„Polak Roku 2015” — fakty i mity

W najnowszej odsłonie plebiscytu „Polak Roku”, organizowanego przez jedyny poza granicami Polski dziennik ukazujący się 5 razy w tygodniu „Kurier Wileński”, zwycięzcą został ksiądz prałat Józef Aszkiełowicz. O ile sama osoba zwycięzcy ani jego zasług nie budzi żadnych wątpliwości, to duże dyskusje wywołał sposób opublikowania wyników i inne zmiany, które nastąpiły w konkursie.

Najważniejszą zmianą było to, że Kapituła uzyskała prawo głosu. Dotychczas o wyborze „Polaka Roku” decydowali wyłącznie czytelnicy nadsyłający kupony, w tym roku głosy czytelników stanowią 50% oceny, a drugie 50%  — to właśnie wybór Kapituły, w skład której wchodzą także wszyscy poprzedni laureaci plebiscytu. Była to zmiana od dawna dyskutowana, sam poruszałem ten temat jako członek funkcjonującej 6 lat temu Rady Programowej „Kuriera Wileńskiego”.

Pojawiły się zarzuty, że redakcja dokonała manipulacji, nie publikując szczegółowych wyników plebiscytu, z rozkładem na ilość kuponów, nadesłanych na każdego kandydata, jak i głosów Kapituły — w związku z czym nie widać, kto zajął miejsce drugie, a kto dziesiąte. Opublikowana została nawet nieoficjalna kolejność, w jakiej uplacować się mieli poszczególni kandydaci.

Manipulacji nie ma. Przede wszystkim, są to wybory jednego „Polaka Roku”, a znalezienie się w dziesiątce kandydatów — a zatem, zdobycie zaufania zgłaszających czytelników jak i poparcia Kapituły — jest także wyróżnieniem. I nie ma znaczenia, czy ktoś był drugi, ósmy czy dziesiąty. Poza tym, zaważyła kwestia praktyczna — w latach poprzednich niektórym osobom było przykro, że zdobyły mniej głosów niż inni kandydaci, pojawiały się złe emocje, a część zgłoszonych kandydatów rezygnowała z udziału w plebiscycie. I właśnie takim sytuacjom zapobiec ma niepublikowanie „rankingu” — w plebiscycie bowiem chodzi o wyróżnienie najbardziej w danym roku zasłużonych osób, albo takich, które zaskarbiły sobie z tych czy innych względów sympatię czytelników. Chodzi o dobre emocje, a nie kolejną okazję do sporów — tych wystarczy bowiem co roku przy dyskusjach, dlaczego ta czy inna osoba się w ogóle w dziesiątce znalazła…

Pojawił się także zarzut, jakoby „5 z 10 członków kapituły są z AWPL”. Nie jest to prawda. Kapituła, składająca się z laureatów poprzednich lat, liczy 16 członków. I o ile rzeczywiście, część z nich należy do AWPL (trudno chyba, żeby przedstawiciele jedynej polskiej partii na Litwie, najbardziej widoczni publicznie, nie zostawali laureatami tytułu „Polak Roku”?), to w jaki sposób ma to mieć się do zwycięstwa bezpartyjnego przecież kapłana, który wygrał tak głosami Kapituły, jak i czytelników? Zresztą, w tym roku się okazało, że Kapituła i Czytelnicy byli bardzo zgodni w swoim typowaniu, co świadczyć może jedynie o wysokiej reprezentatywności plebiscytu.

Rok 2014. Najważniejsze wydarzenia na Wileńszczyźnie

Końcówka roku zawsze jest okazją do pewnych podsumowań. Tak też chciałbym podsumować ten rok dla Wileńszczyzny. Od razu zapowiadam, że nie będę się silił na „dosiągnięcie” ilości zdarzeń do jakiejś okrągłej liczby, robił „Top-10” czy podobne rzeczy. Po prostu chcę wymienić rzeczy, które rzeczywiście stworzyły nową jakość, będą owocowały w przyszłości, lub są szczególnie dla czegoś symptomatyczne.

1. Otwarcie studiów drugiego stopnia na Wydziale Ekonomiczno-Informatycznym w Wilnie Uniwersytetu w Białymstoku, czyli Filii UwB. 

Polska uczelnia wyższa w Wilnie była marzeniem polskiej inteligencji od czasów Pieriestrojki. Marzeniem niespełnionym, mimo życzliwości i wsparcia ze strony Rodaków z Macierzy. Wierzę, że Filia, działająca od 2006 roku, jest zalążkiem takiej właśnie uczelni. Na razie można na niej studiować ekonomię i informatykę, oferuje także studia podyplomomowe z ekonomii. Otwarcie studiów magisterskich z ekonomii jest ogromnym krokiem, wejściem uczelni na nowy poziom. Dziekan FIlii, profesor Jarosław Wołkonowski zapowiada, że w przyszłym roku uruchmione zostaną także studia licencjackie z europeistyki.
Posiadanie własnej uczelni to nie tylko możliwość studiowania w języku ojczystym na miejscu, w Wilnie, ale przede wszystkim społeczność akademicka, funkcjonująca w polskim środowisku i to środowisko wzbogacająca.
Uniwersytet w Białymstoku powstał w roku 1968 jako filia Uniwersytetu Warszawskiego. Samodzielną placówką stał się w roku 1997. Mam nadzieję, że tak też kiedyś będzie z dzisiejszą Filią.

2. Przejście Akcji Wyborczej Polaków na Litwie do opozycji

AWPL było w koalicji przez niemal dwa lata. Mimo wszelkich starań, nawet w obliczu wojny na Ukrainie, która teoretycznie powinna — na skutek zbieżności interesów i wspólnego zagrożenia — zbliżać Polaków i Litwinów, nie udało się przełamać niechęci litewskich polityków do załatwienia kilku szalenie prostych spraw. Kwestie publicznego używania języka polskiego, oryginalnej pisowni nazwisk, odwołania skandalicznej reformy oświatowej, restytucji mienia — pozostały nierozwiązane. Oficjalnym powodem był konflikt o stołki, mniej oficjalnym — fakt, że premier nie potrafił się zdecydować, jaką ma opinię na jaki temat, a projekt Ustawy o Mniejszościach Narodowych przekazano do kolejnego „poprawiania”, którego skutkiem miało być skreślenie punktów o dwujęzycznych napisach i używaniu języka mniejszości w urzędach. Argumentacja powalała — „tylko Polacy tego chcą, a nie ma sensu przyjmować specjalnej ustawy dla jednej mniejszości”.
Ciekawostką jest zaś to, że wszyscy ci, którzy przez półtora roku postulowali wystąpienie AWPL z koalicji rządzącej, byli z przejścia partii do opozycji najbardziej niezadowoleni.

