Atak na redakcję „Charlie Hebdo” jest symptomem

Symptomem choroby, o której „stara” Europa próbuje sobie wmówić, że jej nie ma. Ci, którzy oczekują, że chorobą nazwę islam — mogą dalej nie czytać. Albo może przeciwnie — niech czytają dalej.

Gdy pisałem komentarz, który wydrukował dzisiejszy „Kurier Wileński”, a pisałem go wczoraj, ani ja, ani nikt inny, nie oczekiwał tragedii, która wydarzyła się dziś w Paryżu. Uzbrojeni w broń automatyczną terroryści zamordowali kilkanaście osób, w tym dwóch policjantów. W tej chwili wątpliwości nie ulegają dwie rzeczy: napastnicy byli islamskimi fanatykami, a ich celem była redakcja satyrycznego pisma „Charlie Hebdo”, które słynie z bardzo ostrych i niesmacznych karykatur, dotyczących religii, przede wszystkim chrześcijańskiej.

W obliczu tego ataku, a także innych, dokonywanych przez wyznawców radykalnego islamu, Europa przypomina osobę chorą, która za wszelką cenę nie chce do siebie dopuścić myśli, że jest chora. Ale zaklinanie rzeczywistości nie pomoże — choroba postępuje i zbiera swoje śmiertelne żniwo. Jedynie jej nazwanie i rozpoczęcie leczenia może pacjenta uratować, o ile nie jest jeszcze za późno.

Zawiodę tych, którzy oczekują, że choroby się dopatruję w islamie. Zakażenie Europy radykalnym islamem (bo przecież zdrowy islam, wyznawany przez Tatarów, nigdy nie parał się terroryzmem, a pokojowo funkcjonuje obok nas od stuleci) jest jedynie jednym z symptomów. Źródło choroby jest gdzieś zupełnie indziej.

Nie będzie pewnie dla Czytelnika zaskoczeniem stwierdzenie, że Europa jest polem wojny cywilizacji. Zawsze była. Od wschodu nacierała na nią, niesiona wpierw przez Wielką Ordę, później przez Moskali cywilizacja turańska, nastawiona na podbój i tyranię. Od południa na północ maszerowała cywilizacja bizantyńska, biurokratyczna i z rozbudowanym aparatem administracyjnym oraz skomplikowanym systemem praw, zakazów i nakazów. Po zburzeniu Świątyni przez Rzymian do Europy przybywa też cywilizacja żydowska, a od czasu zniszczenia Konstatynopola nacierać zaczyna cywilizacja arabska. W środku tego wszystkiego narodził się zaś nowy model — cywilizacji łacińskiej.

Procesy te doskonale opisał nieoceniony profesor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie Feliks Koneczny, do jego dzieł więc odsyłam. Profesor opuścił ten padół zaraz po wojnie, a jego dzieła nikt nie kontynuował w takim zakresie, w jakim zostało rozpoczęte.

Nie trzeba być szczególnie wnikliwym obserwatorem, żeby dostrzec, że od czasów II Wojny Światowej cywilizacja Europy jest rozbijana przez samych europejczyków. Z jednej strony, w wyniku licznych skandali obyczajowych oraz błędnej polityki samego Kościoła, ale także ataków środowisk właśnie takich, jak „Charlie Hebdo”, skurczył się drastycznie autorytet Kościoła Katolickiego, którzy przez wieki służył jako moralny kompas, lepiej lub gorzej wyznaczący dla ludności granice między Dobrem, a Złem. Zaś skorumpowani politycy coraz skuteczniej zaczęli wmawiać (i własnym przykładem pokazywać!) jak bardzo względne są pojęcia dobra, zła, przyzwoitości, prawa i bezprawia, wolności jednostki czy nawet równości, z której uczyniono fetysz, zupełnie zmieniając jej sens. I ludzie się w tym wszystkim gubią.

Czy tak bardzo dziwne jest zatem, że w pogmatwaniu pojęć, wymieszaniu płci i ról społecznych, gubiący się w wielości teoretycznie przecież równowartościowych (czyż nie tak wmawia propaganda?) systemów moralnych i etycznych ludzie szukają kogoś, kto im udzieli jednoznacznych i prostych odpowiedzi? A znajdują tego kogoś w osobach kaznodziejów radykalnego islamu, zagrzewających do świętej wojny o świat, w którym nie ma miejsca na wątpliwości, inne myślenie czy wolność jednostki.

