Policja, policja nam nie dokucza — w kontekście Igorisa Molotkovasa

Ten tekst broni policji. I jak świat światem, nigdy bym nie pomyślał, że ja — kibic, Polak, narodowiec — stawał będę w obronie litewskiej policji. Rzeczywistość jednak wszelkie takie przewidywania rewiduje, a umiłowanie prawdy i etyka dziennikarska* nakazują to zrobić, przyczyny wyjaśnię dalej.

W czwartek, 19 listopada 2015 roku, Wilno stało się świadkiem niemal stanu wojennego. Na skutek, pośrednio, ataków w Paryżu, jakie przypuścili islamscy terroryści w dniu 14 listopada. Sprawa prezentowała się następująco:

Około godziny 19 policjancji transportowali radiowozem narkomana, wielokrotnie sądzonego i karanego Igorisa Molotkovasa (r. ur. 1991). Zatrzymali się przy komisariacie, funkcjonariusze wszedli byli do środka, w radiowozie zostawiając samego zatrzymanego (skutego, co prawda, kajdankami) a także subkarabinek AKS-74U. Gdy wrócili, nie zastali ani zatrzymanego, ani broni. Szczęściem, radiowóz został na miejscu.

Ta sytuacja wzbudziła panikę — oto bowiem z policyjnym automatem biega po mieście przestępca o niestabilnej psychice, a do tego na głodzie. Głupia sprawa, prawda? Natychmiast zmobilizowano całe siły policyjne okręgu wileńskiego, ponad 3000 funkcjonariuszy (niemal 1/3 wszystkich litewskich policjantów), którzy zaczęli przeczesywać miasto. Włączono jednostkę „Aras” (od greckiego boga wojny — taki litewski SWAT), latały helikoptery, robiono blokady i obławy, jeździły samochody, przeczesywano pustostany, czołgów nie było, bo Litwa nie ma, ale na pewno by też były, gdyby były.

W końcu, po północy, zbiega ujęto w mieszkaniu przy wileńskim dworcu.

W związku z tym pojawiło się wiele memów, ludzie się śmieją z litewskiej policji, organizuje się nawet bieg śladami Molotkovasa, z drugiego końca miasta aż do jego przydworcowego mieszkania (nie wiadomo, czy uczestnicy też dostaną kałasznikowy), a minister spraw wewnętrznych Saulius Skvernelis podaje się do dymisji, zupełnie zresztą bez sensu, bo nie tyle ze względu na samo zajście, co przez od dawna znaną do niego niechęć Prezydenty Dali Grybauskaitė, która i tej okazji nie przepuściła, by mu publicznie napyskować.

No i w tej właśnie sytuacji chcę bronić i ministra, i instytucji litewskiej policji. Bo minister nie powinien ponosić odpowiedzialności politycznej za jednostkowe, niesystemowe incydenty — a taki właśnie miał miejsce. No chyba, że powody dymisji są inne — o nich później i ich też nie popieram.

Policjanci, którzy zostawili samego zatrzymanego w wozie z bronią automatyczną — niewątpliwie wykazali się zbrodniczą głupotą i powinni ponieść tego odpowiedzialność. Zasadne jednak jest pytanie — po co policjanci wożą ze sobą karabinki?

Na drugi dzień po atakach w Paryżu policjantom na Litwie wydano broń automatyczną. Nie byli wcześniej bezbronni — mieli pistolety, gazy, paralizatory elektryczne i pałki. Automaty wydano policjantom w celach czysto propagandowych, nawet bez przeprowadzenia stosownego szkolenia z zakresu ich używania (bo kiedy przed wydaniem ich dla funkcjonariuszy należało go zrobić — w nocy z piątku na sobotę?). Co zresztą poskutkowało tym, że przypadkiem w czasie szarpaniny jeszcze tego samego dnia 15 listopada postrzelony został bezdomny. Stąd wielu funkcjonariuszy broń tą traktuje jako zbędny balast, który trzeba ze sobą targać i który tylko przeszkadza.