3. Odnowienie „Czarnego Anioła” na Starej Rossie

Pomnik nagrobny Izy Salmanowiczównej jest wizytówką Starej Rossy, zachwycają się nim turyści i rodowici wilnianie. Od lat wymagał remontu, który w końcu udało się przeprowadzić. Za środki z Polski, z inicjatywy kierowanego przez panią Alicję Klimaszewską Społecznego Komitetu Opieki nad Starą Rossą. Udział państwa litewskiego ograniczył się do stawiania biurokratycznych barier.
W pewnych tematach się nic nie zmienia.

4. „Rozwiązanie” kwestii dwujęzycznych napisów w rejonie solecznickim

Krucjata namiestnika rządu na okręg wileński Audriusa Skaistysa dobiegła końca po tym, jak nowy (poprzedni, Bolesław Daszkiewicz, udał się na emeryturę, chociaż w tym kontekście można to uznać za wewnętrzną emigrację przed represjami) dyrektor administracji rejonu, zagrożony karami liczonymi już tym razem w setki tysięcy litów, dopilnował, by w rejonie nie został ani jeden polski napis.
Pociechą ma być ponoć fakt, że zmieniono przepisy wykonawcze i teraz „oficjalne” nazwy ulic mają być na słupkach, a te na domach mogą już sobie wisieć. Tylko co z tego, skoro ludzie zostali już zastraszeni i komorniczym terrorem zmuszeni do usunięcia tych tabliczek z domów, a na postawienie słupków nie ma środków? Tym bardziej, że chodzi przecież o uznanie naszego prawa do publicznego i oficjalnego używania języka ojczystego, a nie zabawę w słupki.

5. Przyjęcie Ustawy o Bezpieczeństwie Cybernetycznym

Co prawda, w nieco ograniczonej formie w stosunku do pierwotnego projektu, ale nadal antydemokratycznej w założeniu i tworzącej mechanizmy państwa policyjnego. Ustawa w takiej formie może być i na pewno będzie wykorzystywana przeciw Polakom.

6. Nowe zasady finansowania mediów polskich

Dzięki wspólnym wysiłkom zainteresowanych, udało się razem z Ministerstwem Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej wypracować spójniejszy i logiczniejszy mechanizm dotowania mediów polonijnych, niż dotychczas. Zmiany dotyczą m.in. trybu finansowania (media jednego państwa otrzymują dotacje za pośrednictwem jednej organizacji wnioskującej z Polski) oraz jego okresu (dotacja przyznawana jest na 2 lata, a nie na rok, jak poprzednio). Nadal jest nad czym pracować, ale nowy model pozwoli prasie na pewną stabilizację finansową i możliwości planowania, a więc także rozwój.

7. Uruchomienie nowego portalu „Kuriera Wileńskiego”

Nowa odsłona internetowego wydania „Kuriera” http://kurierwilenski.lt była długo oczekiwanym dzieckiem — sześć lat funkcjonowania poprzedniej wersji to cała epoka. Nowa strona wciąż jest rozwijana i dopracowywana, borykamy się z notorycznymi atakami cybernetycznymi, ale najważniejszy krok został dokonany i docenili to też czytelnicy, których liczba w ostatni kwartale roku wzrosła.

8. Powołanie Departamentu ds. Mniejszości Narodowych

Temat tak naprawdę zastępczy, bo nowy departament ma mieć 15 etatów i 200 tyś. litów budżetu (czyli w zasadzie budżet ma wystarczyć na utrzymanie tych 15 etatów i niewiele więcej). Zanim został zlikwidowany przez rząd Andriusa Kubiliusa, poprzedni departament zajmował się wspieraniem mniejszości w ten sposób, że jedną piątą budżetu wydawał na zakup litewskich czytanek do polskich przedszkoli, a resztę na litewskie rządowe szkoły w rejonie solecznickim. Ale za to dobrze to wyglądało międzynarodowo, że się państwo troszczy o mniejszości.
Ten punkt się znalazł w rankingu ze względu na swoją symptomatyczność — pokazuje bowiem, że litewska klasa polityczna zamiast realnie rozwiązywać istniejące problemy, woli udawać ich rozwiązywanie poprzez tworzenie urzędniczych etatów dla kolejnych szwagrów. W ten sposób rosnąca biurokracja będzie bohatersko radzić sobie z problemami tworzonymi przez rosnącą biurokrację.

9. Wydanie płyty „Muzyczne Rodowody: Litwa

Bo bardzo ważne jest uświadomienie nam samym, co mamy, i że nie jesteśmy gorsi. Pod względem muzycznym to był wyśmienity rok, gdyż zaistniało bądź rozwinęło się mnóstwo projektów, które, poza niewątpliwymi talentami zaangażowanych osób, pokazały jedno — śpiewanie po polsku jest cool.


 

Ważnych wydarzeń było z pewnością o wiele więcej, celowo jednak wolałem skupić się na takich, które często są pomijane czy bagatelizowane, albo przykrywane tematami zastępczymi.

Inne spojrzenie na spotkanie z Antanasem Valionisem w Polskim Klubie Dyskusyjnym

W czwartek 2 października w auli Litewskiej Katolickiej Akademii Nauk odbyło się spotkanie z bylym ministrem spraw zagranicznych Litwy, ambasadorem do specjalnych poruczeń. Dość szumnie nagłaśniane, szeroko opisywane, przez anonimowych organizatorów zapowiadane jako „początek dyskusji polsko-polskiej”, której nasza społeczność potrzebuje, a dotyczyć miała „perspektyw stosunków polsko-litewskich po zmianie rządu w Polsce”. Sęk w tym, że ani się dyskusja nie odbyła, ani nie dotyczyła tych perspektyw.

Być może to moje subiektywne odczucie, ale Antanas Valionis jeszcze przed spotkaniem sprawiał wrażenie czymś mocno poirytowanego, jakby wcale nie chciał brać w nim udziału. Po zapowiedzeniu przez Mariusza Antonowicza, prezesa Klubu (i jedynego jego członka, znanego z nazwiska), Valionis dokonał dość długiego, trwającego ok. 45 minut wstępu, dotyczącego historii relacji na linii Warszawa-Wilno po roku 1988, a także jego pracy jako szefa MSZ Litwy, po czym odpowiadał na pytania. Cytowałem jego co barwniejsze wypowiedzi na Twitterze, więc w sumie nie będe się powtarzał, ale zapadło mi kilka dość istotnych momentów, w których minister podawał informacje niezgodne z rzeczywistością — mógł albo nie być do tego spotkania przygotowany, albo kłamać. Jednym z takich momentów było komentowanie kwestii nazwisk, o której mówił, jakby już była załatwiona dzięki ostatniemu orzeczeniu Litewskiej Komisji Języka Państwowego. Problem w tym, że orzeczenie załatwia sprawę jedynie dla obywatelek Litwy, wychodzących za obcokrajowców — natomiast Polacy na Litwie nadal muszą mieć nazwiska pisane w formie urzędniczo zlitewszczonej. Drugi taki moment miał miejsce, kiedy Antanas Valionis opowiadał o międzynarodowych zobowiązaniach (z których, jak przyznał, Litwa się nie wywiązuje) Litwy do przestrzegania praw mniejszości narodowych — i wspomniał, że za jego kadencji jako ministra spraw zagranicznych podpisane zostały Konwencja ramowa Rady Europy o ochronie mniejszości narodowych oraz Europejska karta języków regionalnych lub mniejszościowych. I tu znów pojawia się zgrzyt, bo Litwa nie podpisała karty języków regionalnych.

