodatkowo punktowany, to polski nie jest.

Dlaczego to ważne? Tylko normalnie traktowane polskie szkoły mają szanse skupić się na poziomie nauczania i kształceniu, realizowaniu swoich funkcji społecznych — co jest uniemożliwiane przez sztucznie tworzone przeszkody i stałe, konsekwentne zmuszanie do skupiania całej uwagi na walce o przetrwanie.


Autor nie należy do komitetów strajkowych ani organizacji oświatowych, nie jest też członkiem żadnej partii politycznej.

 

Rok 2014. Najważniejsze wydarzenia na Wileńszczyźnie

Końcówka roku zawsze jest okazją do pewnych podsumowań. Tak też chciałbym podsumować ten rok dla Wileńszczyzny. Od razu zapowiadam, że nie będę się silił na „dosiągnięcie” ilości zdarzeń do jakiejś okrągłej liczby, robił „Top-10” czy podobne rzeczy. Po prostu chcę wymienić rzeczy, które rzeczywiście stworzyły nową jakość, będą owocowały w przyszłości, lub są szczególnie dla czegoś symptomatyczne.

1. Otwarcie studiów drugiego stopnia na Wydziale Ekonomiczno-Informatycznym w Wilnie Uniwersytetu w Białymstoku, czyli Filii UwB. 

Polska uczelnia wyższa w Wilnie była marzeniem polskiej inteligencji od czasów Pieriestrojki. Marzeniem niespełnionym, mimo życzliwości i wsparcia ze strony Rodaków z Macierzy. Wierzę, że Filia, działająca od 2006 roku, jest zalążkiem takiej właśnie uczelni. Na razie można na niej studiować ekonomię i informatykę, oferuje także studia podyplomomowe z ekonomii. Otwarcie studiów magisterskich z ekonomii jest ogromnym krokiem, wejściem uczelni na nowy poziom. Dziekan FIlii, profesor Jarosław Wołkonowski zapowiada, że w przyszłym roku uruchmione zostaną także studia licencjackie z europeistyki.
Posiadanie własnej uczelni to nie tylko możliwość studiowania w języku ojczystym na miejscu, w Wilnie, ale przede wszystkim społeczność akademicka, funkcjonująca w polskim środowisku i to środowisko wzbogacająca.
Uniwersytet w Białymstoku powstał w roku 1968 jako filia Uniwersytetu Warszawskiego. Samodzielną placówką stał się w roku 1997. Mam nadzieję, że tak też kiedyś będzie z dzisiejszą Filią.

2. Przejście Akcji Wyborczej Polaków na Litwie do opozycji

AWPL było w koalicji przez niemal dwa lata. Mimo wszelkich starań, nawet w obliczu wojny na Ukrainie, która teoretycznie powinna — na skutek zbieżności interesów i wspólnego zagrożenia — zbliżać Polaków i Litwinów, nie udało się przełamać niechęci litewskich polityków do załatwienia kilku szalenie prostych spraw. Kwestie publicznego używania języka polskiego, oryginalnej pisowni nazwisk, odwołania skandalicznej reformy oświatowej, restytucji mienia — pozostały nierozwiązane. Oficjalnym powodem był konflikt o stołki, mniej oficjalnym — fakt, że premier nie potrafił się zdecydować, jaką ma opinię na jaki temat, a projekt Ustawy o Mniejszościach Narodowych przekazano do kolejnego „poprawiania”, którego skutkiem miało być skreślenie punktów o dwujęzycznych napisach i używaniu języka mniejszości w urzędach. Argumentacja powalała — „tylko Polacy tego chcą, a nie ma sensu przyjmować specjalnej ustawy dla jednej mniejszości”.
Ciekawostką jest zaś to, że wszyscy ci, którzy przez półtora roku postulowali wystąpienie AWPL z koalicji rządzącej, byli z przejścia partii do opozycji najbardziej niezadowoleni.

3. Odnowienie „Czarnego Anioła” na Starej Rossie

Pomnik nagrobny Izy Salmanowiczównej jest wizytówką Starej Rossy, zachwycają się nim turyści i rodowici wilnianie. Od lat wymagał remontu, który w końcu udało się przeprowadzić. Za środki z Polski, z inicjatywy kierowanego przez panią Alicję Klimaszewską Społecznego Komitetu Opieki nad Starą Rossą. Udział państwa litewskiego ograniczył się do stawiania biurokratycznych barier.
W pewnych tematach się nic nie zmienia.

