Rok 2014. Najważniejsze wydarzenia na Wileńszczyźnie

Końcówka roku zawsze jest okazją do pewnych podsumowań. Tak też chciałbym podsumować ten rok dla Wileńszczyzny. Od razu zapowiadam, że nie będę się silił na „dosiągnięcie” ilości zdarzeń do jakiejś okrągłej liczby, robił „Top-10” czy podobne rzeczy. Po prostu chcę wymienić rzeczy, które rzeczywiście stworzyły nową jakość, będą owocowały w przyszłości, lub są szczególnie dla czegoś symptomatyczne.

1. Otwarcie studiów drugiego stopnia na Wydziale Ekonomiczno-Informatycznym w Wilnie Uniwersytetu w Białymstoku, czyli Filii UwB. 

Polska uczelnia wyższa w Wilnie była marzeniem polskiej inteligencji od czasów Pieriestrojki. Marzeniem niespełnionym, mimo życzliwości i wsparcia ze strony Rodaków z Macierzy. Wierzę, że Filia, działająca od 2006 roku, jest zalążkiem takiej właśnie uczelni. Na razie można na niej studiować ekonomię i informatykę, oferuje także studia podyplomomowe z ekonomii. Otwarcie studiów magisterskich z ekonomii jest ogromnym krokiem, wejściem uczelni na nowy poziom. Dziekan FIlii, profesor Jarosław Wołkonowski zapowiada, że w przyszłym roku uruchmione zostaną także studia licencjackie z europeistyki.
Posiadanie własnej uczelni to nie tylko możliwość studiowania w języku ojczystym na miejscu, w Wilnie, ale przede wszystkim społeczność akademicka, funkcjonująca w polskim środowisku i to środowisko wzbogacająca.
Uniwersytet w Białymstoku powstał w roku 1968 jako filia Uniwersytetu Warszawskiego. Samodzielną placówką stał się w roku 1997. Mam nadzieję, że tak też kiedyś będzie z dzisiejszą Filią.

2. Przejście Akcji Wyborczej Polaków na Litwie do opozycji

AWPL było w koalicji przez niemal dwa lata. Mimo wszelkich starań, nawet w obliczu wojny na Ukrainie, która teoretycznie powinna — na skutek zbieżności interesów i wspólnego zagrożenia — zbliżać Polaków i Litwinów, nie udało się przełamać niechęci litewskich polityków do załatwienia kilku szalenie prostych spraw. Kwestie publicznego używania języka polskiego, oryginalnej pisowni nazwisk, odwołania skandalicznej reformy oświatowej, restytucji mienia — pozostały nierozwiązane. Oficjalnym powodem był konflikt o stołki, mniej oficjalnym — fakt, że premier nie potrafił się zdecydować, jaką ma opinię na jaki temat, a projekt Ustawy o Mniejszościach Narodowych przekazano do kolejnego „poprawiania”, którego skutkiem miało być skreślenie punktów o dwujęzycznych napisach i używaniu języka mniejszości w urzędach. Argumentacja powalała — „tylko Polacy tego chcą, a nie ma sensu przyjmować specjalnej ustawy dla jednej mniejszości”.
Ciekawostką jest zaś to, że wszyscy ci, którzy przez półtora roku postulowali wystąpienie AWPL z koalicji rządzącej, byli z przejścia partii do opozycji najbardziej niezadowoleni.

3. Odnowienie „Czarnego Anioła” na Starej Rossie

Pomnik nagrobny Izy Salmanowiczównej jest wizytówką Starej Rossy, zachwycają się nim turyści i rodowici wilnianie. Od lat wymagał remontu, który w końcu udało się przeprowadzić. Za środki z Polski, z inicjatywy kierowanego przez panią Alicję Klimaszewską Społecznego Komitetu Opieki nad Starą Rossą. Udział państwa litewskiego ograniczył się do stawiania biurokratycznych barier.
W pewnych tematach się nic nie zmienia.

4. „Rozwiązanie” kwestii dwujęzycznych napisów w rejonie solecznickim

Krucjata namiestnika rządu na okręg wileński Audriusa Skaistysa dobiegła końca po tym, jak nowy (poprzedni, Bolesław Daszkiewicz, udał się na emeryturę, chociaż w tym kontekście można to uznać za wewnętrzną emigrację przed represjami) dyrektor administracji rejonu, zagrożony karami liczonymi już tym razem w setki tysięcy litów, dopilnował, by w rejonie nie został ani jeden polski napis.
Pociechą ma być ponoć fakt, że zmieniono przepisy wykonawcze i teraz „oficjalne” nazwy ulic mają być na słupkach, a te na domach mogą już sobie wisieć. Tylko co z tego, skoro ludzie zostali już zastraszeni i komorniczym terrorem zmuszeni do usunięcia tych tabliczek z domów, a na postawienie słupków nie ma środków? Tym bardziej, że chodzi przecież o uznanie naszego prawa do publicznego i oficjalnego używania języka ojczystego, a nie zabawę w słupki.

5. Przyjęcie Ustawy o Bezpieczeństwie Cybernetycznym

Co prawda, w nieco ograniczonej formie w stosunku do pierwotnego projektu, ale nadal antydemokratycznej w założeniu i tworzącej mechanizmy państwa policyjnego. Ustawa w takiej formie może być i na pewno będzie wykorzystywana przeciw Polakom.