Co więcej, od roku 2009, a więc czasu rządów postkomunistycznej partii Związek Ojczyzny: Litewscy Chrześcijańscy Demokraci, finansowanie policji jest systematycznie uszczuplane, a więc na odpowiednie przeszkolenie z zakresu użycia broni automatycznej i tak pewnie nie ma środków. A i wypłaty do zarobków marzeń nie należą.

Na jaw później też wyszła bogata biografia samego zbiega — karany administracyjnie 126 razy, sądowo skazany 15 razy, za kradzieże, rabunki i narkotyki. Obecnie zaś toczy się jeszcze 8 śledztw, w których figuruje, jest także podejrzany o popełnienie ciężkiego przestępstwa (prokuratura nie ujawnia, jakiego), za które grozi kara więzienia do lat 10.

Można zatem rozumować, że do zaistnienia sytuacji, w której policja całego okręgu poszukuje jednego zbiega, doprowadziły trzy patologie. Jedna, to brak odpowiedniego finansowania policji państwowej, pociągający za sobą niski poziom wyszkolenia i motywacji funkcjonariuszy. Druga, to potraktowanie policji jako narzędzia propagandowego poprzez wydanie jej funkcjonariuszom zbędnego (w obecnej sytuacji) i utrudniającego pracę uzbrojenia. Trzecia zaś — to patologia wymiaru sprawiedliwości, w wyniku której wielokrotnie karany i skazany osobnik mógł przebywać na wolności i popełniać dalsze przestępstwa.

W tej całej sytuacji winę zatem ponosi nie policja, tylko system sprawiedliwości i zarządzający nim. I jeśli już ktokolwiek powinien ponieść odpowiedzialność polityczną, to obecny minister sprawiedliwości i jego poprzednicy (w tym obecny mer Wilna Remigijus Šimašius), a nie minister spraw wewnętrznych.

Minister zaś spraw wewnętrznych do dymisji się podać powinien w jednym tylko przypadku. Jeśli te karabinki wydano policjantom w celach propagandowych, a on nie miał na to wpływu. Ale powinien się liczyć z tym, ze jego ewentualny następca, zatwierdzony przez Prezydent, będzie miał wpływu jeszcze mniej — i zdecydować, czy za to właśnie chce ponosić odpowiedzialność na skutek swej dymisji.

Jeszcze zła wola, czy już głupota Dali Grybauskaitė?

Że mniejszości narodowe na Litwie nie powinny oczekiwać od głowy państwa litewskiego niczego dobrego, wiadomo nie od dziś. Najjaskrawszym przypadkiem złej woli i — być może? — osobistego szowinizmu prezydent Dali Grybauskaitė był jej poniżający komentarz po podpisaniu nowelizacji Ustawy o Oświacie — że oto mniejszości, których głos w tej sprawie kompletnie zignorowała, będą się czuły dzięki temu „szanowane” i „staną się pełnoprawnymi obywatelami”.

Nie było zatem niespodzianką, gdy głowa państwa negatywnie wypowiedziała się o planowanym od dłuuugiego czasu przyjęciu Ustawy o Oświacie — do standardowych już pogróżek o rzekomym złamaniu Konstytucji dołączyła nowa nuta — otóż, zdaniem Grybauskaitė, ustawa ta uprawomocniłaby wielojęzyczność i kiedyś, po możliwym napłynięciu robotników z Chin, trzeba będzie uczynić język chiński urzędowym.
O głupotę trudno głowę państwa podejrzewać — wszak była i sowiecką aparatczycą, i wykładała w partyjnej szkole, ostatecznie była też w Komisji Europejskiej. Pozostaje więc chyba tylko jej zła wola — a tej trzeba naprawdę wiele, by prawa mniejszości narodowych mylić z kwestiami dotyczącymi imigrantów, których te prawa nie obejmują — zagadnienia te w ogóle nie mają nic wspólnego. Tylko skąd tej złej woli aż tyle?