4. „Rozwiązanie” kwestii dwujęzycznych napisów w rejonie solecznickim

Krucjata namiestnika rządu na okręg wileński Audriusa Skaistysa dobiegła końca po tym, jak nowy (poprzedni, Bolesław Daszkiewicz, udał się na emeryturę, chociaż w tym kontekście można to uznać za wewnętrzną emigrację przed represjami) dyrektor administracji rejonu, zagrożony karami liczonymi już tym razem w setki tysięcy litów, dopilnował, by w rejonie nie został ani jeden polski napis.
Pociechą ma być ponoć fakt, że zmieniono przepisy wykonawcze i teraz „oficjalne” nazwy ulic mają być na słupkach, a te na domach mogą już sobie wisieć. Tylko co z tego, skoro ludzie zostali już zastraszeni i komorniczym terrorem zmuszeni do usunięcia tych tabliczek z domów, a na postawienie słupków nie ma środków? Tym bardziej, że chodzi przecież o uznanie naszego prawa do publicznego i oficjalnego używania języka ojczystego, a nie zabawę w słupki.

5. Przyjęcie Ustawy o Bezpieczeństwie Cybernetycznym

Co prawda, w nieco ograniczonej formie w stosunku do pierwotnego projektu, ale nadal antydemokratycznej w założeniu i tworzącej mechanizmy państwa policyjnego. Ustawa w takiej formie może być i na pewno będzie wykorzystywana przeciw Polakom.

6. Nowe zasady finansowania mediów polskich

Dzięki wspólnym wysiłkom zainteresowanych, udało się razem z Ministerstwem Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej wypracować spójniejszy i logiczniejszy mechanizm dotowania mediów polonijnych, niż dotychczas. Zmiany dotyczą m.in. trybu finansowania (media jednego państwa otrzymują dotacje za pośrednictwem jednej organizacji wnioskującej z Polski) oraz jego okresu (dotacja przyznawana jest na 2 lata, a nie na rok, jak poprzednio). Nadal jest nad czym pracować, ale nowy model pozwoli prasie na pewną stabilizację finansową i możliwości planowania, a więc także rozwój.

7. Uruchomienie nowego portalu „Kuriera Wileńskiego”

Nowa odsłona internetowego wydania „Kuriera” http://kurierwilenski.lt była długo oczekiwanym dzieckiem — sześć lat funkcjonowania poprzedniej wersji to cała epoka. Nowa strona wciąż jest rozwijana i dopracowywana, borykamy się z notorycznymi atakami cybernetycznymi, ale najważniejszy krok został dokonany i docenili to też czytelnicy, których liczba w ostatni kwartale roku wzrosła.

8. Powołanie Departamentu ds. Mniejszości Narodowych

Temat tak naprawdę zastępczy, bo nowy departament ma mieć 15 etatów i 200 tyś. litów budżetu (czyli w zasadzie budżet ma wystarczyć na utrzymanie tych 15 etatów i niewiele więcej). Zanim został zlikwidowany przez rząd Andriusa Kubiliusa, poprzedni departament zajmował się wspieraniem mniejszości w ten sposób, że jedną piątą budżetu wydawał na zakup litewskich czytanek do polskich przedszkoli, a resztę na litewskie rządowe szkoły w rejonie solecznickim. Ale za to dobrze to wyglądało międzynarodowo, że się państwo troszczy o mniejszości.
Ten punkt się znalazł w rankingu ze względu na swoją symptomatyczność — pokazuje bowiem, że litewska klasa polityczna zamiast realnie rozwiązywać istniejące problemy, woli udawać ich rozwiązywanie poprzez tworzenie urzędniczych etatów dla kolejnych szwagrów. W ten sposób rosnąca biurokracja będzie bohatersko radzić sobie z problemami tworzonymi przez rosnącą biurokrację.

9. Wydanie płyty „Muzyczne Rodowody: Litwa

Bo bardzo ważne jest uświadomienie nam samym, co mamy, i że nie jesteśmy gorsi. Pod względem muzycznym to był wyśmienity rok, gdyż zaistniało bądź rozwinęło się mnóstwo projektów, które, poza niewątpliwymi talentami zaangażowanych osób, pokazały jedno — śpiewanie po polsku jest cool.


 

Ważnych wydarzeń było z pewnością o wiele więcej, celowo jednak wolałem skupić się na takich, które często są pomijane czy bagatelizowane, albo przykrywane tematami zastępczymi.