Po wstępie Valionis odpowiadał na pytania, ale robił to dość wybiórczo. Część (jak o to, dlaczego 8 kwietnia socjaldemokraci, do których należy, głosowali przeciw ustawie o pisowni nazwisk czy moje dotyczące samorządności na Litwie) zupełnie zignorował, na część innych odpowiadał wymijająco. Zupełnie odpłynął z tekstem, że „Akcja Wyborcza Polaków na Litwie potrzebuje konfliktu polsko-litewskiego, bo w przeciwnym razie nie będzie dostawała pieniędzy z Polski na remont cieknących dachów w polskich szkołach”, zaś moja uwaga, że cieknące dachy trzeba remontować niezależnie od polityki, została także zignorowana.

Pytania z widowni były różne, ale w zasadzie dość schematyczne. Żadne w sumie nie dotyczyło kwestii zmiany rządu w Polsce, chociaż tego miała przecież dotyczyć dyskusja. Co mnie dość niemile zaskoczyło, to fakt, że co drugi pytający przed zadaniem pytania wygłaszał formułkę „mnie nie obchodzą kwestie nazwisk oraz dwujęzycznych napisów”, po czym pytanie dotyczyło, na przykład, wspólnego podręcznika polsko-litewskiego.

Ze spotkania (dyskusją tego nazwać nie mogę) wyszedłem skonfundowany. Bo niby Antanas Valionis opowiadał ciekawe miejscami rzeczy, rzucił kilka anegdot, ale w zasadzie w ciągu tych dwóch godzin nie powiedziano zupełnie nic nowego — i to nawet nie zaskoczyło. Jakby zawczasu było wiadomo, kto i co ma powiedzieć, i powiedział — i nawet wśród zebranych na sali 26 osób nie widziałem żadnych emocji. Następne spotkania, które mają być z byłym premierem Gediminasem Kirkilasem oraz byłym ministrem spraw zagranicznych Vygaudasem Ušackasem, też raczej nie wróżą niespodzianek. Politycy z dalszego planu sceny politycznej zadeklarują swoje sympatie do Polaków, poparcie dla ich postulatów i westchną, że rozwiązaniu tych problemów przeszkadza jedynie AWPL i jej polskie szkoły, których dachy pociekną jak tylko Polakom się pozwoli na oryginalny zapis nazwisk.

I można się będzie dalej zastanawiać, jak to jest, że każdy litewski polityk deklaruje poparcie dla polskich postulatów, a później głosuje przeciw nim, albo jest akurat nieobecny na posiedzeniu.


Antanas Valionis, Fot. Marian Paluszkiewicz, „Kurier Wileński”

Antanas Valionis
Fot. Marian Paluszkiewicz, „Kurier Wileński”

Antanas Valionis — ur. 21 września 1950 r. w Zabieliszkach pod Kiejdanami.
W 1974 r. ukończył Kowieński Instytut Politechniczny ze stopniem inżyniera mechanika.
Od roku 1980 etatowy pracownik Komunistycznej Partii Litwy.
W latach 1990-1994 doktoryzował się na Uniwersytecie Warszawskim, na wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych.
W latach 1994-2000 ambasador Litwy w Polsce.
W latach 2000-2006 minister spraw zagranicznych Litwy.
W latach 2004-2008 poseł do Seimasu RL.
W latach 2008-2011 ambasador RL na Łotwie, podał się do dymisji po wypowiedzi w prasie na temat prezydenta Łotwy Valdisa Zatlersa, która wywołała skandal.
Pracuje w MSZ Litwy jako ambasador do zadań specjalnych.
Oficer rezerwy KGB w stopniu kapitana.


Co barwniejsze wypowiedzi Antanasa Valionisa, cytowane przeze mnie na Twitterze, a także moje komentarze twitterowe i blogowe:

Co też obala twierdzenia części litewskich publicystów i polityków, twierdzących, że skoro prawo unijne jest już „częścią prawodawstwa litewskiego”, to nie potrzeba osobnej ustawy o ochronie praw mniejszości narodowych.

To akurat zła wiadomość. Departament ds. Mniejszości Narodowych i Wychodźstwa już funkcjonował. Zajmował się przede wszystkim wychodźstwem, oraz finansowaniem litewskich szkół w rejonie solecznickim. Dbałość o kulturę mniejszości narodowych przejawiało się w kupowaniu litewskich czytanek do polskich przedszkoli oraz litewskich strojów ludowych dla polskich zespołów.

Później minister się poprawił, że chodziło o początki kariery Niewierowicza, kiedy od razu po studiach Valionis wysłał go na płatny staż do ambasady Litwy w Waszyngtonie.

Polacy „priorytetem” dla Litwy? To powód do niepokoju, a nie optymizmu

Mimo deklaracji życzliwości wobec Polaków, za dwujęzyczne napisy grozą kolejne, jeszcze wyższe kary<br/>Fot. Marian Paluszkiewicz

Mimo deklaracji życzliwości wobec Polaków, za dwujęzyczne napisy grozą kolejne, jeszcze wyższe kary
Fot. Marian Paluszkiewicz

Kiedy na Litwie się ogłasza, że rozwiązanie kwestii polskiej jest rzeczą priorytetową dla rządzących, zawsze jest to powodem do niepokoju. Poprzednio w ramach dbałości państwa o Polaków na Wileńszczyźnie działały różne komisje ds. Litwy Wschodniej, które zajmowały się, między innymi, szkalowaniem Armii Krajowej. W ramach programów inwestycji w rozwój regionu budowano rządowe litewskie szkoły, robiące polskim dzieciom pranie mózgów i zatrudniające rozniecających nienawiść pedagogów. Teraz zaś podpisano międzypartyjne porozumienie, dotyczące bezpieczeństwa państwowego — a w nim, obok zwiększenia nakładów na obronność, zapowiedziano także jak najszybsze przyjęcie Ustawy o Mniejszościach Narodowych.

Założenie to z całą pewnością mogłoby cieszyć, gdyby nie realia, w których przyszło nam żyć. Projekt ustawy, która byłaby zgodna i z Konwencją Ramową Rady Europy o Ochronie Mniejszości Narodowych, i z traktatem polsko-litewskim z 1994 (jedyny zarzut można mieć co do niewspółmiernie wysokiego minimalnego odsetka mieszkańców miejscowości — wynoszącego 25% — powyżej którego możliwe byłoby używanie dwujęzycznych napisów czy polskiego języka urzędowego), od roku już tuła się po ministerstwach i gabinetach rządowych, a teraz został przekazany do kolejnych poprawek.

