Obywatelska kontrola państwa — gwarantem skuteczności jego działania

Korupcja jest niewątpliwym problemem każdego systemu politycznego — spotyka się ją i w państwach afrykańskich, i arabskich, i w Ameryce Południowej — dosłownie wszędzie. Nie ustrzega się od niej także Unia Europejska — jak wykazuje badanie samej Komisji Europejskiej, łupem złodziei padać może nawet 25% środków unijnych, wydawanych na zakupy publiczne — czyli około 120 miliardów euro. Sama Komisja przyznaje, że to wynik nadmiaru przepisów i obciążeń administracyjnych, które utrudniają — zamiast ułatwiać! — kontrolę wydawania tych środków.

Jak zatem można ukrócić proceder rozkradania publicznych środków? Z jednej strony — sprawić, by było ich jak najmniej. Obniżyć podatki i zlikwidować nadmierne regulacje, a więc pozwolić ludziom samym organizować sobie szkoły, szpitale i inne usługi. Z drugiej zaś strony — pozwolić obywatelom kontrolować, co z ich pieniędzmi robi ich władza.

W chwili obecnej kontrola obywatelska nad państwem przybiera różne postaci. W Szwajcarii wszystkie ważniejsze decyzje podejmują obywatele w powszechnym referendum. W wielu krajach — w tym Polsce — realizowane są budżety obywatelskie, czyli rozwiązanie, dające mieszkańcom pewien (ograniczony!) wpływ na wydawanie części budżetu samorządu lokalnego.

Osobnym tematem jest kontrola parlamentów — przykładowo, dla Parlamentu Europejskiego takim narzędziem jest portal votewatch.eu, pozwalający na śledzenie, który polityk jak głosuje, czy jest w ogóle obecny i na ilu posiedzeniach i tak dalej. W Polsce takim narzędziem jest prowadzony przez Fundację ePaństwo projekt _mojePaństwo (do niedawna — Sejmometr), będący zbiorem narzędzi, strukturyzujących i umożliwiających korzystanie z informacji publicznych, rozrzuconych w różnych kanałach (Biuletyn Informacji Publicznej, Krajowy Rejestr Sądowy, konta polityków na Twitterze etc.). Litwa takich narzędzi nie posiada i nie jest mi wiadome, by ktokolwiek się tym zajmował.

Jednak wspomniane przeze mnie powyżej systemy obywatelskiej kontroli nie do końca funkcjonują, jak należy. Votewatch może pokazać, jakie państwa i jacy posłowie w jaki sposób głosowali nad ACTA, ale cóż z tego, skoro sam tekst ACTA (jak i jej następcy — TTIP) był pierwotnie utajniony i światło dzienne ujrzał dopiero po „wycieku”? Co z tego, że w Polsce jest _mojePanstwo, jeśli instytucje państwowe często nie chcą podawać do wiadomości publicznej informacji, która w myśl prawa jest informacją publiczną?

Dlatego choćby na poziomie unijnym należałoby wprowadzić pewien standard upubliczniania w takich systemach także projektów tego typu umów lub ustaw (nie tylko umożliwiłoby to obywatelom ściślejszą nad nimi kontrolę, ale także wykluczyłoby korupcjogenne sytuacje, w których projekt akty prawnego znałaby tylko grupa wybranych, wykorzystująca tą ekskluzywną wiedzę do robienia przekrętów), ale także wszelkich publicznych umów oraz faktur (i tak większość jest teraz elektroniczna) z przetargów państwowych — wydaje mi się, że wprowadzenie tego drogą unijną o wiele łatwiej by mogło złamać opór rodzimych urzędników przed dzieleniem się władzą z resztą narodu — który, jak głosi Konstytucja, stanowi władzę w państwie.