Piotra Kępińskiego „nie wiem, a się wypowiem”

Zniszczony krzyż na Rossie — efekt pracy robotników w dzień, a nie wandali w nocy

Zniszczony krzyż na Rossie — efekt pracy robotników w dzień, a nie wandali w nocy

Piotr Kępiński mieszka ponoć w Wilnie. Nie wiem, nigdy go na mieście nie widziałem, ale wierzę na słowo. Jak jednak w polemice z tekstem Rafała A. Ziemkiewicza „Przez zgliszcza do Europy” („Do Rzeczy”, nr 36/2014) zaczyna się rozpisywać o szczegółach, to odnoszę wrażenie, że Wilno zna chyba bardziej z opowieści, a i to raczej kogoś, kto w Wilnie bardziej bywa, niż jest.

Kępińskiemu się nie spodobał fragment, w którym Ziemkiewicz buduje analogię Ukrainy z Litwą w kontekście polskiej polityki zagranicznej:

„Przecież tak bardzo staraliśmy się przychylić Litwinom nieba, okazać im jak najdalej idącą solidarność w ich staraniach o uniezależnienie się od Rosji, być ich adwokatem w Unii Europejskiej. W imię jednostronnej antyrosyjskiej solidarności Polska zupełnie odpuściła sobie starania o przestrzeganie w przypadku mieszkających na Litwie Polaków (…) standardów praw mniejszości etnicznych gwarantowanych przez Unię Europejską. (…) Zamknęliśmy oczy na barbarzyńskie zniszczenie zabytków Wilna i innych miast, z których pod pretekstem renowacji w ciągu kilku lat pousuwano  wszystkie ślady polskości – barokowe epitafia czy inskrypcje na pomnikach, które przetrwały czasy sowieckie, zostały wymłotkowane (…)”

 

Piotr Kępiński broni Litwy, że „nie my jedyni przychylaliśmy nieba, nie pierwsi uznaliśmy jej niepodległość” — chociaż nie ma to przecież znaczenia, czy pierwsi czy trzeci. Ma zaś znaczenie to, że to polscy działacze przybywali wspierać „Sąjūdis” w trudnym roku 1990, to Polska zaoferowała Litwie pomoc w — gdyby do tego doszło — utworzeniu rządu na wygnaniu, i udzielała wszelkiej innej pomocy. To Polska utworzyła później wspólny z Litwą batalion, i to właśnie Polska Litwę najaktywniej wciągała do NATO. I dziś to polski „Orlen” dziś przez państwowe litewskie koleje jest szykanowany, a Polacy są na Litwie obywatelami drugiej kategorii.

Jeszcze lepiej zaś jest w kwestii zabytków. Tutaj Piotr Kępiński uważa, że w ogóle nie ma o czym mówić, bo w Zaułku Literackim jest tablica upamiętniająca Mickiewicza, a nieopodal w podwórku — Słowackiego. Więc problemu nie ma.

Otóż, problem jest, i to poważny. Zniszczone zostały zabytkowe tablice w budynkach obecnego Uniwersytetu Wileńskiego (w czasach świetności — Stefana Batorego), co sam Kępiński przyznaje. Czego nie raczy wspomnieć — że historyczną Celę Konrada w klasztorze bazyliańskim przeniesiono w inne miejsce, żeby nie przeszkadzała inwestorom. Że nie tak dawno zniszczono napisy na dawnym budynku Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Że wyzierające spod tynku polskie szyldy są niszczone. Że nawet tablica z rokiem założenia na kościele św. Teresy została zastąpiona przez inną, wyłącznie w języku litewskim i z uboższą treścią. Że barbarzyński „remont” kaplicy Ostrej Bramy wzburzył nawet litewskich konserwatorów zabytków.

Osobnym tematem jest systematyczne niszczenie polskich cmentarzy. Pięć lat temu na Rossie ścinano zdrowe drzewa, a dwumetrowe belki zrzucano wprost na groby, bez żadnej asekuracji. Skutki tego zbydlęcenia uwieczniłem na zdjęciach, jedno z nich ilustruje ten wpis.

Piotr Kępiński radzi Ziemkiewiczowi, by nie zabierał głosu w sprawach, na których się nie zna. Proponuję, by się zastosował do własnej rady.

Jedyne, o co bym się w tym wątku mógł przyczepić do tego cytatu z Ziemkiewicza — że napisał o zniszczeniu „wszystkich” śladów polskości. Jeszcze nas trochę zostało.

Kto podpisał list wymierzony w Polaków?