I te właśnie poprawki mogą powodować niepokój. Otóż bowiem powołano rządową grupę roboczą, którą kieruje wicedyrektor Kancelarii Premiera, socjaldemokrata Remigijus Motuzas. W rozmowie z portalem „15min” zapowiedział, że jego grupa będzie próbowała usunąć z ustawy uprawomocnienie dwujęzycznych napisów oraz języka mniejszości w roli urzędowego, ponieważ, jak ujął — „dotyczy to bardziej tylko jednej wspólnoty narodowej”. W ten sposób „poprawiona” ustawa w żaden sposób nie rozwiązuje żadnego problemu polskiej społeczności. 

* * *

Inną drogą zaś idzie Związek Ojczyzny, czyli potocznie litewscy konserwatyści (oficjalna nazwa to „Związek Ojczyzny: Litewscy Chrześcijańscy Demokraci”, dalej ZO), który zgłosił własny projekt o nazwie „Ustawa o Ochronie Praw i Swobód Osób Należących do Mniejszości i Wspólnot Narodowych Republiki Litewskiej”, który nie tylko wprowadza chaos prawny, mieszając pojęcia mniejszości, wspólnot narodowych i nie rozróżniając między autochtonami a imigrantami, ale też aktywnie jeszcze bardziej ograniczając zakres używania języków mniejszości narodowych nawet w porównaniu do sytuacji obecnej.

Ostatnio też Radio WNET przeprowadziło wywiad z Rokasem Žilinskasem, posłem do Seimasu i kandydatem do Parlamentu Europejskiego z ramienia ZO. Poza dominującym w wywiadzie wątkiem nietradycyjnej seksualności Žilinskasa, wspomniano też o kwestii polskiej. Poseł zapowiedział, że należy przede wszystkim rozmawiać (pewnie aż Polacy nie wymrą), a za ustawą, rozwiązującą ewentualne problemy Polaków zagłosowałby wyłącznie w „atmosferze pokoju i spokoju”. Trudno wnioskować, czy zamierza w ten sposób się wyłamać z dyscypliny głosowania nad projektem własnej partii, czy też po prostu naprędce coś zmyślił (podobnie jak to, że w Wilnie się krzyczy „Polska armia silna na ulicach Wilna” — może to się i rymuje, ale sensu nie ma, podobnie jak odzwierciedlenia w rzeczywistości).

Z drugiej zaś strony, pełniący funkcję namiestnika rządu na (zlikwidowany przecież kilka lat temu) Okręg Wileński członek ZO i Związku Strzelców Litwy Audrius Skaistys, kontynuuje swoją krucjatę przeciw polskim napisom. Po olbrzymiej karze o wysokości 43 400 litów, nałożonej na dyrektora administracji samorządu Rejonu Solecznickiego Bolesława Daszkiewicza, obecnie wnioskuje się o dwukrotnie wyższą karę dla dyrektor administracji samorządu Rejonu Wileńskiego, Lucyny Kotłowskiej.

Niewykluczone więc, że w ramach przewidywanego przeze mnie scenariusza pacyfikacji polskiej mniejszości, strona litewska będzie próbowała przepchnąć nie rozwiązującą problemów Polaków Ustawę o Mniejszościach Narodowych, a ewentualne protesty zrzucić na karb „groźnego ekstremizmu”, który zagraża „strategicznemu partnerstwu”. Obym się mylił.

„Polscy nacjonaliści“ — co chce przez to powiedzieć litewska bezpieka

Litewska bezpieka nie po raz pierwszy podejmuje agresywne kroki w stosunku do Polaków

Litewska bezpieka nie po raz pierwszy podejmuje agresywne kroki w stosunku do Polaków. Fotomontaż mojego autorstwa.

W ubiegłym tygodniu opublikowany został raport Departamentu Bezpieczeństwa Państwowego Republiki Litewskiej (Valstybės Saugumo Departamentas, dalej będę używał skrótu VSD lub po prostu słów „bezpieka“ i „sauguma“), zatytułowany „Ocena zagrożeń dla bezpieczeństwa państwowego“, w którym po raz pierwszy wśród tych zagrożeń wymieniono tak otwarcie Polaków na Litwie. W rozdziale, zatytułowanym „Ekstremizm i terroryzm“ i zajmującym półtorej strony, czytamy:

„W ciągu paru ostatnich lat na Litwie Południowo-Wschodniej ostatecznie uformował się ruch skrajnych polskich nacjonalistów. W ocenie VSD, pierwotną przyczyną pojawienia się tego ruchu była dość silna izolacja socjalna i kulturalna społeczności polskiej na Litwie, ale podstawowy impuls dały aktywniejsza w ostatnich latach działalność i kontakty na Wileńszczyźnie prawicowych organizacji z Polski. W ocenie VSD, wspomniany twór nie stanowi zagrożenia dla integralności terytorialnej Litwy, ale jego działalność i osobne incydenty mogą nasilać napięcie etniczne na Litwie Południowo-Wschodniej, powodować negatywne nastawienie społeczeństwa państwa w stosunku do polskiej społeczności na Litwie.“

Co zatem ten akapit oznacza i jakie ma to implikacje dla nas, Polaków na Litwie?

Przede wszystkim, między bajki należy włożyć teksty o „powstaniu“ czy „ostatecznym ukształtowaniu się“ jakiegoś „ruchu skrajnych polskich nacjonalistów“. Społeczność polska ani żadna z jej organizacji nie wystąpiła z jakimiś nowymi postulatami czy działaniami, nie zostały też zarejestrowane żadne nowe organizacje, które by takie hasła głosiły — a histeryczne krzyki pewnych środowisk o „nielegalnej filii ONR w Wilnie“ należy uznać za polityczne delirium. Co zatem się stało, że bezpieka pisze o problemie „skrajnego polskiego nacjonalizmu“? Otóż, w październiku 2012 roku Akcja Wyborcza Polaków na Litwie przekroczyła — po raz pierwszy w historii — pięcioprocentowy próg wyborczy i weszła do koalicji rządzącej. Jest siłą polityczną, na którą głosuje 60% uprawnionych do udziału w wyborach Polaków, z którą trzeba się liczyć — a AWPL od zawsze jest atakowana jako „polscy szowiniści“, a postulaty polskiej pisowni nazwisk czy nawet sam fakt istnienia polskich szkół określa się nierzadko jako „antypaństwowe“ czy „nacjonalistyczne“, więc VSD tylko dołącza do tej fali oszczerstw.