Zawód Niepodległości 2013

W tym roku Święto Niepodległości spędziłem w Warszawie. Po to, by wziąć udział w jednej z największych manifestacji patriotycznych w Europie, spotkać się z licznymi przyjaciółmi i po prostu pewne rzeczy przeżyć samemu. Byłem, przeżyłem, zawiodłem się.

Z rana naprędce posprawdzałem wiadomości i pierwszy szok — oto „Gazeta Wyborcza” straszy w Święto Niepodległości nagłówkami „Niepodległość? Jestem przeciw” oraz „Rozbiory oznaczały postęp i modernizację”. Jakiś czas sobie założyłem, że będę unikał używania na tym blogu słów wulgarnych, więc jedynie pozostaje mi postawę „Gazety” skwitować jako padalczą.

Na początek byłem na oficjalnych obchodach na Placu Piłsudskiego. Plac otoczono barierką, barierkę podmokłym trawnikiem, na którym stali ludzie. Także więc stałem się gawiedzią stojącą w błocie i słuchałem, co kto mówi. Było poprawnie, ale odnoszę wrażenie, że dość sztywno. Prezydent Litwy Dalia Grybauskaitė, wbrew zapowiedzi, nie przybyła (spotkała się później z Prezydentem Bronisławem Komorowskim prywatnie), pojawiły się za to transparenty z hasłami apelującymi o obronę Polaków na Litwie — co jest bardzo miłe. Prezydent w przemówieniu pocisnął Ruchowi Narodowemu, po czym ruszył „Marsz dla Niepodległej”, zbrojny w różnokolorowe kotyliony — a to czerwono-białe, a to biało-czerwone — ale także prawdziwy czołg, pamiętający jeszcze Bitwę Warszawską Renault FT-17.

W „Marszu dla Niepodległej” spodobał mi się spokój i minidefilada, fantastyczną atrakcją był czołg (ale też umówmy się — poza tym fajnym „wodotryskiem” można było zrobić też prawdziwą defiladę, bo Polska ma czołgi nowoczesne i nie mniej fajne), ale zabrakło bardziej podniosłej atmosfery przy śpiewaniu hymnu. Nie spodobało mi się pewne upolitycznienie imprezy, bajzel z kotylionami — no i to błoto. Podobno bałagan był także z obsługą prasową na zapleczu obchodów, ale o tym wiem tylko z pogłosek. Fajne było wstawiennictwo za nami w postaci transparentów.

Zaraz „Marszu dla Niepodległej” udałem się na Marsz Niepodległości organizowany przez Ruch Narodowy, mający wystartować z Ronda Dmowskiego. Marsz poprzedzony był przemówieniami liderów Ruchu Narodowego i jego gości, także bardzo politycznymi i nie szczędzącymi gorzkich słów obecnie rządzącym.

W oczy rzucało się morze flag i ludzi — sam ogrom masy ludzkiej robił niesamowite wrażenie. Marsz wyruszył ze sporym opóźnieniem, szedł także dłuższą trasą. Pierwszy incydent miał miejsce przy wylocie ulicy Skorupki, gdzie doszło do starcia grupki osób, które oddzieliły się od marszu, z osobami z pobliskiego squatu. Miało miejsce rzucanie butelkami, kamieniami, racami, wyrywanie drzewek i ataki na dziennikarzy — i uważam, że za te sceny odpowiedzialność powinni ponieść ich uczestnicy tak ze squatu, jak i zamaskowani chuligani z marszu.

Po drodze błyskawicą dociera wiadomość, że spłonęła tęcza przy Placu Zbawiciela (sporo oddalonego od trasy marszu) — atrakcja środowisk homoseksualnych, fundowana im z kasy podatników. Tłum śpiewa „Nie ma tęczy, aeaeao, aeaeao, aeaeao”, maszerujemy dalej, niemal bez przeszkód, aż do Belwederskiej, gdzie policja rozdziela marsz na dwie grupy, jedną puszczając dalej, a drugą otaczając. Chodzi pogłoska, że marsz został rozwiązany przez ratusz, tłok, śpiewamy hymn.