Aleksandras Lileikis — dla części sygnatariuszy ten nazistowski zbrodniarz jest bohaterem<br/>Fot. Departament Sprawiedliwości USA

Aleksandras Lileikis — dla części sygnatariuszy ten nazistowski zbrodniarz jest bohaterem
Fot. Departament Sprawiedliwości USA

Od kilku dni we wszystkich ukazujących się na Litwie mediach (a także niektórych w RP) można natrafić na informacje o liście otwartym, wystosowanym do władz litewskich przez „naukowców i artystów”, w którym się żąda wyrzucenia Akcji Wyborczej Polaków na Litwie z koalicji rządzącej i Seimasu w ogóle, podważa prawność jej wyniku w wyborach parlamentarnych w październiku 2012 roku i — tradycyjnie już — odrzucenia jakichkolwiek postulatów polskiej społeczności, dotyczących używania języka ojczystego.

I chociaż lista sygnatariuszy listu nie jest żadną tajemnicą, to jednak część mediów całkowicie pominęła wymienienie choćby kilku z nich. A jest to lista doprawdy interesująca, a przy okazji rzucająca światło na to, kto pisaniem takich listów się zajmuje:

Jonas Gediminas Punys, Vidas Morkūnas, Daiva Tamošaitytė, Regimantas Tamošaitis, Vytautas Radžvilas, Jonas Užurka, Linas Virginijus Medelis, Vytautas Paulaitis, Stasys Babonas, Jonas Jasaitis, Leonas Milčius, Rasa Jatkevičienė, Dovile Rožėnienė, Zigmas Zinkevičius, Kęstutis Dubnikas, Erika Drungytė, Vytautas Daujotis, Edvardas Čiuldė, Petras Naraškevičius, Arūnas Bingelis, Jonas Mickevičius, Romas Pakalnis, Vytautas Miliukas, Eglė Kazlauskienė, Antanas Tyla, Romualdas Grigas, Eugenijus Jovaiša, Bronislovas Kuzmickas, Kazys Saja, Kazimieras Garšva, Arvydas Janulaitis, Romualdas Ozolas, Bronislovas Genzelis, Paulius Stonis, Alvydas Butkus, Romas Batūra, Stasys Malkevičius, Algirdas Patackas, Algirdas Degutis, Algirdas Endriukaitis, Nijolė Sadūnaitė, Julius Šalkauskas, Irena Vasinauskaitė, Alfonsas Svarinskas, Jonas Vilimas, Viktoras Gerulaitis, Mindaugas Kubilius, Romas Gudaitis, Bronius Leonavičius, Jonas Mikelinskas, Arvydas Juozaitis, Klemas Inta, Stasys Kašauskas, Vidmantas Povilionis, Juozas Algimantas Krikštopaitis, Vytautas Sinica, Aušra Jurevičiūtė, Danas Kaukėnas, Vytenis Rimkus, Rimantas Gorys, Vaclovas Bagdonavičius, Živilė Makauskienė, Antanas Buračas

W towarzystwie tym mamy 9 sygnatariuszy Aktu Przywrócenia Państwa Litewskiego 11 marca 1990 roku (Milčius, Kuzmickas, Saja, Ozolas, Genzelis, Malkevičius, Patackas, Endriukaitis, Povilionis), 6 akademików, czyli członków rzeczywistych Litewskiej Akademii Nauk (Zinkevičius, Tyla, Grigas, Jovaiša, Janulaitis, Buračas), do tego iluś tam profesorów (m.in. prof. Radžvilas), doktorów (m.in. doc. Kęstutis Dubnikas, prorektor Uniwersytetu Wileńskiego, także Garšva, Batūra etc), artystów etc. Nieco dziwi sygnatura działaczki Litwinów w Polsce Živilė Makauskienė, będącej też korespondentką pisma „Aušra”. Wszyscy zachodzą w głowę, w jaki sposób pod listem znalazł się podpis Nijolė Sadūnaitė, opozycjonistki z czasów jeszcze sowieckich, która uchodzi za osobę głęboko wierzącą i uczciwą. Zdziwienia nie budzi zaś widok podpisu Vytautasa Sinicy, asystenta jednej z posłanek lasndsbergistowskiego „Związku Ojczyzny” i jednego z aktywniejszych młodzieżowych działaczy tej partii.

Każdy z wymienionych ma bardzo bogatą biografię, ale przy niektórych warto się zatrzymać na dłużej. Nie jest żadną tajemnicą, że Romualdas Ozolas był wieloletnim i wysoko postawionym działaczem Partii Komunistycznej, a barwy polityczne (i narodowość!) zmienił dopiero w czasie rozpadu Związku Sowieckiego, za jego czasów jeszcze zdążywszy założyć… Towarzystwo „Vilnija” w 1988 roku. Podobnie inni vilnijowcy z tego grona — Zinkevičius, Tyla, Garšva (obecny „Vilniji” prezes) — kariery robili za czasów sowieckich, część z nich — na moskiewskich uczelniach.