Bardzo dużo mówią też powody rzekomego powstania opisywanego „ruchu“, podane przez saugumę — które sugerują także, jakie środki należy przedsięwziąć, by je zlikwidować. O „zacofaniu“ czy „izolacji“ Wileńszczyzny zawsze się mówi, kiedy ma na celu wprowadzenie rozwiązań, uderzających w Polaków. „Integrowanie“ Polaków do społeczeństwa było głównym argumentem antypolskiej reformy oświatowej, poważnie ograniczającej zakres używania języka polskiego w szkołach na Wileńszczyźnie. „Zmniejszenie izolacji“ było głównym celem tzw. programu rozwoju Litwy Południowo-Wschodniej, w ramach którego budowano rządowe litewskie szkoły, zwane przez niektórych inkubatorami lituanizacji. Ostatecznie, „rezerwatem“ Wileńszczyznę nazywał ostatnio socjaldemokrata, sygantariusz Aktu Odrodzenia Niepodległości Litwy Aloyzas Sakalas, nawołując do pozbawienia Polaków politycznej reprezentacji.
To zaś, że bezpieka zignorowała rzeczywiste powody ewentualnej radykalizacji, jakimi jest marginalizowanie Polaków przez państwo litewskie, tzw. „pełzająca dyskryminacja“, łamanie praw mniejszości narodowych oraz obrażanie i poniżanie Polaków przy każdej okazji przez polityków litewskich — sugerować może, że działania takie nie spotykają się z potępieniem, a może nawet cieszą się wsparciem lub są nawet inspirowane przez VSD.

Dlaczego wzmianka o Polakach pojawiła się w raporcie bezpieki właśnie teraz, skoro nie pojawiły się żadne okoliczności wewnętrzne ani zmiany struktury społeczności polskiej, które by usprawiedliwiały tego rodzaju opinie VSD? Ze względu na sytuację na Ukrainie.

Nie jest szczególną tajemnicą, że Litwa de facto rządzona jest przez obecnych i byłych depeków (od Departamentu Bezpieczeństwa), nierzadko pracujących w bezpiece jeszcze od czasów komuny — oraz zaprzyjaźnionych z nimi oligarchów, polityków (ze wszystkich opcji), urzędników i organizacji. Nie jest także wielką tajemnicą bliskość służb litewskich oraz rosyjskich. Dlatego tzw. „kryzys ukraiński“ sauguma chce wykorzystać, by podjąć kolejne kroki na drodze do likwidacji polskiej społeczności, która niechętnie poddaje się kontroli służb i do tego ma wsparcie z Macierzy. A wydarzenia na Ukrainie i rosyjska agresja na Krym są właśnie doskonałą okazją, by ponownie wobec Polaków zastosować scenariusz z początku lat dziewięćdziesiątych — oskarżyć o działalność antypaństwową i spacyfikować, najlepiej przy wsparciu polityków z Polski, którzy wówczas gotowi byli Polaków na Litwie „złożyć na ołtarzu dobrych relacji Sąjūdisu i Solidarności“, a dziś — w opinii VSD — mogliby to powtórzyć w imię jedności krajów UE w obliczu kremlowskiej ofensywy. Wówczas zostaliśmy pozbawieni reprezentacji politycznej w samorządach, a władze komisaryczne rozkradały polską ziemię i pacyfikowały mieszkańców podwileńskich wiosek. Co zgotują nam tym razem? Lepiej, żebyśmy nie musieli się przekonywać. Ale nasilona inwigilacja polskiej społeczności i działania tych służb w nas wymierzone są już faktem.

Aloyzas Sakalas — kolejny profesor, który stracił okazję, by pomilczeć

Aloyzas Sakalas Fot. 15min.lt

Aloyzas Sakalas Fot. 15min.lt

Są tematy, w których litewska lewica, prawica i centrum mówią jednym głosem. Najważniejszym takim tematem jest tzw. „kwestia polska”, do której ostatecznego rozwiązania nawołują działacze z każdego kąta litewskiej sceny politycznej. Zadziwiająco zgodni bywają także co do proponowanych środków — zamykanie bądź lituanizowanie polskich szkół, wyjaśnianie Polakom, że nie istnieją, delegalizację polskich organizacji czy stosowne zmiany konstytucji, by przekonać Polaków, że nie istnieją (o dziwo, jeśli chodzi o dotrzymywanie międzynarodowych zobowiązań, także tych wobec Polaków — konstytucja okazuje się być niemożliwa do zmienienia).

Poprzednio pisałem o liście, wystosowanym przez postkomunistycznych działaczy, skupionych obecnie przy prawicowym Związku Ojczyzny Vytautasa Landsbergisa. Taki stan rzeczy musiał jednak ubóść postkomunistycznych uczonych skupionych przy postkomunistycznej Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej. Najpierw głos zabrał poseł z ramienia LPS, prof. Benediktas Juodka (biochemik, w latach 1992-2003 prezes Litewskiej Akademii Nauk, a 2002-2012 — rektor „Uniwersytetu Wileńskiego), który powiedział w jednym z wywiadów, że nie widzi, by na Litwie nie-Litwini mieli jakiekolwiek problemy, a Polacy żyją w ogóle w „warunkach cieplarnianych”. Benediktas Juodka nie jest tak sobie posłem — przewodniczy parlamentarnemu komitetowi spraw zagranicznych, należy także do komitetu spraw europejskich oraz jest wiceprezesem międzyparlamentarnej delegacji polsko-litewsko-ukraińskiej.

O ile jednak w przypadku Juodki można raczej mówić o niekompetencji i braku rozeznania w temacie, na który się wypowiada, o tyle aktywną nienawiścią wykazał się inny profesor socjaldemokrata, Aloyzas Sakalas (fizyk półprzewodników, sygnatariusz Aktu Przywrócenia Państwa Litewskiego 11 marca 1990 roku, prezes LPS w latach 1991-1999, europoseł kadencji 2004-2009). W artykule, zatytułowanym „Zaproszenie Akcji Wyborczej Polaków na Litwie do koalicji rządzącej — błąd polityczny”, porównuje polską Wileńszczyznę do rezerwatu Indian, zarzuca Polakom nieprzestrzeganie prawa, separatyzm, śpiewanie „Mazurka Dąbrowskiego” i — co, zapewne w jego opinii, najstraszniejsze — brak szacunku do władzy. Otóż jak przyłapią na kłamstwie prezydent Dalię Grybauskaitė, to mówią, że kłamie. A że prezydencie się zdarza ostatnio kłamać — cóż…

Sakalas, który jest zawodowym politykiem, a nawet założycielem Narodowego Centrum Ochrony Praw Człowieka, pominął jednak kilka rzeczy. Mniejsza nawet o pamięć, ta z wiekiem może szwankować — pamiętam, jak w latach dziewięćdziesiątych w tym moim polskim rezerwacie wisiały plakaty wyborcze, reklamujące kandydaturę tego pana, więc można wnioskować, że nie zawsze Polakami — a szczególnie ich głosami — gardził. Nie zwalczał też polskich postulatów, kiedy w roku 1994 rząd Litwy, trzon którego tworzyła kierowana przez niego wówczas LPS, podpisał Traktat z Polską, do którego nieprzestrzegania dziś Sakalas nawołuje.