6. Nowe zasady finansowania mediów polskich

Dzięki wspólnym wysiłkom zainteresowanych, udało się razem z Ministerstwem Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej wypracować spójniejszy i logiczniejszy mechanizm dotowania mediów polonijnych, niż dotychczas. Zmiany dotyczą m.in. trybu finansowania (media jednego państwa otrzymują dotacje za pośrednictwem jednej organizacji wnioskującej z Polski) oraz jego okresu (dotacja przyznawana jest na 2 lata, a nie na rok, jak poprzednio). Nadal jest nad czym pracować, ale nowy model pozwoli prasie na pewną stabilizację finansową i możliwości planowania, a więc także rozwój.

7. Uruchomienie nowego portalu „Kuriera Wileńskiego”

Nowa odsłona internetowego wydania „Kuriera” http://kurierwilenski.lt była długo oczekiwanym dzieckiem — sześć lat funkcjonowania poprzedniej wersji to cała epoka. Nowa strona wciąż jest rozwijana i dopracowywana, borykamy się z notorycznymi atakami cybernetycznymi, ale najważniejszy krok został dokonany i docenili to też czytelnicy, których liczba w ostatni kwartale roku wzrosła.

8. Powołanie Departamentu ds. Mniejszości Narodowych

Temat tak naprawdę zastępczy, bo nowy departament ma mieć 15 etatów i 200 tyś. litów budżetu (czyli w zasadzie budżet ma wystarczyć na utrzymanie tych 15 etatów i niewiele więcej). Zanim został zlikwidowany przez rząd Andriusa Kubiliusa, poprzedni departament zajmował się wspieraniem mniejszości w ten sposób, że jedną piątą budżetu wydawał na zakup litewskich czytanek do polskich przedszkoli, a resztę na litewskie rządowe szkoły w rejonie solecznickim. Ale za to dobrze to wyglądało międzynarodowo, że się państwo troszczy o mniejszości.
Ten punkt się znalazł w rankingu ze względu na swoją symptomatyczność — pokazuje bowiem, że litewska klasa polityczna zamiast realnie rozwiązywać istniejące problemy, woli udawać ich rozwiązywanie poprzez tworzenie urzędniczych etatów dla kolejnych szwagrów. W ten sposób rosnąca biurokracja będzie bohatersko radzić sobie z problemami tworzonymi przez rosnącą biurokrację.

9. Wydanie płyty „Muzyczne Rodowody: Litwa

Bo bardzo ważne jest uświadomienie nam samym, co mamy, i że nie jesteśmy gorsi. Pod względem muzycznym to był wyśmienity rok, gdyż zaistniało bądź rozwinęło się mnóstwo projektów, które, poza niewątpliwymi talentami zaangażowanych osób, pokazały jedno — śpiewanie po polsku jest cool.


 

Ważnych wydarzeń było z pewnością o wiele więcej, celowo jednak wolałem skupić się na takich, które często są pomijane czy bagatelizowane, albo przykrywane tematami zastępczymi.

Czy Litwie grozi cybernetyczne gestapo?

Źródło: <a href="http://www.stockvault.net/photo/106884/magnified-view-of-a-motherboard">StockVault.net</a>

Źródło: StockVault.net

Wygląda na to, że tak. I to według projektu, przygotywanego przez sejmową Komisję Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony, a zgłoszonego przez jej przewodniczącego Artūrasa Paulauskasa.

Projekt Ustawy o Bezpieczeństwie Cybernetycznym (Nr. XIIP-1936(2) ) przewiduje bowiem nadanie policji uprawnień, dotąd posiadanych przez służby specjalne — do tego bez nakazu sądu. Mianowicie, artykuł 12. wspomnianego projektu zezwala policji na zbieranie informacji o użytkownikach internetu, odwiedzanych przez nich stronach, dokonywanych transakcjach i zakupach w internecie. Ma także prawo do odłączenia użytkowników od internetu, a dostawca usług zobowiązny jest nie informować użytkownika o prawdziwych powodach takiego stanu rzeczy. Wszystko to ma policja móc robić bez nakazu sądu, ale nawet bez śledztwa — w ramach prewencji.

W praktyce jest to ogromne zagrożenie dla demokratycznego funkcjonowania państwa (bo co to za problem, żeby policja odłączyła od internetu na 48 godzin wszystkich członków partii opozycyjnej? — według projektu ustawy, żaden), ale także może prowadzić do wielkich nadużyć. Nietrudno sobie wyobrazić sytuację, w której autor reportażu obnażającego np. korupcję, trafił na listę śledzonych, a później co pikatniejsze wyniki „śledztwa” (prawdziwe bądź sfabrykowane — w takiej sytuacji nie będzie to miało znaczenia) „wyciekną”.

Decyzje w sprawie Ustawy o Bezpieczeństwie Cybernetycznym, przez niektórych zwanej też Ustawą o Cybergestapo, Seimas będzie przyjmował jutro — w czwartek, 4 grudnia. Oby nie był to dzień pogrzebu tych namiastek demokracji, które jeszcze mamy…

„Polak Roku 2014” — moi kandydaci

Tradycyjnie już „Kurier Wileński” organizuje swój bijący rekordy popularności plebiscyt — „Polak Roku”. Co roku zgłaszam też swoje kandydatury, tym razem postanowiłem uczynić to publicznie — bo często o wartościowych ludziach i ich osiągnięciach mówi się za mało.

Kolejność zupełnie przypadkowa.

Alicja Klimaszewska — prezes Społecznego Komitetu Opeki nad Starą Rossą. Właśnie za to.

Irena Duchowska — prezes Oddziału Związku Polaków na Litwie „Lauda” oraz Stowarzyszenia Polaków Kiejdan, kompozytor i poetka. Za wieloletnią pracę w szczególnie trudnych warunkach i wbrew wszelkim przeciwnościom, za prawdziwą niezłomność i odwagę.