Jednak dawna przynależność partyjna zupełnie nie przeszkadzała tym panom w roku 2000 gloryfikować nazistowskiego zbrodniarza Aleksandrasa Lileikisa i także w listach otwartych bronić go przed procesem sądowym o zbrodnie wojenne. Co ciekawe, jako argument wskazywano, m.in. jego zasługi w walce z komunizmem. W obronę Lileikisa spośród powyższych sygnatariuszy zaangażowane były indywidua następujące: Zinkevičius, Ozolas, Grigas, Tyla i Bagdonavičius. Do petycji jako organizacje dołączyły nie tylko Unia Centrum Litwy Ozolasa, ale także Narodowo-Demokratyczna Partia Litwy (neonaziści) i właśnie „Vilnija”.

Rozwodzić się nad biografią każdego z sygnatariuszy listu można by długo, ale zostawię to historykom i śledczym. Nie mniej ciekawym od ich biografii zagadnieniem jest także pytanie — dlaczego część mediów w ogóle nie wymieniła żadnego z nich?

Myślę, że powody mogą być dwojakie. Z jednej strony — z chęci pokazania, szczególnie w Polsce, że istnieje rzeczywisty, masowy sprzeciw świata nauki i sztuki wobec polskich postulatom i — przede wszystkim, bo wybory się zbliżają — Akcji Wyborczej Polaków na Litwie. Regularnie bowiem próbuje się wmówić, zarazem Polakom jak i Litwinom, że w sumie to wszystko jest przecież w porządku, żadnych nazwisk i tabliczek nikt nie potrzebuje, a „partnerskie” relacje psuje jedynie AWPL i Waldemar Tomaszewski — i regularnie próbuje się partię wraz z jej przywódcą usunąć bądź zmarginalizować (a wyjście AWPL z koalicji oznaczałoby właśnie marginalizację), chociaż sami ich oponenci twierdzą, że najskuteczniejszym sposobem na likwidację Akcji byłoby spełnienie jej postulatów. Tylko dlaczego nikt nie próbuje?

A drugim powodem przemilczania sygnatariuszy, moim zdaniem, może być wstyd Litwinów za takie „elity”. Nie powiem, że niesłuszny.

Wojna dwóch trumien, którą czas przerwać

W ciągu jednego miesiąca obchodziliśmy dwie rocznice: w grudniu — urodzin Józefa Piłsudskiego, a na początku stycznia — śmierci Romana Dmowskiego. Dwóch mężów stanu, dwóch Tytanów, na których ramionach stanęła niepodległa po 123 latach zaborów Rzeczpospolita Polska. Którzy kształtowali ją, scalali z osobnych bytów, ale też — poprzez wielkość swych osobowości — dzielili. Co gorsza, dzielą nadal.

Dziś pogrobowcy „piłsudczyków” i „endeków” toczą niekończące się boje w internecie o wyższości jednego przywódcy nad drugim, a poziom owych dysput przyprawiłby pewnie tak Romana Dmowskiego, jak i Józefa Piłsudskiego (a sam nie stronił od ostrych i nawet wulgarnych wypowiedzi!) o rozpacz nad stanem ducha narodu. „Endecy” więc wypominają Piłsudskiemu, że w zamachu majowym zabił młodą polską demokrację”, „piłsudczycy” zaś naśmiewają się z nieudolnego endeckiego puczu w styczniu 1919 i przypominają o zabiciu jak najbardziej realnym prezydenta Gabriela Narutowicza. „Endecy”  — że Piłsudski był niemieckim agentem, „piłsudczycy zaś, że Dmowski — rosyjskim. Przypomina się głupich generałów sanacji oraz głupiego Hallera, Dmowski zostaje mianowany „idolem neonazistów”, a Piłsudskiemu się wyrzeka za napad na pociąg i kryminalną działalność partyjnego kolegi, Łukasza Siemiątkowskiego ps. „Tata Tasiemka”. W tle zaś tych czy innych, a zawsze wyrywanych z kontekstu cytatów przewijają się dywagacje na temat prowadzenia się matek dyskutantów, wyzwiska i życzenia rychłej a nieprzyjemnej śmierci.

Mocno przeze mnie nielubiany Jerzy Giedroyc miał wygłosić frazę, świechtaną do bólu, jakoby Polską rządziły dwie trumny — Romana Dmowskiego i Józefa Piłsudskiego. Nie jest to, niestety, prawdą. Ich trumny służą ich fanom za tarany bądź maczugi do okładania się nawzajem. Co najsmutniejsze — tak neopiłsudczyków jak i neoendeków łączy w poglądach praktycznie wszystko, a dzieli jedynie stosunek do swych idoli.