Po jakimś czasie kolumna znów rusza do przodu, w bocznych uliczkach mijamy kordony policji z tarczami, atmosfera nieco przytłaczająca. Mijamy ambasadę Rosji i staje się jasny powód zatrzymania marszu — przy ambasadzie płoną dwa spore ogniska. Po dojściu do Agrykoli odłączam się od marszu, na Placu na Rozdrożu mnóstwo policji.

O ile w roku poprzednim rzeczywiście można było mówić o policyjnej prowokacji, kiedy to zablokowano dwudziestu tysiącom ludzi wszystkie drogi i zaczęto ich gazować już na początku marszu, to o tyle w tym roku Straż Marszu Niepodległości i policja pracowały o wiele lepiej, chociaż odnoszę wrażenie, że brakowało między nimi koordynacji działań i w ogóle komunikacji.

Wśród stu tysięcy uczestników marszu dominowali zwykli Polacy — rodzice z dziećmi, osoby w średnim wieku, studenci, uczniowie etc. Niestety, wśród nich były też osoby pijane, a także ludzie, rzucający pod nogi petardami hukowymi (tzw. „achtungi) i odpalające race, gdzie i jak popadnie. Jestem kibicem i lubię pirotechnikę, każdy się zapewne też zgodzi, że pięknie wygląda wieczorem morze rac. Ale piro powinno być odpalane odpowiedzialnie, a nie w sposób, stwarzający zagrożenie dla uczestników marszu. Jeśli ktoś rzuca achtungami pod nogi rodziny z wózkiem (a byłem świadkiem takich sytuacji), to jest bydlakiem i powinien Święto Niepodległości spędzać odizolowany od normalnych ludzi, a nie na marszu.

W Marszu przeszkadzało mi nadmierne upolitycznienie, brak porządku i powagi święta, ludzie, którzy w trakcie śpiewania hymnu podskakiwali sobie w czapkach z racami jak małpy, dużo nachalnych osób (w roku poprzednim tego nie widziałem), oraz ekscesy, które nie miały prawa mieć miejsca w Dniu Niepodległości. Strasznie przykre jest to, że obraz największej patriotycznej manifestacji zdominowany został przez szukających zadymy. Można kontestować istniejący system, ale na walkę polityczną z nim ma się 364 pozostałe dni. Za demolowanie samochodów czy bicie dziennikarzy natomiast powinny być surowe kary — Stowarzyszenie „Marsz Niepodległości” powinno moim zdaniem wystąpić z powództwem cywilnym o odszkodowanie wobec bandytów.

Chciałbym, by w przyszłości przez Warszawę szedł Marsz Niepodległości większy i dostojniejszy, bez pijanego bydła, achtungów pod nogami, bez sporów i przede wszystkim — bez burd. Chciałbym, by był to Marsz Polaków odpowiedzialnych, radośnie świętujących niepodległość wbrew dzielącemu ich na co dzień złu. Miałem nadzieję, że taki będzie w tym roku — i jestem zawiedziony.

Kto wiceministra nie uczył angielskiego

Każdy już zapewne widział filmik, na którym wiceminister spraw zagranicznych Republiki Litewskiej Vytautas Leškevičius próbuje mówić po angielsku. Nagranie owo dostarczyło znacznego ubawu tym, kto angielski zna, irytacji tym, za czyją kasę z podatków wiceminister się publicznie wypowiadał, a maturzystom powodów do żądania zmienienia kryteriów oceniania na egzaminach maturalnych z języka angielskiego.

