Apostołowie syndromu sztokholmskiego

Syndrom sztokholmski – stan psychiczny, który pojawia się u ofiar porwania lub u zakładników, wyrażający się odczuwaniem sympatii i solidarności z osobami je przetrzymującymi. Może osiągnąć taki stopień, że osoby więzione pomagają swoim prześladowcom w osiągnięciu ich celów
za Wikipedią

Zadziwiająca jest uporczywość, z jaką działacze Związku Ojczyzny — Litewskich Chrześcijańskich Demokratów (ZO), publikują wszelkiego rodzaju zwroty i odwołania, zazwyczaj przedwyborcze, do Polaków, mieszkających na Litwie. Mniej zadziwiająca, a bardziej męcząca jest przy okazji ich konsekwencja w poniżaniu swoich adresatów — tak, jakby oczekiwali, że po jakimś czasie wywołają u Polaków syndrom sztokholmski i sympatię do tych, którzy ich obrażają.

Oto przed wyborami do Parlamentu Europejskiego Mantas Adomėnas, też kandydat z listy landsbergistowskiego ZO, opublikował odezwę, zatytułowaną — „Polacy!”. Kontynuuje już jednak mniej przyjemnie:
„Polacy Litwy! Litwini polskiego pochodzenia!”. Dalej następują, prawdopodobnie zmyślone historyjki o tym, jak go Polacy chętnie przyjmują u siebie w domu i deklamują „Litwo, Ojczyzno moja” i wierszyki „Maironisa” (pewnie ten, w którym pisze „To Polak — narodów wyrodek”), oraz kolejne przemyślenia na temat „mówiących po polsku Litwinów” i clou tekstu — nawoływanie, by głosować „słusznie”, a przy okazji sugestia, że jak się zagłosuje nie tak, to się jest sowieckim agentem. Urocze.

Kolejnym chunwejbinem ZO na odcinku polskim jest poseł Egidijus Vareikis, który poza pisaniem o Polakach lubi też dać w palnik lub żonie po twarzy. Ostatnio znów wystąpił z pomysłem, byśmy wszyscy byli „Litwinami jednakowej próby” i korzystali z jednakowego prawa do… używania języka pństwowego, czyli litewskiego.

Jak wykazały badania opinii samych Polaków, takie określenia, używane przez wyżej wymienionych panów — są zwyczajnie obraźliwe. Jak się doda do obrazu ich działalność parlamentarną — głosowanie za antypolską Ustawą o Oświacie, czy za wycofaniem z porządku obrad projektu Ustawy o Mniejszościach Narodowych — można stwierdzić, że cechuje ją polonofobia. Po co zatem to robią?

Być może pewnej próby odpowiedzi na to pytanie należy się doszukiwać u ich idola, założyciela Związku Ojczyzny Vytautasa Landsbergisa, który swego czasu nawoływał do „dogadania się z naszymi Polakami”. Być może działacze ZO traktują Polaków jako swoich — pozbawionych własnej podmiotowości swoich zakładników? Może tymi obraźliwymi odezwami i krzywdzącymi dla Polaków zachowaniami politycznymi starają się odwołać do — spodziewanego — syndromu sztokholmskiego polskiej społeczności, w myśl zasady „…a mógł zabić”?

Jest tylko jeden szkopuł.

My nie mamy syndromu sztokholmskiego.

Historia pewnego cytatu

„Patriotyzm jest ostatnim schronieniem szubrawców” — miał powiedzieć angielski pisarz Samuel Johnson. Cytat ten bywa z lubością przytaczany przez wszelkiej maści stronnictwa i osoby, zwalczające zjawisko patriotyzmu jako takie, uważające go za „przeżytek”, „zaściankowość” czy „ciemnogród” — szczególnie przez te, które niezdolne są do samodzielnego argumentowania lub są go na tyle niepewne, że wolą się posiłkować autorytetami. Najlepiej takimi, o których zielonego pojęcia nie mają — wystarczy, że jest o nich hasło na Wikipedii, czytanie zaś go to już zbędny wysiłek, wręcz „zabobon”.

Czy jednak w rzeczywistości Samuel Johnson zwalczał patriotyzm? Otóż, należy to podać w poważną wątpliwość, czego najmniejszym chyba powodem powinny być głeboce konserwatywne poglądy samego Johnsona.

Przede wszystkim, cytowane zdanie nie pojawia się w żadnej z licznych publikacji tego autora, ani też w żadnym z wydawanych przez niego słowników. Skąd zatem pewność, że to właśnie on jest jego autorem? Pisze tak biograf Johnsona, James Boswell, podając dokładną datę tej wypowiedzi — 7 stycznia 1775 roku, ale także odnotowując, że wypowiedź ta była nie potępieniem wszystkich patriotów, a tylko przestrogą przed łajdakami, jedynie podającymi się za patriotów.