Jednak Aloyzas Sakalas, ten bojownik o prawa (właściwej narodowości) człowieka, ten zwolennik równości (wobec bardziej równych) i orędownik przestrzegania prawa (wybranych fragmentów), zapomniał o rzeczy najważniejszej.

Otóż, w indiańskich rezerwatach w USA rządzą sami zainteresowani, a nie namiestnik, wyznaczany przez rząd (a na Wileńszczyźnie jest nim obecnie Audrius Skaistys, szaulis i członek Związku Ojczyzny). W rezerwatach nikt się Indianom nie każe nazywać inaczej, niż sami to sobie postanowią, nie wmawia im, że angielski jest ich językiem ojczystym, a sami są „wynarodowionymi Amerykanami”. Jeśli ktoś kłamie, to Indianin ma prawo go nazwać kłamcą. I przede wszystkim — Indianie są chronieni, a za takie teksty o nich, jaki popełnił w stosunku do Polaków, Sakalas miałby proces o rasizm.

Ale to przecież Litwa, a nie Ameryka.

Ale za to mamy swoją indiańską piosenkę 🙂

Kto podpisał list wymierzony w Polaków?

Aleksandras Lileikis — dla części sygnatariuszy ten nazistowski zbrodniarz jest bohaterem<br/>Fot. Departament Sprawiedliwości USA

Aleksandras Lileikis — dla części sygnatariuszy ten nazistowski zbrodniarz jest bohaterem
Fot. Departament Sprawiedliwości USA

Od kilku dni we wszystkich ukazujących się na Litwie mediach (a także niektórych w RP) można natrafić na informacje o liście otwartym, wystosowanym do władz litewskich przez „naukowców i artystów”, w którym się żąda wyrzucenia Akcji Wyborczej Polaków na Litwie z koalicji rządzącej i Seimasu w ogóle, podważa prawność jej wyniku w wyborach parlamentarnych w październiku 2012 roku i — tradycyjnie już — odrzucenia jakichkolwiek postulatów polskiej społeczności, dotyczących używania języka ojczystego.

I chociaż lista sygnatariuszy listu nie jest żadną tajemnicą, to jednak część mediów całkowicie pominęła wymienienie choćby kilku z nich. A jest to lista doprawdy interesująca, a przy okazji rzucająca światło na to, kto pisaniem takich listów się zajmuje:

Jonas Gediminas Punys, Vidas Morkūnas, Daiva Tamošaitytė, Regimantas Tamošaitis, Vytautas Radžvilas, Jonas Užurka, Linas Virginijus Medelis, Vytautas Paulaitis, Stasys Babonas, Jonas Jasaitis, Leonas Milčius, Rasa Jatkevičienė, Dovile Rožėnienė, Zigmas Zinkevičius, Kęstutis Dubnikas, Erika Drungytė, Vytautas Daujotis, Edvardas Čiuldė, Petras Naraškevičius, Arūnas Bingelis, Jonas Mickevičius, Romas Pakalnis, Vytautas Miliukas, Eglė Kazlauskienė, Antanas Tyla, Romualdas Grigas, Eugenijus Jovaiša, Bronislovas Kuzmickas, Kazys Saja, Kazimieras Garšva, Arvydas Janulaitis, Romualdas Ozolas, Bronislovas Genzelis, Paulius Stonis, Alvydas Butkus, Romas Batūra, Stasys Malkevičius, Algirdas Patackas, Algirdas Degutis, Algirdas Endriukaitis, Nijolė Sadūnaitė, Julius Šalkauskas, Irena Vasinauskaitė, Alfonsas Svarinskas, Jonas Vilimas, Viktoras Gerulaitis, Mindaugas Kubilius, Romas Gudaitis, Bronius Leonavičius, Jonas Mikelinskas, Arvydas Juozaitis, Klemas Inta, Stasys Kašauskas, Vidmantas Povilionis, Juozas Algimantas Krikštopaitis, Vytautas Sinica, Aušra Jurevičiūtė, Danas Kaukėnas, Vytenis Rimkus, Rimantas Gorys, Vaclovas Bagdonavičius, Živilė Makauskienė, Antanas Buračas

W towarzystwie tym mamy 9 sygnatariuszy Aktu Przywrócenia Państwa Litewskiego 11 marca 1990 roku (Milčius, Kuzmickas, Saja, Ozolas, Genzelis, Malkevičius, Patackas, Endriukaitis, Povilionis), 6 akademików, czyli członków rzeczywistych Litewskiej Akademii Nauk (Zinkevičius, Tyla, Grigas, Jovaiša, Janulaitis, Buračas), do tego iluś tam profesorów (m.in. prof. Radžvilas), doktorów (m.in. doc. Kęstutis Dubnikas, prorektor Uniwersytetu Wileńskiego, także Garšva, Batūra etc), artystów etc. Nieco dziwi sygnatura działaczki Litwinów w Polsce Živilė Makauskienė, będącej też korespondentką pisma „Aušra”. Wszyscy zachodzą w głowę, w jaki sposób pod listem znalazł się podpis Nijolė Sadūnaitė, opozycjonistki z czasów jeszcze sowieckich, która uchodzi za osobę głęboko wierzącą i uczciwą. Zdziwienia nie budzi zaś widok podpisu Vytautasa Sinicy, asystenta jednej z posłanek lasndsbergistowskiego „Związku Ojczyzny” i jednego z aktywniejszych młodzieżowych działaczy tej partii.

Każdy z wymienionych ma bardzo bogatą biografię, ale przy niektórych warto się zatrzymać na dłużej. Nie jest żadną tajemnicą, że Romualdas Ozolas był wieloletnim i wysoko postawionym działaczem Partii Komunistycznej, a barwy polityczne (i narodowość!) zmienił dopiero w czasie rozpadu Związku Sowieckiego, za jego czasów jeszcze zdążywszy założyć… Towarzystwo „Vilnija” w 1988 roku. Podobnie inni vilnijowcy z tego grona — Zinkevičius, Tyla, Garšva (obecny „Vilniji” prezes) — kariery robili za czasów sowieckich, część z nich — na moskiewskich uczelniach.

Jednak dawna przynależność partyjna zupełnie nie przeszkadzała tym panom w roku 2000 gloryfikować nazistowskiego zbrodniarza Aleksandrasa Lileikisa i także w listach otwartych bronić go przed procesem sądowym o zbrodnie wojenne. Co ciekawe, jako argument wskazywano, m.in. jego zasługi w walce z komunizmem. W obronę Lileikisa spośród powyższych sygnatariuszy zaangażowane były indywidua następujące: Zinkevičius, Ozolas, Grigas, Tyla i Bagdonavičius. Do petycji jako organizacje dołączyły nie tylko Unia Centrum Litwy Ozolasa, ale także Narodowo-Demokratyczna Partia Litwy (neonaziści) i właśnie „Vilnija”.