Natura nie znosi próżni, tak więc w miejscu, w którym niszczona jest jedna cywilizacja, zapanowuje inna. Europa, która dąży do obalenia swego tradycyjnego systemu wartości i wyzbycia się dziedzictwa własnej historii, stawać się będzie miejscem, w którym coraz częstszy będzie widok fanatyków, mordujących na ulicach ludzi z broni automatycznej lub ucinających im głowy.

Europa starajaca się przestać być Europą, będzie czymś innym. Jak widzimy — czymś mroczniejszym i groźniejszym.

Obywatelska kontrola państwa — gwarantem skuteczności jego działania

Korupcja jest niewątpliwym problemem każdego systemu politycznego — spotyka się ją i w państwach afrykańskich, i arabskich, i w Ameryce Południowej — dosłownie wszędzie. Nie ustrzega się od niej także Unia Europejska — jak wykazuje badanie samej Komisji Europejskiej, łupem złodziei padać może nawet 25% środków unijnych, wydawanych na zakupy publiczne — czyli około 120 miliardów euro. Sama Komisja przyznaje, że to wynik nadmiaru przepisów i obciążeń administracyjnych, które utrudniają — zamiast ułatwiać! — kontrolę wydawania tych środków.

Jak zatem można ukrócić proceder rozkradania publicznych środków? Z jednej strony — sprawić, by było ich jak najmniej. Obniżyć podatki i zlikwidować nadmierne regulacje, a więc pozwolić ludziom samym organizować sobie szkoły, szpitale i inne usługi. Z drugiej zaś strony — pozwolić obywatelom kontrolować, co z ich pieniędzmi robi ich władza.

W chwili obecnej kontrola obywatelska nad państwem przybiera różne postaci. W Szwajcarii wszystkie ważniejsze decyzje podejmują obywatele w powszechnym referendum. W wielu krajach — w tym Polsce — realizowane są budżety obywatelskie, czyli rozwiązanie, dające mieszkańcom pewien (ograniczony!) wpływ na wydawanie części budżetu samorządu lokalnego.

Osobnym tematem jest kontrola parlamentów — przykładowo, dla Parlamentu Europejskiego takim narzędziem jest portal votewatch.eu, pozwalający na śledzenie, który polityk jak głosuje, czy jest w ogóle obecny i na ilu posiedzeniach i tak dalej. W Polsce takim narzędziem jest prowadzony przez Fundację ePaństwo projekt _mojePaństwo (do niedawna — Sejmometr), będący zbiorem narzędzi, strukturyzujących i umożliwiających korzystanie z informacji publicznych, rozrzuconych w różnych kanałach (Biuletyn Informacji Publicznej, Krajowy Rejestr Sądowy, konta polityków na Twitterze etc.). Litwa takich narzędzi nie posiada i nie jest mi wiadome, by ktokolwiek się tym zajmował.

Jednak wspomniane przeze mnie powyżej systemy obywatelskiej kontroli nie do końca funkcjonują, jak należy. Votewatch może pokazać, jakie państwa i jacy posłowie w jaki sposób głosowali nad ACTA, ale cóż z tego, skoro sam tekst ACTA (jak i jej następcy — TTIP) był pierwotnie utajniony i światło dzienne ujrzał dopiero po „wycieku”? Co z tego, że w Polsce jest _mojePanstwo, jeśli instytucje państwowe często nie chcą podawać do wiadomości publicznej informacji, która w myśl prawa jest informacją publiczną?

Dlatego choćby na poziomie unijnym należałoby wprowadzić pewien standard upubliczniania w takich systemach także projektów tego typu umów lub ustaw (nie tylko umożliwiłoby to obywatelom ściślejszą nad nimi kontrolę, ale także wykluczyłoby korupcjogenne sytuacje, w których projekt akty prawnego znałaby tylko grupa wybranych, wykorzystująca tą ekskluzywną wiedzę do robienia przekrętów), ale także wszelkich publicznych umów oraz faktur (i tak większość jest teraz elektroniczna) z przetargów państwowych — wydaje mi się, że wprowadzenie tego drogą unijną o wiele łatwiej by mogło złamać opór rodzimych urzędników przed dzieleniem się władzą z resztą narodu — który, jak głosi Konstytucja, stanowi władzę w państwie.