Kiedy więc obserwuję te zażarte boje o — właśnie o co? — toczone z budzącymi podziw oraz zazdrość zapałem i energią, to się czasem czasem zastanawiam, jaki by mieli stosunek do tego sami zainteresowani — Piłsudski i Dmowski? Czy nie byłoby tak, że gdyby tylko wiedzieli, co spór o ich spór będzie czynił z narodem, to by — mimo szczerej do siebie niechęci — obydwaj panowie, Polskę i Polaków kochający — mimo często ostrego ich krytykowania — nad wszystko, podaliby sobie czym prędzej ręce? Czas i świat nie stoją w miejscu — ze zmieniającej się rzeczywistości doskonale zdawali sobie sprawę obaj wielcy przywódcy Polaków. Ci więc, którzy chcieliby ich naśladować, powinni też ten wniosek sobie przyswoić i zakończyć bezsensowny, z przy tym kontrproduktywny dla obu obozów polskich patriotów spór.

„Biada pokoleniu, którego bohaterzy są w pogardzie”

Te słowa z Talmudu doskonale pasują do naszego pokolenia. Oto bowiem 7 grudnia odszedł w wieku 113 lat na Wieczną Wartę kapitan Józef Kowalski — ostatni człowiek, urodzony w XIX wieku, ostatni weteran wojny polsko-bolszewickiej i ostatniej wielkiej bitwy kawaleryjskiej w historii, najstarszy mężczyzna na Ziemi. Człowiek, który żył w trzech wiekach, z czego jeden przeżył w całości, od pierwszej chwili do ostatniej. Na jego pogrzebie nie było prezydentów ani królów, nie zapłakał po nim żaden celebryta w kolorowych pismach, nie ogłoszono żałoby narodowej, a w gazetach nie czytaliśmy o nim opasłych nekrologów. Odszedł po żołniersku, zachowując do końca jasność umysłu i bez pompy.

Ta sytuacja pchnęła mnie do refleksji nad dwoma rzeczami.

Jedna kwestia to to, ilu z moich znajomych — Polaków — wrzucała na tablicach na Facebooku odnośniki do informacji o śmierci polityka Nelsona Mandeli, aktora Paula Walkera, wcześniej piosenkarza Michaela Jacksona, wcześniej aktora Heatha Ledgera, w międzyczasie aktora Vytautasa Šapranauskasa etc. Ile zawsze przy tym było czułego rozpamiętywania o zmarłych, jaki wpływ mieli na życie piszących i ile do niego wnieśli, a jak bardzo ich będzie brakowało.
I w tym wszystkim zupełnie nie zdajemy sobie sprawy, że gdyby nie tysiące takich Józefów Kowalskich wtedy w roku 1920, to byśmy się nie mogli dziś zachwycać Walkerem i efektownymi scenami pościgów samochodowych w „Szybkich i wściekłych”. Oczywiście, że żołnierze nie walczyli i nie ginęli dla sławy, tylko właśnie po to, byśmy my — potomni — mogli bez obaw oddawać się rozrywkom i nie martwić o bezpieczeństwo kraju. O ich ofierze winniśmy jednak pamiętać — a jakże często lubimy zapominać.

Druga refleksja dotyczy wieku. Przez całą historię naszego gatunku ludzi starszych traktowaliśmy z szacunkiem. Wyczynem było dożycie pewnego wieku, a poza tym, człowiek stary posiadał wiedzę, którą się mógł dzielić z resztą. Dziś przestaje to być aktualne — nauczycielem zostaje człowiek w wieku dwudziestukilku lat, większość wiedzy czerpiemy z internetu, a człowiek stary przestaje być potrzebny. Staje się obciążeniem, a do tego zazwyczaj nie obsługuje komputera i nie potrafi założyć sobie fanpejdża na Facebooku, więc jak go lubić?

Wydaje mi się, że beztroska najdłużej w historii trwającego w naszej części świata okresu pokoju z jednej, a technologizacja i ciągły wyścig z czasem z drugiej strony powodują, że nasze pokolenie rzeczywiście się w niektórych aspektach wyrodziło. Mieszają się nam priorytety i autorytety. I w sytuacjach takich jak ta — kiedy wraz z odejściem ostatniego uczestnika Bitwy Warszawskiej zamyka się pewien rozdział historii — warto się nad tym szczególnie zastanowić.