Małgorzata Runiewicz-Wardyn oraz Łukasz Wardyn — założyciele oraz duet napędzający Europejską Fundację Praw Człowieka, nowoczesną organizację pozarządową, która podejmuje kroki prawne na rzecz poprawy sytuacji polskiej społeczności na Litwie, ale także na rzecz lepszej Litwy. Dzięki ich działaniom, m.in. zmniejszyła się ilość komentarzy w internecie, głoszących nienawiść wobec Polaków. Za odwagę, świeże pomysły oraz spojrzenie, a także bycie przykładem tego, że da się godzić rodzicielstwo z intensywną karierą zawodową.

Stefan Kimso — wieloletni prezes Klubu Sportowego „Polonia Wilno”. Za wytrwałość i działanie wbrew przeciwnościom losu.

ks. Dariusz Stańczyk — za ogrom pracy i serca, jakie włożył w budowę parafii w Szumsku, Kowalczukach, stworzenie Wileńskiego Hufca Maryi oraz ogrom starań, włożonych w szerzenie kultu Miłosierdzia Bożego. I za odwagę.

Adam Błaszkiewicz — dyrektor Gimnazjum im. Jana Pawła II w Wilnie, wieloletni harcmistrz Związku Harcerstwa Polskiego na Litwie. Za stworzenie jednej z najlepszych szkół (nie tylko polskich!) na Litwie i pomyślne kierowanie nią przez cały okres jej istnienia, za świecenie własnym przykładem, spokój i stanowczość. Dyrektor, które się nie boi, tylko szanuje.

prof. Jarosław Wołkonowski — dziekan Wydziału Ekonomiczno-Informatycznego w Wilnie Uniwersytetu w Białymstoku, czyli naszej wileńskiej Filii UwB. Pierwszego zagranicznego wydziału polskiej uczelni, a zarazem jedynej zagranicznej filii na Litwie. W tym roku uruchomili studia magisterskie z ekonomii.

dr Alina Grynia — prodziekan Filii UwB ds. studenckich i mnóstwa innych. Właśnie za to, bo to ogromna i zbyt często niedoceniana robota.
Na Litwie jest ogromne mnóstwo wspaniałych Polaków, społeczników, przedsiębiorców i ludzi sukcesu innych dziedzin. Zapraszam do wpisywania w komentarzach swoich typów, a także wysyłanie nominacji na adres reklama@kurierwilenski.lt — można to robić jeszcze do 31 października.

Inne spojrzenie na spotkanie z Antanasem Valionisem w Polskim Klubie Dyskusyjnym

W czwartek 2 października w auli Litewskiej Katolickiej Akademii Nauk odbyło się spotkanie z bylym ministrem spraw zagranicznych Litwy, ambasadorem do specjalnych poruczeń. Dość szumnie nagłaśniane, szeroko opisywane, przez anonimowych organizatorów zapowiadane jako „początek dyskusji polsko-polskiej”, której nasza społeczność potrzebuje, a dotyczyć miała „perspektyw stosunków polsko-litewskich po zmianie rządu w Polsce”. Sęk w tym, że ani się dyskusja nie odbyła, ani nie dotyczyła tych perspektyw.

Być może to moje subiektywne odczucie, ale Antanas Valionis jeszcze przed spotkaniem sprawiał wrażenie czymś mocno poirytowanego, jakby wcale nie chciał brać w nim udziału. Po zapowiedzeniu przez Mariusza Antonowicza, prezesa Klubu (i jedynego jego członka, znanego z nazwiska), Valionis dokonał dość długiego, trwającego ok. 45 minut wstępu, dotyczącego historii relacji na linii Warszawa-Wilno po roku 1988, a także jego pracy jako szefa MSZ Litwy, po czym odpowiadał na pytania. Cytowałem jego co barwniejsze wypowiedzi na Twitterze, więc w sumie nie będe się powtarzał, ale zapadło mi kilka dość istotnych momentów, w których minister podawał informacje niezgodne z rzeczywistością — mógł albo nie być do tego spotkania przygotowany, albo kłamać. Jednym z takich momentów było komentowanie kwestii nazwisk, o której mówił, jakby już była załatwiona dzięki ostatniemu orzeczeniu Litewskiej Komisji Języka Państwowego. Problem w tym, że orzeczenie załatwia sprawę jedynie dla obywatelek Litwy, wychodzących za obcokrajowców — natomiast Polacy na Litwie nadal muszą mieć nazwiska pisane w formie urzędniczo zlitewszczonej. Drugi taki moment miał miejsce, kiedy Antanas Valionis opowiadał o międzynarodowych zobowiązaniach (z których, jak przyznał, Litwa się nie wywiązuje) Litwy do przestrzegania praw mniejszości narodowych — i wspomniał, że za jego kadencji jako ministra spraw zagranicznych podpisane zostały Konwencja ramowa Rady Europy o ochronie mniejszości narodowych oraz Europejska karta języków regionalnych lub mniejszościowych. I tu znów pojawia się zgrzyt, bo Litwa nie podpisała karty języków regionalnych.

Po wstępie Valionis odpowiadał na pytania, ale robił to dość wybiórczo. Część (jak o to, dlaczego 8 kwietnia socjaldemokraci, do których należy, głosowali przeciw ustawie o pisowni nazwisk czy moje dotyczące samorządności na Litwie) zupełnie zignorował, na część innych odpowiadał wymijająco. Zupełnie odpłynął z tekstem, że „Akcja Wyborcza Polaków na Litwie potrzebuje konfliktu polsko-litewskiego, bo w przeciwnym razie nie będzie dostawała pieniędzy z Polski na remont cieknących dachów w polskich szkołach”, zaś moja uwaga, że cieknące dachy trzeba remontować niezależnie od polityki, została także zignorowana.