Rozwodzić się nad biografią każdego z sygnatariuszy listu można by długo, ale zostawię to historykom i śledczym. Nie mniej ciekawym od ich biografii zagadnieniem jest także pytanie — dlaczego część mediów w ogóle nie wymieniła żadnego z nich?

Myślę, że powody mogą być dwojakie. Z jednej strony — z chęci pokazania, szczególnie w Polsce, że istnieje rzeczywisty, masowy sprzeciw świata nauki i sztuki wobec polskich postulatom i — przede wszystkim, bo wybory się zbliżają — Akcji Wyborczej Polaków na Litwie. Regularnie bowiem próbuje się wmówić, zarazem Polakom jak i Litwinom, że w sumie to wszystko jest przecież w porządku, żadnych nazwisk i tabliczek nikt nie potrzebuje, a „partnerskie” relacje psuje jedynie AWPL i Waldemar Tomaszewski — i regularnie próbuje się partię wraz z jej przywódcą usunąć bądź zmarginalizować (a wyjście AWPL z koalicji oznaczałoby właśnie marginalizację), chociaż sami ich oponenci twierdzą, że najskuteczniejszym sposobem na likwidację Akcji byłoby spełnienie jej postulatów. Tylko dlaczego nikt nie próbuje?

A drugim powodem przemilczania sygnatariuszy, moim zdaniem, może być wstyd Litwinów za takie „elity”. Nie powiem, że niesłuszny.

Polityka, emocje i Waldemar Tomaszewski

Emocje w polityce są złym doradcą

Emocje w polityce są złym doradcą

Po głośnym wyjściu z przemówienia Vytautasa Landsbergisa 13 stycznia posłów Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, nie cichną dyskusje na temat przyszłości polskich postulatów, Polaków w koalicji, polityki walki o polskość na Litwie czy relacji polsko-litewskich w ogóle. Kampania przedwyborcza do Parlamentu Europejskiego rozpoczęła się na dobre, co widać choćby po promowaniu w mediach (nawet prowadzonym przez uważanego za liberała Rimvydasa Valatkę portalu 15min) internetowej inicjatywy z hasłem „postarajmy się, by w następnych wyborach [Waldemar Tomaszewski] nie dostał się do Europarlamentu”. Wrą emocje.

Dlatego śmieszne są trochę zarzuty o to, że owo wyjście posłów z sali parlamentarnej było podyktowane emocjami (myślę, że nie było, a emocje samych posłów grały rolę drugorzędną), a zarazem wymienianie przez tych samych komentatorów tego, że „Litwini nas nie lubią” jako skutku protestu polskich posłów. Bo czym argument o sympatii jest, niż właśnie odwoływaniem się do emocji czytelnika? Czytaj dalej

Getto, do którego się pchamy

Ponad już miesiąc temu wykazałem, że mówienie o rzekomym polskim „etnicznym getcie” jest po prostu stosowaniem wygodnego szablonu myślowego, pozwalającego nadać negatywne konotacje wszelkim ideom lub osobom, które używającym tego słowa-klucza się nie podobają.

Czy jednak fakt, iż nie mamy polskiego getta, oznacza, że nie ma żadnego? Otóż nie. Getto etniczne na Litwie istnieje i się barykaduje w najlepsze. Etniczne getto litewskie.

Zanim mnie, drogi Czytelniku, zapytasz, jak to jest możliwe, że naród tytularny jakiegoś państwa w tymże państwie tworzy własne etniczne getto, chociaż stanowi znakomitą większość populacji — po prostu przyjmij na moment założenie, że tak się dzieje. Wszak kraina to wyjątkiem i absurdem płynąca.

Otóż Polacy na Litwie chcą za wszelką cenę akceptacji litewskiego getta, wpuszczenia w jego zaułki i bycia skrojonymi w jego bramach z portfeli i godności. To parcie godne lepszej sprawy jest też parciem masochistycznym w sposób tak oczywisty, że stado nasze tym aktywniej w nim bierze udział, im bardziej widać, że ani jesteśmy temu gettu potrzebni, ani że — tak naprawdę — nie ma w nim niczego, po co warto tam być.

Tak zatem większość Polaków na Litwie podpisuje się na Facebooku i w mailach zlitewszczonymi wersjami swoich imion i nazwisk (są jeszcze tacy, którzy piszą się w ogóle cyrylicą, ale tę patologię zostawmy dla specjalistów), część swoje profile w sieciach społecznościowych prowadzi w języku litewskim (mniejsza tam o to, że 90% znajomych to Polacy i Rosjanie, a ustawienia prywatności nie pozwalają na oglądanie profilu nieznajomym — ale jakby jakiś Litwin się włamał na nasze konto, to niech wie, że Polacy nie gęsi i język państwowy znają!).

Tak oto i Polka, wychodząc za Polaka, przy zmianie nazwiska dodaje sobie końcówkę -ienė czy modną ostatnio -ė, chociaż nikt tego nie wymaga. Potomstwu ponadają imiona „neutralne” bądź litewskie. Po czym dzieci polskiego małżeństwa wędrują do litewskiego przedszkola i szkoły — „żeb w życiu łatwiej byłob”. Co prawda, takie małe z dziadkami już się nie dogada, ale niech z życia odchodzą w pokoju — ofiara spełniona. Niektóre dziewczęta idą przed ciosem i jeszcze przed zamążpójściem zmieniają sobie nazwisko panieńskie.

We włazidupstwie prześcigamy się też w innych kwestiach. Polacy (Rosjanie też, ale na to niech ich właśni rodacy narzekają) służą i w wojsku litewskim, i w tolerujących skrajnie szowinistyczne postawy Ochotniczych Siłach Ochrony Kraju (z których wywodzi się m.in. Wioleta Iljinych [więcej w KW z dnia 3 maja 2008 r.] i rzesza patriotycznej młodzieży, maszerującej 11 marca z hasłami „Litwa dla Litwinów”, a w wolnym czasie napadających kupą na kibiców „Polonii” Wilno), dają się wciągać w działalność Związku Strzeleckiego (szaulisów) i nawet później propagują tę działalność w polskich szkołach. Niektórzy też dołączają do litewskich skinów w ich walce z wrogami ojczyzny, czyli Polakami.

Osobną kwestią są aspiracje showbiznesowe. W dziedzinie kultury Polacy radzą sobie nie gorzej, niż statystyka by nakazywała — Gabriela Vasiliauskaitė i Katarzyna Niemyćko z powodzeniem biorą udział w telewizyjnych konkursach, Polacy niemal co roku starają się o reprezentowanie Litwy na Eurowizji i Ewelinie Saszenko to się nawet udało. Widać też jednak, że często droga do gwiazd wiedzie nie tylko przez trudy, ale też upokorzenia. W telewizji niejednokrotnie widać „wyjątkowe” traktowanie naszych rodaków i rodaczek — a to jakieś podsrywajki zamaskowane jako „żart”, a to uporczywe udawanie, że się nie wie, jak wymówić nazwisko — przykłady można mnożyć.