„Polak pan, a Litwin cham”? Skończmy z tym

Transparent „Litewski chamie, klęknij przed polskim panem”<br>Fot. Specyficzne Fotki Kibicowskie

Transparent „Litewski chamie, klęknij przed polskim panem”
Fot. Specyficzne Fotki Kibicowskie

Kiedyś, dawno już temu, na wykładzie z biofizyki na Uniwersytecie Wileńskim, profesor Dobilas Jonas Kirvelis opowieść o społeczeństwie kreatywnym i tym, dlaczego na Litwie nie istnieje, zaczął od słów: „Polacy mówią »Polak Pan, a Litwin cham«”. Jako że na litewskiej uczelni większość studentów stanowili Litwini, to część się oburzała, a część wzruszała ramionami. Mnie jednego chyba na sali uderzyło wówczas coś całkowicie innego — bo ja nigdy w życiu nie słyszałem żadnego Polaka, który by się tym hasłem posługiwał! Zawsze słyszałem o tym od Litwinów, a nigdy od Polaków.

Później, przy okazji lektury jakichś międzywojennych gazet, przeczytałem, że hasło to stworzone zostało przez ojców litewskiego „odrodzenia narodowego”, by z jego pomocą zniechęcać „litwomanów” do „polonizatorów”, a „cham” wówczas oznaczał po prostu „chłopa”. I się cieszyłem, że to nie my to prymitywne i polotu pozbawione hasło wymyśliliśmy.

* * *

Gdy po meczu oburzano się na kibiców „Lecha” za okrzyki „Polskie Wilno” i „Jesteśmy u siebie”, uznałem to za absurdalne ataki i czepialstwo. Odczuwałem też żal po artykule księdza Edy Jaworskiego, inicjatora akcji „Poznaniacy Rossie”, w którym publicznie gromił kibiców Kolejorza za te hasła, a później, gdy temat z typowym sobie wdziękiem podchwyciła „Gazeta Wyborcza”, porównał ich do Niemców, śpiewających „Deutschland, Deutschland über alles” we Wrocławiu — nie tylko ze względu na niestosowność porównania, ale także dlatego, że był to prezent dla mediów litewskich — które tekst ks. Edy jeszcze tego samego dnia przetłumaczyły i zaczęły złośliwie reinterpretować. Wiem, że ks. Edmund Jaworski, którego mam wielką przyjemność znać osobiście, kocha Wilno i Wileńszczyznę, i że działał kierowany troską o nas i wyłącznie dobrą wolą. Szanuję więc jego opinię, chociaż się z nią nie zgadzam. Rozumiem jego postawę i motywy, które kazały mu zająć właśnie takie, a nie inne stanowisko. Za tę troskę o nas pozostanę niezmiennie wdzięczny. Mimo to odczuwam żal za pożywkę dla litewskich szowinistów — można było to zrobić inaczej, dobrać inne słowa.

* * *

Gdy wczoraj grał w Poznaniu „Lech” z wileńskim „Žalgirisem”, nie mogłem oglądać go w całości, a jedynie śledzić akcję wyrywkowo. Dlatego o wyniku — przegranej mimo wygranej („Lech” wygrał mecz wynikiem 2:1, ale do dalszego etapu i tak awansował „Žalgiris”, a „Kolejorz” odpadł) — dowiedziałem się dopiero po fakcie. Podobnie, jak o rozwiniętym podczas meczu przez kibiców „Lecha” transparencie z napisem „Litewski chamie, klęknij przed polskim panem”.

Jestem w stanie zrozumieć kibiców „Lecha”. Mają prawo nie lubić Litwinów za „polską k..ę”, skandowaną na meczu w Wilnie, za zagwizdywanie „Mazurka Dąbrowskiego”, czy za zniszczone przez fanów „Žalgirisu” samochody. Mają prawo nie lubić kibiców „Žalgirisu”, którzy rzucając pod Ostrą Bramą puszkami, prowokowali do bójki, po czym ukrywali się za policjantami, czy po meczu zapowiadali wyjazd do „krainy złych smerfów”, czyli Poznania. Ostatecznie, mają prawo być źli na Litwinów jako obywatele państwa, któremu od ponad dwóch dekad Litwa gra na nosie, złośliwie ignorując wszelkie zobowiązania (łatwo przecież policzyć, ile punktów traktatu polsko-litewskiego Litwa łamie) czy umowy. Ostatecznie — kibice „Lecha” mają prawo mieć do Litwinów żal za traktowanie Polaków na Litwie, wszak rodaków. I jestem w stanie zrozumieć i uszanować te motywacje. Za szczerą troskę i pamięć o nas jestem i będę zawsze wdzięczny. Ale odczuwam żal z powodu tego transparentu.