Pytania z widowni były różne, ale w zasadzie dość schematyczne. Żadne w sumie nie dotyczyło kwestii zmiany rządu w Polsce, chociaż tego miała przecież dotyczyć dyskusja. Co mnie dość niemile zaskoczyło, to fakt, że co drugi pytający przed zadaniem pytania wygłaszał formułkę „mnie nie obchodzą kwestie nazwisk oraz dwujęzycznych napisów”, po czym pytanie dotyczyło, na przykład, wspólnego podręcznika polsko-litewskiego.

Ze spotkania (dyskusją tego nazwać nie mogę) wyszedłem skonfundowany. Bo niby Antanas Valionis opowiadał ciekawe miejscami rzeczy, rzucił kilka anegdot, ale w zasadzie w ciągu tych dwóch godzin nie powiedziano zupełnie nic nowego — i to nawet nie zaskoczyło. Jakby zawczasu było wiadomo, kto i co ma powiedzieć, i powiedział — i nawet wśród zebranych na sali 26 osób nie widziałem żadnych emocji. Następne spotkania, które mają być z byłym premierem Gediminasem Kirkilasem oraz byłym ministrem spraw zagranicznych Vygaudasem Ušackasem, też raczej nie wróżą niespodzianek. Politycy z dalszego planu sceny politycznej zadeklarują swoje sympatie do Polaków, poparcie dla ich postulatów i westchną, że rozwiązaniu tych problemów przeszkadza jedynie AWPL i jej polskie szkoły, których dachy pociekną jak tylko Polakom się pozwoli na oryginalny zapis nazwisk.

I można się będzie dalej zastanawiać, jak to jest, że każdy litewski polityk deklaruje poparcie dla polskich postulatów, a później głosuje przeciw nim, albo jest akurat nieobecny na posiedzeniu.


Antanas Valionis, Fot. Marian Paluszkiewicz, „Kurier Wileński”

Antanas Valionis
Fot. Marian Paluszkiewicz, „Kurier Wileński”

Antanas Valionis — ur. 21 września 1950 r. w Zabieliszkach pod Kiejdanami.
W 1974 r. ukończył Kowieński Instytut Politechniczny ze stopniem inżyniera mechanika.
Od roku 1980 etatowy pracownik Komunistycznej Partii Litwy.
W latach 1990-1994 doktoryzował się na Uniwersytecie Warszawskim, na wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych.
W latach 1994-2000 ambasador Litwy w Polsce.
W latach 2000-2006 minister spraw zagranicznych Litwy.
W latach 2004-2008 poseł do Seimasu RL.
W latach 2008-2011 ambasador RL na Łotwie, podał się do dymisji po wypowiedzi w prasie na temat prezydenta Łotwy Valdisa Zatlersa, która wywołała skandal.
Pracuje w MSZ Litwy jako ambasador do zadań specjalnych.
Oficer rezerwy KGB w stopniu kapitana.


Co barwniejsze wypowiedzi Antanasa Valionisa, cytowane przeze mnie na Twitterze, a także moje komentarze twitterowe i blogowe:

Co też obala twierdzenia części litewskich publicystów i polityków, twierdzących, że skoro prawo unijne jest już „częścią prawodawstwa litewskiego”, to nie potrzeba osobnej ustawy o ochronie praw mniejszości narodowych.

To akurat zła wiadomość. Departament ds. Mniejszości Narodowych i Wychodźstwa już funkcjonował. Zajmował się przede wszystkim wychodźstwem, oraz finansowaniem litewskich szkół w rejonie solecznickim. Dbałość o kulturę mniejszości narodowych przejawiało się w kupowaniu litewskich czytanek do polskich przedszkoli oraz litewskich strojów ludowych dla polskich zespołów.

Później minister się poprawił, że chodziło o początki kariery Niewierowicza, kiedy od razu po studiach Valionis wysłał go na płatny staż do ambasady Litwy w Waszyngtonie.

Piotra Kępińskiego „nie wiem, a się wypowiem”

Zniszczony krzyż na Rossie — efekt pracy robotników w dzień, a nie wandali w nocy

Zniszczony krzyż na Rossie — efekt pracy robotników w dzień, a nie wandali w nocy

Piotr Kępiński mieszka ponoć w Wilnie. Nie wiem, nigdy go na mieście nie widziałem, ale wierzę na słowo. Jak jednak w polemice z tekstem Rafała A. Ziemkiewicza „Przez zgliszcza do Europy” („Do Rzeczy”, nr 36/2014) zaczyna się rozpisywać o szczegółach, to odnoszę wrażenie, że Wilno zna chyba bardziej z opowieści, a i to raczej kogoś, kto w Wilnie bardziej bywa, niż jest.

Kępińskiemu się nie spodobał fragment, w którym Ziemkiewicz buduje analogię Ukrainy z Litwą w kontekście polskiej polityki zagranicznej:

„Przecież tak bardzo staraliśmy się przychylić Litwinom nieba, okazać im jak najdalej idącą solidarność w ich staraniach o uniezależnienie się od Rosji, być ich adwokatem w Unii Europejskiej. W imię jednostronnej antyrosyjskiej solidarności Polska zupełnie odpuściła sobie starania o przestrzeganie w przypadku mieszkających na Litwie Polaków (…) standardów praw mniejszości etnicznych gwarantowanych przez Unię Europejską. (…) Zamknęliśmy oczy na barbarzyńskie zniszczenie zabytków Wilna i innych miast, z których pod pretekstem renowacji w ciągu kilku lat pousuwano  wszystkie ślady polskości – barokowe epitafia czy inskrypcje na pomnikach, które przetrwały czasy sowieckie, zostały wymłotkowane (…)”

 

Piotr Kępiński broni Litwy, że „nie my jedyni przychylaliśmy nieba, nie pierwsi uznaliśmy jej niepodległość” — chociaż nie ma to przecież znaczenia, czy pierwsi czy trzeci. Ma zaś znaczenie to, że to polscy działacze przybywali wspierać „Sąjūdis” w trudnym roku 1990, to Polska zaoferowała Litwie pomoc w — gdyby do tego doszło — utworzeniu rządu na wygnaniu, i udzielała wszelkiej innej pomocy. To Polska utworzyła później wspólny z Litwą batalion, i to właśnie Polska Litwę najaktywniej wciągała do NATO. I dziś to polski „Orlen” dziś przez państwowe litewskie koleje jest szykanowany, a Polacy są na Litwie obywatelami drugiej kategorii.