By pójść tym tropem dalej, warto zajrzeć do „Słownika” autorstwa Samuela Johnsona, w który patriotę definiuje następująco:
„Ktoś, kim kieruje miłość do jego kraju”.

W wydanej zaś przez siebie broszurze „Patriota”, o patriotyzmie pisze następująco:
„Patriotą jest ten, czyje publiczne działania powodowane są jedynym motywem — miłością do jego kraju; kto, jako przedstawiciel w parlamencie, własnych nie ma oczekiwań ani obaw, życzliwości ani niechęci, a wszystko podporządkowuje interesom wspólnoty”.

Jak zatem wynikać może nie tylko z powyższych przykładów, ale także żywota tego konserwatywnego publicysty, uczucia patriotyczne miał w wysokiej estymie, przestrzegając jedynie przed indywiduami, patriotyzmem się zasłaniającymi celem realizowania swoich niskich celów. Skądże mógł wiedzieć, że — wieki później, podobne indywidua się będą zasłaniały samym Johnsonem?

Kto na Litwie uważa Polskę za wroga?

Wrogość, mniej lub bardziej wyimaginowana, w relacjach między Polską a Litwą jest dość jednokierunkowa

Wrogość, mniej lub bardziej wyimaginowana, w relacjach między Polską a Litwą jest dość jednokierunkowa

Furorę robią wyniki przeprowadzonego na Litwie badania opinii publicznej, z którego wynika, że 26,8% respondentów uważa Polskę za państwo Litwie wrogie, natomiast za państwo przyjazne Polskę uważa 12,68% respondentów.

Można się spierać o to, na ile tego typu sondaże są reprezentatywne (nie są), ale należy zwrócić uwagę na dwie, niezmiernie istotne kwestie.

Pierwsza to taka, że wyniki te wcale nie pokazują stosunku respondentów do Polski czy Polaków, a jedynie obrazują ich opinię na temat, gorzej lub lepiej rozumianej, „wrogości” Polski wobec Litwy.

Druga zaś, to to, co na taką opinię wpływa. Istotny jest tu także fakt, że opinia o Polsce się w ostatnich latach na Litwie znacznie pogorszyła — więcej osób uważa Polskę za państwo wrogie, a mniej — za przyjazne.

Należy z całą stanowczością podkreślić, że Polska nie podejmowała absolutnie żadnych kroków wobec Litwy, które by można było uznać za „wrogie” i które by usprawiedliwiały taką opinię. Z czego zatem wynika taki właśnie rezultat sondażu? Przede wszystkim z zaniechania — strona polska nie poczyniła żadnych kroków, które by ukróciły negatywną propagandę na temat Polski, która jest sączona do litewskiej przestrzeni informacyjnej — nie tylko przez kanały i media rosyjskie, ale także przez media litewskie i — przede wszystkim! — litewskich polityków, także tych, którzy lubią przy innych okazjach deklarować swoją miłość do Polski, jeśli akurat nadarza się stosowna akcja w mediach.

Takimi wynikami sondażu nie należy się także niepokoić — nie mają one i tak przełożenia na rzeczywistość. Nawet gdyby i 50% respondentów uważało Polskę za wrogi kraj, to i tak litewskie Ministerstwo Ochrony Kraju  włączyłoby się w tworzenie polsko-litewskie-ukraińskiej brygady w ramach NATO, szczególnie, że gros obciążenia finansowego i tak poniesie Polska. Nie miały wpływu na rzeczywistość także wcześniej — kiedy Polskę za kraj przyjazny uznawało 60% respondentów, a tymczasem Koleje Litewskie rozbierały „Orlenowi” tory do Możejek.

Należy dostrzec pewien dualizm, a nawet wielobiegunowość litewskiego stosunku do Polski i Polaków. Otóż, kiedy litewscy politycy deklarują miłość do „Polski”, wcale nie musi to być równoznaczne z miłością do Rzeczypospolitej Polskiej, znajdującej się między Bugiem a Odrą, tylko — zazwyczaj — sprowadza się do afektu do bliżej nieokreślonej idei „Polski”. Dlatego nie ma absolutnie żadnej sprzeczności między sympatią dla „Polski” wyimaginowanej, a równoczesnym czynnym szkodzeniem Polsce fizycznie istniejącej, choćby przez szykanowanie Polaków. Stosunek do Polaków jako narodu jest bowiem w tym układzie kompletnie oderwany od stosunku do „Polski”. Widać to bardzo jaskrawo choćby na przykładzie litewskiego polityka ze „Związku Ojczyzny” Mantasa Adomėnasa, który po transparencie „Lecha” chętnie pozował do zdjęcia z kartką „Litwa wspiera Polskę”, ale już przed ostatnimi wyborami do Polaków się zwracał per „Litwini mówiący po polsku”.

Skomplikowane? Wcale nie. Trzeba tylko wreszcie przestać się kierować w prowadzeniu polityki emocjami.