Gdyby podejść do zagadnienia fachowo, to należy przyznać, że wiceminister Leškevičius ma dość bogate słownictwo i zdaje się nawet rozumieć znaczenie większości używanych przez siebie słów. Problemem jawi się łączenie ich w struktury zdaniowe i wyrażanie za ich pośrednictwem myśli, a katastrofą — horrendalnie długie pauzy. Sytuacji nie ratuje też próba zażartowania na początku wypowiedzi — wiceminister zapewne słyszał na kursach publicznego mówienia czy innego NLP o tym, że rzucenie żarciku przed wystąpienie rozluźnia atmosferę i skupia uwagę słuchaczy, ale znów mu nie wyszło w praktyce. Trudno ocenić, czy zawiniła trema (tak się w sumie tylko śmieję, bo jaką tremę ma niby prawo mieć zawodowy dyplomata?), czy też to, że wiceminister myśl formułuje po litewsku, później ją tłumaczy sobie w myślach na angielski, po czym próbuje ją wyartykułować, a co dwa słowa gubi wątek.

Teoretycznie nie powinienem się natrząsać z Vytautasa Leškevičiusa, bo każdemu może się przytrafić zły dzień czy potrzeba porozumiewania się w obcym języku. Tym bardziej, że jest przecież człowiekiem, który do szkoły chodził w czasach, gdy nauczanie angielskiego kulało na obie nogi. Sam się jednak podłożył — w Parlamencie Europejskim pracują rzesze tłumaczy, na bieżąco przekładających każdą wypowiedź z jednego języka na inne. W tym też z litewskiego i na angielski. Skoro więc wicemin chciał się popisać, to się popisał.

Przed rozpoczęciem pracy obecnego rządu, miłościwie rządząca krajem Prezydenta Dalia Grybauskaitė sprawdzała kandydatów na ministrów pod kątem znajomości języków z myślą o zbliżającej się prezydencji właśnie. Kandydatów na zastępców już widać nie sprawdziła. A czy udałoby się uniknąć tej popularyzacji Litwy w internetach przez Vytautasa Leškevičiusa, gdyby sprawdziła?

Parę lat temu Dalia Grybauskaitė przechwalała się, że dobrze zna „prawie wszystkie języki mniejszości narodowych”. W jednym z tych języków miała okazję nawet publicznie się powypowiadać:

Lepiej, niż Leškevičius po angielsku, ale nadal podobnie, jak Kwaśniewski po rosyjsku. Po angielsku Prezydenta mówi lepiej, to fakt, ale nadal można odnieść wrażenie, że jej ówczesne egzaminowanie ministrów nic wspólnego z prezydencją Litwy w Radzie UE nie miało — poza byciem pretekstem do politycznej gierki. Czy występ Vytautasa Leškevičiusa doczeka się prezydenckiego komentarza, trudno prognozować — wystarczy, że doczekał się tysięcy komentarzy rozbawionych internautów.

Sowieccy Polacy i sowieckie dziady

Vytautas Landsbergis</br>Fot. Wikimedia Commons

Vytautas LandsbergisFot. Wikimedia Commons

Obchodzimy właśnie 25-lecie powstania „Sąjūdisu” — organizacji, która grała znaczącą rolę w transformacji ustrojowej na Litwie, a na czele której stał Vytautas Landsbergis, obecnie eurodeputowany.

Gdyby ktoś nie wiedział — po ogłoszeniu przez Litwę niepodległości, czyli też osiągnięciu celów „Sąjūdisu”, organizacja się nie rozwiązała i istnieje do dziś. Walczy tylko o cele mniej ambitne — trzeźwość i dowalenie Polakom. Z przykładami tego drugiego można się zapoznać tu, tu i tu. Ale jest tego o wiele więcej.

Podobnie jak działalność, jubileusz kanapowej obecnie (co nie umniejsza jej zasięgu oddziaływania poprzez wypromowanych przez siebie działaczy) organizacji z prestiżową siedzibą (Gedimino 1 — niewielu może się takim adresem pochwalić) nie mógł się obejść bez wrzut pod adresem Polaków. Wrzutą systemową był XIV zjazd „Sąjūdisu” w sobotę, podczas którego wybrano nowego prezesa — Vidmantasa Žiliusa, dyrektora litewskiego rządowego Gimnazjum „Tysiąclecia Litwy” w Solecznikach, a przy okazji prezesa solecznickich oddziałów „Vilniji” i „Związku ojczyzny”. O sukcesach jako dyrektora można przeczytać tu i tu, a kolejne zapewne niebawem. Przy okazji zjazdu przyjęto także rezolucję, wyrażająca kategoryczny sprzeciw wobec poszanowania praw człowieka w rozumieniu językowych praw mniejszości narodowych.