Jeszcze lepiej zaś jest w kwestii zabytków. Tutaj Piotr Kępiński uważa, że w ogóle nie ma o czym mówić, bo w Zaułku Literackim jest tablica upamiętniająca Mickiewicza, a nieopodal w podwórku — Słowackiego. Więc problemu nie ma.

Otóż, problem jest, i to poważny. Zniszczone zostały zabytkowe tablice w budynkach obecnego Uniwersytetu Wileńskiego (w czasach świetności — Stefana Batorego), co sam Kępiński przyznaje. Czego nie raczy wspomnieć — że historyczną Celę Konrada w klasztorze bazyliańskim przeniesiono w inne miejsce, żeby nie przeszkadzała inwestorom. Że nie tak dawno zniszczono napisy na dawnym budynku Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Że wyzierające spod tynku polskie szyldy są niszczone. Że nawet tablica z rokiem założenia na kościele św. Teresy została zastąpiona przez inną, wyłącznie w języku litewskim i z uboższą treścią. Że barbarzyński „remont” kaplicy Ostrej Bramy wzburzył nawet litewskich konserwatorów zabytków.

Osobnym tematem jest systematyczne niszczenie polskich cmentarzy. Pięć lat temu na Rossie ścinano zdrowe drzewa, a dwumetrowe belki zrzucano wprost na groby, bez żadnej asekuracji. Skutki tego zbydlęcenia uwieczniłem na zdjęciach, jedno z nich ilustruje ten wpis.

Piotr Kępiński radzi Ziemkiewiczowi, by nie zabierał głosu w sprawach, na których się nie zna. Proponuję, by się zastosował do własnej rady.

Jedyne, o co bym się w tym wątku mógł przyczepić do tego cytatu z Ziemkiewicza — że napisał o zniszczeniu „wszystkich” śladów polskości. Jeszcze nas trochę zostało.

O co chodzi z karami za polskie napisy — fakty i dedukcje

Za takie tabliczki są wymierzane kary, wysokość których idzie już w setki tysięcy litów.<br/>Fot. Marian Paluszkiewicz, <a href="http://kurierwilenski.lt/">„Kurier Wileński”</a>

Za takie tabliczki są wymierzane kary, wysokość których idzie już w setki tysięcy litów.
Fot. Marian Paluszkiewicz, „Kurier Wileński”

Niby jest sezon ogórkowy, ale zupełnie bez echa przeszła wieść, że zbliżają się kolejne, jeszcze większe kary za dwujęzyczne tabliczki z nazwami ulic na Wileńszczyźnie. O ile poprzednio dyrektor administracji rejonu solecznickiego Bolesław Daszkiewicz miał do zapłacenia 43 400 litów (i zapłacił, bo komornik zajął mu mieszkanie), to teraz jego następcy (Daszkiewicz wyszedł na emeryturę) grozi kara jeszcze większa. Dziesięciokrotnie.

Podobne represje grożą także dyrektor administracji samorządu rejonu wileńskiego, Lucynie Kotłowskiej.

O co chodzi w sprawie z tabliczkami?

Sprawa zaczęła się w roku 2008, kiedy ówczesny namiestnik rządu na okręg wileński Jurgis Jurkevičius, złożył do sądu skargę na samorządy rejonów wileńskiego i solecznickiego, zamieszkiwanych w większości przez Polaków, oskarżając je o łamanie Ustawy o Języku Państwowym, które polegać miało na tym, że na prywatnych domach mieszkańcy poumieszczali sobie tabliczki z nazwami ulic w dwóch językach — litewskim i polskim. Zgodnie zresztą z obowiązującą wówczas Ustawą o Mniejszościach Narodowych, przewidującą prawo do napisów informacyjnych w języku mniejszości.

Po kilku latach maratonu sądowego (i wygaśnięciu Ustawy o Mniejszościach Narodowych 1 stycznia 2010 roku), sądy nakazały obydwu samorządom usunięcie tabliczek. Samorządy więc je usunęły — z budynków, które do samorządów należą. To jednak nie zadowoliło Jurkevičiusa, który ponownie złożył do sądu sprawę o niewypełnianie przez samorząd wyroku sądu — uznał bowiem, że samorząd powinien był także usunąć dwujęzyczne napisy z domów mieszkańców, a więc — wejść na prywatne posesje i zniszczyć prywatne mienie, jakim są tabliczki, wywieszone przez samych mieszkańców. Wskazał, by karać konkretne osoby — dyrektorów administracji samorządów.