Próby takie i inne (działalność Polaków w litewskich organizacjach społecznych i partiach politycznych, różne smarkacze podlizujące się Litwinom na FB i w komentarzach etc. etc.) zostania zaakceptowanym przez litewskie getto podejmowane są bez mała od dwudziestu lat. Niezmiennie jednak spływają na niczym, czego próbujący niezmiennie nie dostrzegają.

Mimo podpisania Aktu 11 Marca przez trzech Polaków, wypomina się nam w kółko tych, którzy go nie podpisali, wykorzystując to jako argument za rzekomą „nielojalnością” Polaków. Mimo aktywnego zaangażowania Polaków w działalność partii politycznych, żadna z nich żadnego z polskich problemów nie rozwiązała — a w ciągu dwóch dziesięcioleci tylko je napiętrzyły. Mimo podlizywania się i często demonstratywnego wyrzekania się własnej tożsamości, nikt takich osobników za Litwinów nie uznał ani nie zaczął lubić — dla swoich to zdrajcy, a dla „nowych swoich” — też zdrajcy, którzy równie dobrze mogą zdradzić i ich, traktuje się więc ich jako mało pewnych.

Po dwóch dekadach przelizywania sobie drogi do litewskiego getta, nachalnego demonstrowania coraz bardziej groteskowej „lojalności”, przyjmowania postawy „nie drażnijmy braci Litwinów”, zaklinania się w prywatnych rozmowach „że to tylko Tomaszewski taki niesympatyczny, a my kochamy Litwę i nie chcemy żadnych nazwisk i szkół” — jesteśmy społecznością materialnie i duchowo uboższą niż 20 lat temu, mniej liczną i nadal bez praw, na których zdaje się nam coraz mniej zależeć, nadal nie mniej pogardzaną, a litewskie media nadal za szczyt humoru uważają pokazanie głupiego, pijanego i brudnego Polaka z wąsem, mówiącego „Wilno naše!” w trakcie polskiej imprezy, prania skarpet, wyborów i siedzenia na kiblu też.

Skoro zatem nas w tym getcie nie chcą, a zyski z trafienia do niego są wysoce wątpliwe — to może nie tędy droga?

Dlaczego AWPL przeszła przez próg?

Zostały już ogłoszone ostateczne wyniki wyborów parlamentarnych w ordynacji wielomandatowej, które rozstrzygnęły losy 70 miejsc w Seimasie. Jak już wiemy, Akcja Wyborcza Polaków na Litwie po raz pierwszy w swej historii przekroczyła próg wyborczy i uzyskała 5,83 proc. ogółu głosów, zdobywając w ten sposób 5 mandatów poselskich.

Pojawiły się z tej okazji głosy twierdzące, że to wynik przekształcania AWPL w partię o profilu mniej regionalnym, a bardziej ogólnokrajowym, czy że sukces ten polskie ugrupowanie zawdzięcza odejściu od rzekomo „konfrontacyjnej“ i „nacjonalistycznej“ retoryki i zaskarbionym w ten sposób głosom wyborców litewskich. I o ile przekształcanie się Akcji w partię o szerszym zasięgu geograficznym i programowym staje się faktem, to o tyle z drugą tezą nie sposób się zgodzić.

Porównajmy zatem wyniki AWPL z ostatnich wyborów z wyborami parlamentarnymi z roku 2008:

2008: 59 237 głosów (4,79% całości) z ogółu 1 236 716 oddanych głosów.
2012: 79 825 głosów (5,83% całości) z ogółu 1 310 420 oddanych głosów.

Widać zatem, że w tegorocznych wyborach Akcja zdobyła o 20588 głosów więcej, niż w poprzednich. Jak jednak wygląda rozkład tych 20 tysięcy na okręgi wyborcze?

W większości okręgów zanotowano wzrost ilości głosów, oddanych na AWPL. Jeśli się zobaczy na średni wzrost o 290 głosów w każdym z okręgów, to rzeczywiście może się wydawać, że partia zdobyła sobie jednakową sympatię wszystkich. Jednak najczęściej jest to wzrost rzędu 7 głosów, a w połowie okręgów wzrost nie przekroczył 40 głosów.

Gdzie zatem AWPL zyskało? Wzrost powyżej średniej (czyli 290) odnotowano w 19 okręgach, w których łącznie partia zebrała o 18 918 głosów więcej, niż w poprzednich wyborach. Jest to zatem 92 proc. całego wzrostu. Wspomniane 19 okręgów wyborczych to Wilno, cztery okręgi Kłajpedy, oraz okręgi Jeziorossy-Wisaginia, Malaty-Święciany, Wilno-Soleczniki, Wilno-Troki oraz Troki-Elektreny. Kłajpeda oraz Jeziorossy-Wisaginia to okręgi ze znacznym odsetkiem ludności rosyjskojęzycznej, wśród której popularnością cieszy się Alians Rosjan (jego członkowie kandydowali z listy AWPL), pozostałe zaś to tereny z licznym odsetkiem Polaków.

Ponad połowa wzrostu miała miejsce w Wilnie, gdzie na AWPL głos oddało o 11 280 (55% całości wzrostu!) ludzi więcej, niż w cztery lata wcześniej. Jest to też o 60 proc. głosów więcej, niż oddano w Wilnie na AWPL w poprzednich wyborach do Seimasu.

 

Jak więc wynika z powyższych danych, źródeł sukcesu AWPL doszukiwać się należy w Wilnie. I zmiana ta wynika nie tyle ze zmian w retoryce Akcji, co została zafundowana jej przez partie litewskie. Wilno tradycyjnie głosowało chętniej na partie litewskie, niż polską. Jednak przyjęcie ocenianych jako jednoznacznie krzywdzące mniejszości narodowe poprawek do Ustawy o Oświacie przez parlamentarzystów z praktycznie wszystkich sił w parlamencie wielu wyborców odepchnęło od poprzednio wybieranych partii. Zaufania do nich nie odbudowało też liczne wciąganie Polaków na ich listy wyborcze, przez wyborców potraktowane jako tani chwyt na przyciągnięcie ich głosów.

Po części na wynik przełożył się też sukces Akcji w wyborach samorządowych (zawdzięczany ogólnie niskiej frekwencji) i wejście do koalicji rządzącej w Wilnie, oraz modernizacja programu i wizerunku samej partii, co uczyniło ją atrakcyjniejszą dla wyborców z miasta. Z pewnością to nie stwierdzenie Waldemara Tomaszewskiego, że „Jesteśmy u siebie w Wilnie“ (ono właśnie okrzyknięte zostało mianem „retoryki nacjonalizmu i konfrontacji“) ich wcześniej zniechęcało.