Wczoraj zaś w Seimasie odbyła się konferencja poświęcona jubileuszowi „Sąjūdisu”, z udziałem prezydent Dali Grybauskaitė i arcybiskupa wileńskiego Gintarasa Grušasa (który ma po kardynale Audrysie Juozasie Bačkysie przejąć ster litewskiego Kościoła Katolickiego). Jako jeden z założycieli „Sąjūdisu” występował obecny przewodniczący Litewskiej Narodowej Komisji UNESCO Romas Pakalnis, którzy okazję wykorzystał do przypomnienia zebranym, że „Sąjūdis” jest przeciwny realizowaniu postulatów zawartych w podpisanym przez Litwę „Traktatu między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Litewską o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy”, ponieważ „ludzie »Sąjūdisu« nikomu nie nadali takiego prawa”.

Wystąpił też Vytautas Landsbergis, który nie mógł nie wykorzystać okazji, by nie dowalić swojej ulubionej grupie — Polakom na Litwie. „Jak znów pojawiają się na Litwie mieszkańcy odmawiający mówienia po litewsku, a żądający — »mów po rosyjsku« (sic!), to jest to specyficzna grupa — sowieccy Polacy”.

Temat rzekomej sowieckości Polaków szczególnie Landsbergisa uwiera, ten wątek bowiem się przewija u niego nie po raz pierwszy — w udzielonym w grudniu dla „Rzeczpospolitej” wywiadzie też napomknął, iż „Polacy na Litwie to specyficzna grupa. Kończyli radzieckie szkoły, mają określoną mentalność. Nie powinniście się z nimi identyfikować”.

Zarzuty o sowieckość Polaków mogłyby wyglądać poważnie, gdyby nie upublicznione niedawno dane dotyczące składu narodowościowego Komunistycznej Partii Litwy — należało do niej 3,45% spośród ogółu Polaków i z tym wynikiem byliśmy najmniej skomunizowaną grupą narodowościową. A może ta bolączka Landsbergisa ma podłoże inne i bardziej osobiste, może wynika z jego własnych kompleksów?

Wszak sam Landsbergis w okresie sowieckim kończył sowieckie szkoły i robił karierę (podobnie zresztą, jak jego ojciec) na sowieckich uczelniach, otrzymując sowieckie premie i u schyłku Sowietów włączając się w ruch niepodległościowy, gdy nic mu już nie groziło. Wszak to Landsbergisa zastępcą w „Sąjūdisie” był Virgilijus Čepaitis, oskarżany o współpracę z KGB — oskarżenia takie zresztą dotykały też samego Landsbergisa. To właśnie duża część sygnatariuszy i sąjūdistów wywodziła się z Komunistycznej Partii Litwy, a jeden z nich — dziś szczególnie zajadły na Polaków Romualdas Ozolas — był tak do ówczesnego porządku przywiązany, że z Łotysza stał się Litwinem dopiero wówczas, gdy na jego prośbę decyzję taką podjęła Rada Najwyższa Sowieckiej Socjalistycznej Republiki Litewskiej. To Landsbergis promował Dalę Grybauskaitė, która wszak za komuny robiła karierę aparatczycy była partii wierna aż do samego jej końca.

Można by zapytać — co nas obchodzi, co bredzą jakieś sowieckie dziady i za kogo nas mają? Normalnie rzeczywiście można by ich zignorować. W tym kraju jednak to sowieckie dziady nadają ton polityce.

Prezydenta leci do Londynu, a ja współczuję pozostałym pasażerom

Dalia Grybauskaitė blisko ludu pracującego w Anglii.<br>Fot. Lietuvos Respublikos Prezidento kanceliarija, biudžetinė įstaiga.