I sądy karały. Kilkakrotnie. Najpierw mniejszymi karami, później większymi. Za każdym razem Jurkevičius żądał kary maksymalnej — 1000 litów za dzień zwłoki w wykonaniu wyroku. Kiedy Jurkevičius w roku 2011 ustąpił ze stanowiska, ówczesny rząd Andriusa Kubiliusa na to stanowiska mianował Audriusa Skaistysa — członka Związku Ojczyzny, szaulisa (jest członkiem zarządu centralnego Związku Strzelców Litewskich, tzw. szaulisów) i członka wileńskiego „Sąjūdisu” (który po odzyskaniu przez Litwę niepodległości swoją wrogość przerzucił z sowietów na Polaków). Skaistys politykę Jurkevičiusa kontynuuje, a zapowiadane kolejne, jeszcze surowsze, wyroki są właśnie tej polityki kontynuacją.

Czy tak być musi?

Oczywiście, że nie. Przede wszystkim, dwujęzyczne tabliczki nie są tak na dobrą sprawę zakazane — żadna ustawa nie mówi, że napisy publiczne mają być wyłącznie w języku litewskim. Można więc odstąpić od ich zwalczania i nie złamać żadnego prawa. Poza tym — wcale nie ma żadnego prawnego obowiązku karania konkretnych osób — administratorów samorządów — za rzekome niewykonanie wyroku. Zaistniała sytuacja jest zatem wynikiem po prostu złej woli, tak polityków, z nadania których swoje funkcje pełni namiestnik Audrius Skaistys, jak również jego samego oraz sądów, które takie wyroki wydają. Wszystko w myśl zasady — daj człowieka, a paragraf się znajdzie.

Po co to zatem?

Skoro „niewykonaniem wyroku” jest obecność choćby jednego polskiego napisu na terenie rejonu  — nawet gdyby poprzednie zostały usunięte, zawsze mogą pojawić się nowe, albo namiestnik może nowe „znaleźć” — może się okazać, że karanie dyrektorów jest swoistym perpetuum mobile, samonakręcającą się maszynką, a te kary się nigdy nie skończą. Zważywszy na to, że nowemu dyrektorowi administracji rejonu solecznickiego za owo „niewykonanie” grozi kara o wysokości nawet pół miliona litów, a kolejne kary będą tylko rosnąć, za każdy kolejny dzień o 1000 litów, może się szybko okazać, że nie będzie chętnych do pełnienia funkcji dyrektora administracji. Czyli — doprowadziłoby to do sparaliżowania funkcjonowania samorządów rejonu wileńskiego i solecznickiego.

Dlaczego komukolwiek miałoby zależeć na paraliżu dwóch przystołecznych samorządów? Dla rodaków z Polski odpowiedź może nie być oczywista, ale Polacy na Litwie mają już doświadczenie w tym temacie. Zablokowanie pracy samorządów byłoby doskonałym pretekstem do wprowadzenia zarządzania komisarycznego w samorządach za pośrednictwem wyznaczonych przez Rząd RL komisarzy, czyli tzw. „zarządzania bezpośredniego” — a takie rozwiązanie od lat postulują środowiska nieprzychylnych Polakom na Litwie szowinistów, wywodzących się z sowieckich struktur. Wprowadzenie dyktatury komisarzy na początku lat dziewięćdziesiątych (wówczas pod pretekstem zwalczania „autonomii” i, swoją drogą, niezgodnie z obowiązującym wtedy prawem) zaowocowało grabieżą ziemi (w samym tylko rejonie wileńskim rozdano ponad 5000 działek budowlanych pod kolonizację Wileńszczyzny) oraz licznymi szykanami wobec Polaków. Przede wszystkim zaś, powstrzymało na kilka lat powstawanie polskiej samorządności, co owocuje także dzisiejszą pozycją naszej społeczności w regionie. Powtórzenie takiego ciosu bardzo by w polską społeczność uderzyło, i być może na to właśnie liczą wszyscy ci, tak aktywnie zwalczający dwujęzyczne napisy w rejonach.

Apostołowie syndromu sztokholmskiego

Syndrom sztokholmski – stan psychiczny, który pojawia się u ofiar porwania lub u zakładników, wyrażający się odczuwaniem sympatii i solidarności z osobami je przetrzymującymi. Może osiągnąć taki stopień, że osoby więzione pomagają swoim prześladowcom w osiągnięciu ich celów
za Wikipedią

Zadziwiająca jest uporczywość, z jaką działacze Związku Ojczyzny — Litewskich Chrześcijańskich Demokratów (ZO), publikują wszelkiego rodzaju zwroty i odwołania, zazwyczaj przedwyborcze, do Polaków, mieszkających na Litwie. Mniej zadziwiająca, a bardziej męcząca jest przy okazji ich konsekwencja w poniżaniu swoich adresatów — tak, jakby oczekiwali, że po jakimś czasie wywołają u Polaków syndrom sztokholmski i sympatię do tych, którzy ich obrażają.

Oto przed wyborami do Parlamentu Europejskiego Mantas Adomėnas, też kandydat z listy landsbergistowskiego ZO, opublikował odezwę, zatytułowaną — „Polacy!”. Kontynuuje już jednak mniej przyjemnie:
„Polacy Litwy! Litwini polskiego pochodzenia!”. Dalej następują, prawdopodobnie zmyślone historyjki o tym, jak go Polacy chętnie przyjmują u siebie w domu i deklamują „Litwo, Ojczyzno moja” i wierszyki „Maironisa” (pewnie ten, w którym pisze „To Polak — narodów wyrodek”), oraz kolejne przemyślenia na temat „mówiących po polsku Litwinów” i clou tekstu — nawoływanie, by głosować „słusznie”, a przy okazji sugestia, że jak się zagłosuje nie tak, to się jest sowieckim agentem. Urocze.

Kolejnym chunwejbinem ZO na odcinku polskim jest poseł Egidijus Vareikis, który poza pisaniem o Polakach lubi też dać w palnik lub żonie po twarzy. Ostatnio znów wystąpił z pomysłem, byśmy wszyscy byli „Litwinami jednakowej próby” i korzystali z jednakowego prawa do… używania języka pństwowego, czyli litewskiego.