Mógłbym napisać, że stadion rządzi się swoimi prawami — hasła są często przesadzone, muszą być krótkie i skondensowane, że panuje własna, stadionowa licentia poetica, że kibicom chodziło o pokazanie swojej wyższości nad piłkarzami i fanami „Žalgirisu” i nic więcej. Mógłbym spytać, czy skoro za „polską k….ę” nikt się nie obrażał, to dlaczego „litewski cham” budzi takie emocje. Ale tego nie zrobię. Akcję z transparentem „Litewski chamie, klęknij przed polskim panem” uważam za akcję nieprzemyślaną, która na dalszą metę Polakom na Litwie zaszkodzi. Dostarczy litewskim mediom tematu do nagonki na kolejne tygodnie, a polskim „stronnikom przyjaźni” motywu do przepraszania Litwinów na kolejne lata (a wszak jeszcze nie przeprosiliśmy za Żeligowskiego!). A jeśli profesor Dobilas Kirvelis wciąż nie zarzucił prób budowania twórczego społeczeństwa (a mam nadzieję, że nie zarzucił, bo tego jego wykładu — mimo takiego, a nie innego wstępu — słuchałem z wielką przyjemnością i zainteresowaniem) i nadal posługuje się tą metaforą, to nikt już nie powie, że przecież Polacy takimi hasłami nie operują. Odczuwam więc żal z powodu tej akcji — można było to zrobić inaczej, dobrać inne słowa, by wyrazić postawę przecież zrozumiałą i bliską.

Po meczu w Wilnie broniłem kibiców „Lecha” przed księdzem Edą, a księdza Edy broniłem w oczach kibiców. Mam szczerą nadzieję, że dojdzie do zapowiadanego spotkania między nimi i że razem zdziałają wiele dobrych rzeczy dla Poznania, Wielkopolski, a także dla Wilna, które im jednakowo leży na sercu. Z doświadczenia wiem, że można razem pracować i osiągać piękne efekty niezależnie od różnic światopoglądowych. I choć nie mam zamiaru ciskać gromem w inicjatorów akcji z banerem ani za nich przepraszać, jednak nijak nie mogę i nie będę bronić transparentu „Litewski chamie, klęknij przed polskim panem”. Wiem, że kibolom „Lecha” przyświecały dobre intencje, ale w operowaniu hasłami sprzed stu lat, mającymi powiązać konflikt etniczny z walką klasową — po prostu brakuje klasy.

Dziś Jacek Kaczmarski obchodziłby 56. urodziny

Temat to może z pozoru zupełnie niewileński, albowiem Jacek Kaczmarski z Wilnem powiązań rodzinnych nie miał (może poza delikatną sugestią w „Drzewie Genealogicznym”), prawdopodobnie też w nim nigdy nie gościł, a dziś nie jest tu znany.

Urodzonemu w Warszawie roku 1957, zostać było dane najwybitniejszym polskim bardem XX wieku, a jednocześnie jednym z najbardziej niedocenionych poetów, chociaż przede wszystkim za poetę się uważał. Autor słów i kompozytor melodii do kilkuset z okładem utworów muzycznych, współtwórca, wraz z Przemysławem Gintrowskim i Zbigniewem Łapińskim, niezapomnianych programów artystycznych, piewca polskiej historii i dumy z niej, równocześnie nie potrafił się z wolnej już od komunistycznego ucisku Polsce odnaleźć. Odszedł 10 kwietnia 2004 roku, po długiej chorobie nowotworowej.

Nie będę Czytelnikom przybliżał całości losów Jacka Kaczmarskiego, miał biografów lepszych ode mnie i kompetentniejszych. Jako tragedię także po części osobistą traktuję jednak fakt, że nie został w Wilnie i na Wileńszczyźnie dostatecznie poznany ani doceniony.

Bardzo żałuję, że z jego twórczością nie zapoznają się uczniowie szkół polskich na lekcjach, średniostatystyczny  wilnianin potrafi z pamięci zarecytować przynajmniej werset z Włodzimierza Wysockiego (w Domu Kultury Polskiej były nawet koncerty, organizowane przez Polaków), a nie skojarzy nazwiska Kaczmarskiego.

I chociaż nie zagra już nigdy — ani w Wilnie, ani indziej — przynajmniej tyle jeszcze możemy zmienić, że będziemy o nim i jego twórczości pamiętać, ją poznawać i o niej mówić. Zapewne takiego prezentu na urodziny by chciał.