Dalia Grybauskaitė blisko ludu pracującego w Anglii.
Fot. Lietuvos Respublikos Prezidento kanceliarija, biudžetinė įstaiga.

Dziś całą mediosferę Litwy obiegło zdjęcie, rozpowszechnione przez kancelarię prezydencką, do którego to zdjęcia Dalia Grybauskaitė dumnie pozuje w samolocie linii lotniczych WizzAir. Z podpisu możemy się dowiedzieć, że leci na pogrzeb Margaret Thatcher.

Można by tłumaczyć to względami finansowymi, że niby taniej, że prościej, że bliżej ludu pracującego miast i wsi — można także po prostu stwierdzić, że jest to szyta grubymi nićmi akcja propagandowa przed zbliżającymi się coraz bardziej wyborami prezydenckimi. Byłoby bowiem tanio, gdyby Prezydenta leciała w pojedynkę. Ale nie — razem z nią podróżowała cała świta: fotografka, operator kamery, rzeczniczka prasowa, asystentka i ochroniarze. I w sytuacji, kiedy trzeba wykupić miejsca na pół samolotu, można o takim przedsięwzięciu powiedzieć cokolwiek, za wyjątkiem tego, że jest tanie.

Gdybym miał lecieć tego dnia do Londynu tanim lotem WizzAir, byłbym mocno wkurzony. Podejrzewam bowiem, że w momencie ogłoszenia daty pogrzebu Margaret Thatcher wszystkie bilety na ten rejs były już zarezerwowane i w związku z tą akcją reklamową część pasażerów została w Wilnie, by ustąpić miejsc orszakowi prezydenckiemu.

Co więcej, wsadzenie głowy państwa do takiego samolotu automatycznie podnosi wymogi bezpieczeństwa, stawia na baczność ochronę i zarazem zwiększa prawdopodobieństwo, że ktoś będzie chciał na taki samolot dokonać zamachu, choćby z czysto herostratesowskich pobudek. Nie mówiąc już o tym, że wymogi bezpieczeństwa utrudniałyby lub wręcz uniemożliwiały innym pasażerom poruszanie się po samolocie, choćby celem udania się do toalety.

Dalia Polikarpowna powinna przestać uprawiać populistyczne gierki i powrócić do latania należącym do wojsk Litwy „Spartanem”, albo zastanowić się nad inną alternatywą, zanim klienci WizzAir’u nie zaczęli żądać zwrotu kasy za bilety. O wątku prestiżowym nie wspomnę — bo latanie tanimi liniami przez głowę państwa może i dobrze się sprzedaje najciemniejszej części elektoratu, ale na arenie międzynarodowej jest takim samym powodem do żarcików, jak noszenie garsonek po Angeli Merkel.

W państwie żyjemy osobliwym

Każdy, kto ze mną te tematy poruszał, wie zapewne, że Litwę widzę jako państwo osobliwe, na tle rzeczywistości malujące się kolorowo niczym paw na szarej płycie (postsowieckiego, rzecz jasna) chodnika.

Można by polecieć Bareją czy bliższym (ideowo, choć nie ze znajomości) dla części wileńskich Polaków Dostojewskim (mniej przystającym do realiów, ale cóż zrobię, jak Barei nie znają, a Ilf & Pietrow nie wchodzą w kanon modnej rusyfikacji), ale wyglądałoby to, jak na moją reputację, za inteligentnie, więc będzie bez cytatów.

Operator koparki podczas nią operowania odkrył dobrze zachowane rogi tura. Jak można wywnioskować, nie nagabywany przez współpracowników ani przełożonych znalezisko zabrał do domu. I zanim się zastanawiał, co z nim począć, doczekał się kilku propozycji kupna od anonimowych kolekcjonerów oraz wizyty policji, która jego dylematy zakończyła definitywnie, rogi rekwirując. Urzędnicy się teraz prześcigają w wymyślaniu powodów, dla których znaleźne mu się nie należy, ale budowlaniec wnioski już wyciągnął i zapowiada, że następnym razem znaleziony skarb niezwłocznie sprzeda — choćby po to, by władze nie przyprawiły mu rogów po raz kolejny.