Jak wykazały badania opinii samych Polaków, takie określenia, używane przez wyżej wymienionych panów — są zwyczajnie obraźliwe. Jak się doda do obrazu ich działalność parlamentarną — głosowanie za antypolską Ustawą o Oświacie, czy za wycofaniem z porządku obrad projektu Ustawy o Mniejszościach Narodowych — można stwierdzić, że cechuje ją polonofobia. Po co zatem to robią?

Być może pewnej próby odpowiedzi na to pytanie należy się doszukiwać u ich idola, założyciela Związku Ojczyzny Vytautasa Landsbergisa, który swego czasu nawoływał do „dogadania się z naszymi Polakami”. Być może działacze ZO traktują Polaków jako swoich — pozbawionych własnej podmiotowości swoich zakładników? Może tymi obraźliwymi odezwami i krzywdzącymi dla Polaków zachowaniami politycznymi starają się odwołać do — spodziewanego — syndromu sztokholmskiego polskiej społeczności, w myśl zasady „…a mógł zabić”?

Jest tylko jeden szkopuł.

My nie mamy syndromu sztokholmskiego.

Historia pewnego cytatu

„Patriotyzm jest ostatnim schronieniem szubrawców” — miał powiedzieć angielski pisarz Samuel Johnson. Cytat ten bywa z lubością przytaczany przez wszelkiej maści stronnictwa i osoby, zwalczające zjawisko patriotyzmu jako takie, uważające go za „przeżytek”, „zaściankowość” czy „ciemnogród” — szczególnie przez te, które niezdolne są do samodzielnego argumentowania lub są go na tyle niepewne, że wolą się posiłkować autorytetami. Najlepiej takimi, o których zielonego pojęcia nie mają — wystarczy, że jest o nich hasło na Wikipedii, czytanie zaś go to już zbędny wysiłek, wręcz „zabobon”.

Czy jednak w rzeczywistości Samuel Johnson zwalczał patriotyzm? Otóż, należy to podać w poważną wątpliwość, czego najmniejszym chyba powodem powinny być głeboce konserwatywne poglądy samego Johnsona.

Przede wszystkim, cytowane zdanie nie pojawia się w żadnej z licznych publikacji tego autora, ani też w żadnym z wydawanych przez niego słowników. Skąd zatem pewność, że to właśnie on jest jego autorem? Pisze tak biograf Johnsona, James Boswell, podając dokładną datę tej wypowiedzi — 7 stycznia 1775 roku, ale także odnotowując, że wypowiedź ta była nie potępieniem wszystkich patriotów, a tylko przestrogą przed łajdakami, jedynie podającymi się za patriotów.

By pójść tym tropem dalej, warto zajrzeć do „Słownika” autorstwa Samuela Johnsona, w który patriotę definiuje następująco:
„Ktoś, kim kieruje miłość do jego kraju”.

W wydanej zaś przez siebie broszurze „Patriota”, o patriotyzmie pisze następująco:
„Patriotą jest ten, czyje publiczne działania powodowane są jedynym motywem — miłością do jego kraju; kto, jako przedstawiciel w parlamencie, własnych nie ma oczekiwań ani obaw, życzliwości ani niechęci, a wszystko podporządkowuje interesom wspólnoty”.

Jak zatem wynikać może nie tylko z powyższych przykładów, ale także żywota tego konserwatywnego publicysty, uczucia patriotyczne miał w wysokiej estymie, przestrzegając jedynie przed indywiduami, patriotyzmem się zasłaniającymi celem realizowania swoich niskich celów. Skądże mógł wiedzieć, że — wieki później, podobne indywidua się będą zasłaniały samym Johnsonem?

Kto na Litwie uważa Polskę za wroga?

Wrogość, mniej lub bardziej wyimaginowana, w relacjach między Polską a Litwą jest dość jednokierunkowa

Wrogość, mniej lub bardziej wyimaginowana, w relacjach między Polską a Litwą jest dość jednokierunkowa

Furorę robią wyniki przeprowadzonego na Litwie badania opinii publicznej, z którego wynika, że 26,8% respondentów uważa Polskę za państwo Litwie wrogie, natomiast za państwo przyjazne Polskę uważa 12,68% respondentów.

Można się spierać o to, na ile tego typu sondaże są reprezentatywne (nie są), ale należy zwrócić uwagę na dwie, niezmiernie istotne kwestie.

Pierwsza to taka, że wyniki te wcale nie pokazują stosunku respondentów do Polski czy Polaków, a jedynie obrazują ich opinię na temat, gorzej lub lepiej rozumianej, „wrogości” Polski wobec Litwy.

Druga zaś, to to, co na taką opinię wpływa. Istotny jest tu także fakt, że opinia o Polsce się w ostatnich latach na Litwie znacznie pogorszyła — więcej osób uważa Polskę za państwo wrogie, a mniej — za przyjazne.

Należy z całą stanowczością podkreślić, że Polska nie podejmowała absolutnie żadnych kroków wobec Litwy, które by można było uznać za „wrogie” i które by usprawiedliwiały taką opinię. Z czego zatem wynika taki właśnie rezultat sondażu? Przede wszystkim z zaniechania — strona polska nie poczyniła żadnych kroków, które by ukróciły negatywną propagandę na temat Polski, która jest sączona do litewskiej przestrzeni informacyjnej — nie tylko przez kanały i media rosyjskie, ale także przez media litewskie i — przede wszystkim! — litewskich polityków, także tych, którzy lubią przy innych okazjach deklarować swoją miłość do Polski, jeśli akurat nadarza się stosowna akcja w mediach.

Takimi wynikami sondażu nie należy się także niepokoić — nie mają one i tak przełożenia na rzeczywistość. Nawet gdyby i 50% respondentów uważało Polskę za wrogi kraj, to i tak litewskie Ministerstwo Ochrony Kraju  włączyłoby się w tworzenie polsko-litewskie-ukraińskiej brygady w ramach NATO, szczególnie, że gros obciążenia finansowego i tak poniesie Polska. Nie miały wpływu na rzeczywistość także wcześniej — kiedy Polskę za kraj przyjazny uznawało 60% respondentów, a tymczasem Koleje Litewskie rozbierały „Orlenowi” tory do Możejek.

Należy dostrzec pewien dualizm, a nawet wielobiegunowość litewskiego stosunku do Polski i Polaków. Otóż, kiedy litewscy politycy deklarują miłość do „Polski”, wcale nie musi to być równoznaczne z miłością do Rzeczypospolitej Polskiej, znajdującej się między Bugiem a Odrą, tylko — zazwyczaj — sprowadza się do afektu do bliżej nieokreślonej idei „Polski”. Dlatego nie ma absolutnie żadnej sprzeczności między sympatią dla „Polski” wyimaginowanej, a równoczesnym czynnym szkodzeniem Polsce fizycznie istniejącej, choćby przez szykanowanie Polaków. Stosunek do Polaków jako narodu jest bowiem w tym układzie kompletnie oderwany od stosunku do „Polski”. Widać to bardzo jaskrawo choćby na przykładzie litewskiego polityka ze „Związku Ojczyzny” Mantasa Adomėnasa, który po transparencie „Lecha” chętnie pozował do zdjęcia z kartką „Litwa wspiera Polskę”, ale już przed ostatnimi wyborami do Polaków się zwracał per „Litwini mówiący po polsku”.

Skomplikowane? Wcale nie. Trzeba tylko wreszcie przestać się kierować w prowadzeniu polityki emocjami.

Obywatelska kontrola państwa — gwarantem skuteczności jego działania

Korupcja jest niewątpliwym problemem każdego systemu politycznego — spotyka się ją i w państwach afrykańskich, i arabskich, i w Ameryce Południowej — dosłownie wszędzie. Nie ustrzega się od niej także Unia Europejska — jak wykazuje badanie samej Komisji Europejskiej, łupem złodziei padać może nawet 25% środków unijnych, wydawanych na zakupy publiczne — czyli około 120 miliardów euro. Sama Komisja przyznaje, że to wynik nadmiaru przepisów i obciążeń administracyjnych, które utrudniają — zamiast ułatwiać! — kontrolę wydawania tych środków.

Jak zatem można ukrócić proceder rozkradania publicznych środków? Z jednej strony — sprawić, by było ich jak najmniej. Obniżyć podatki i zlikwidować nadmierne regulacje, a więc pozwolić ludziom samym organizować sobie szkoły, szpitale i inne usługi. Z drugiej zaś strony — pozwolić obywatelom kontrolować, co z ich pieniędzmi robi ich władza.

W chwili obecnej kontrola obywatelska nad państwem przybiera różne postaci. W Szwajcarii wszystkie ważniejsze decyzje podejmują obywatele w powszechnym referendum. W wielu krajach — w tym Polsce — realizowane są budżety obywatelskie, czyli rozwiązanie, dające mieszkańcom pewien (ograniczony!) wpływ na wydawanie części budżetu samorządu lokalnego.

Osobnym tematem jest kontrola parlamentów — przykładowo, dla Parlamentu Europejskiego takim narzędziem jest portal votewatch.eu, pozwalający na śledzenie, który polityk jak głosuje, czy jest w ogóle obecny i na ilu posiedzeniach i tak dalej. W Polsce takim narzędziem jest prowadzony przez Fundację ePaństwo projekt _mojePaństwo (do niedawna — Sejmometr), będący zbiorem narzędzi, strukturyzujących i umożliwiających korzystanie z informacji publicznych, rozrzuconych w różnych kanałach (Biuletyn Informacji Publicznej, Krajowy Rejestr Sądowy, konta polityków na Twitterze etc.). Litwa takich narzędzi nie posiada i nie jest mi wiadome, by ktokolwiek się tym zajmował.

Jednak wspomniane przeze mnie powyżej systemy obywatelskiej kontroli nie do końca funkcjonują, jak należy. Votewatch może pokazać, jakie państwa i jacy posłowie w jaki sposób głosowali nad ACTA, ale cóż z tego, skoro sam tekst ACTA (jak i jej następcy — TTIP) był pierwotnie utajniony i światło dzienne ujrzał dopiero po „wycieku”? Co z tego, że w Polsce jest _mojePanstwo, jeśli instytucje państwowe często nie chcą podawać do wiadomości publicznej informacji, która w myśl prawa jest informacją publiczną?

Dlatego choćby na poziomie unijnym należałoby wprowadzić pewien standard upubliczniania w takich systemach także projektów tego typu umów lub ustaw (nie tylko umożliwiłoby to obywatelom ściślejszą nad nimi kontrolę, ale także wykluczyłoby korupcjogenne sytuacje, w których projekt akty prawnego znałaby tylko grupa wybranych, wykorzystująca tą ekskluzywną wiedzę do robienia przekrętów), ale także wszelkich publicznych umów oraz faktur (i tak większość jest teraz elektroniczna) z przetargów państwowych — wydaje mi się, że wprowadzenie tego drogą unijną o wiele łatwiej by mogło złamać opór rodzimych urzędników przed dzieleniem się władzą z resztą narodu — który, jak głosi Konstytucja, stanowi władzę w państwie.