Z kolei mieszkańcy Kłajpedy, miasta historycznie dosyć mało litewskiego, są niezadowoleni z reformy transportu miejskiego. Gdy przestała ich zadowalać korespondencja z urzędem miasta, wystosowali pismo do Prezydenty Grybauskaitė. Jeśli nie odstraszyły ich zwyczaje odpowiadania przez Prezydentę na listy (czyli ich brak), to odstraszyć powinno przekazanie przez Urząd Prezydenty listu do prasy celem powytykania błędów w nim występujących. Bądź tu aktywny i wierz w dobre intencje władz.


Od kilku dni nie mijają echa dwóch skandali. Mowa, rzecz jasna, o kupowaniu głosów na wyborach przez (oficjalnie — tylko) jedną partię, a także o podsłuchach, które wywołały oburzenie przewodniczącej Seimasu Ireny Degutienė.

O kupowanie głosów oskarżono Partię Pracy Wiktora Uspaskicha, rosyjskiego milionera, co to się dorobił na gazie, pana na Kiejdanach i obecnie wciąż jeszcze europosła, choć pozbawionego immunitetu. Głosy kupować miał jakiś bliżej nikomu nieznany kandydat wśród więźniów, w zamian obiecując, że tego dnia nie będą bici. Wszystkimi fakt kupowania niezmiernie wstrząsnął, gdyż był to proceder nowy i niespotykany. Fakt rzekomego codziennego bicia więźniów żadnych emocji nie wzbudził.

A Degutienė oburzyła się na powszechne inwigilowanie obywateli, gdy się okazało, że dotyczy także jej. Z się skarży, że Litwa zmierza w stronę Łukaszenki i autorytatyzmu — tendencje, których w dobrej wierze zapewne nie dostrzegała w narzucaniu mniejszości (protestującej!) Ustawy o Oświacie, demagogicznych wypowiedziach Grybauskaitė czy podczas obściskiwania się Prezydenty z Łukaszenką niczym z Breżniewem.

Obie te straszne afery obrazują jednak wszechobecną hipokryzję, w kraju owym specyficznym panującą. O kupowaniu głosów mówiło się od lat, ale nikomu to szczególnie nie przeszkadzało do czasu, aż na procederze tym nie złapano przedstawicieli partii „niesłusznej”, bo „populistycznej” (co jest zarzutem śmiesznym w sytuacji, kiedy w zasadzie wszystkie partie uprawiają szeroko pojęty populizm) i pozasystemowej (co też jest zabawne, ale niech tam). Nie przypominam sobie, by kogokolwiek kiedykolwiek na Litwie za kupowanie głosów posadzono. Tym razem zapewne też rozejdzie się po kościach, a choć wszyscy obiecują „naprawienie systemu”, zmiany będą wyłącznie kosmetyczne i nawet głosowania przez internet się nie doczekamy.

Podobnież z podsłuchami. Pani Degutienė nie przeszkadzało, gdy podsłuchiwani byli inni, czy gdy służby wyprawiały cholera jedna wie co z więzieniami CIA czy w sprawie niejakiej Eglė Kusaitė, nie przeszkadzało jej, że ci sami funkcjonariusze w godzinach pracy i w nadgodzinach też pisywali komentarze na „Kurierze Wileńskim”, finansują i prowadzą media czy edytują Wikipedię. Dyktatorskie zamaszki Prezydenty też umykały jej uwadze — ale do czasu, aż coś nie dotknęło konkretnie jej osoby i jej najbliższych. Wtedy to już nie tylko jej krzywda, ale skandal na skalę wręcz globalną.


W ten to sposób żyjemy w wesołej krainie, w której urzędnik etatowo zniechęca obywatela do robienia interesów z państwem, skandale są skandalami (albo i nie) zależnie od ich bohaterów, a naprawianiem systemu transportu miejskiego w Wilnie zajmuje się facet, poruszający się segwayem albo transporterem opancerzonym.