Co z tym Dniem Pracy?

Dzień 1 maja w naszej części świata powszechnie jest kojarzony jako Święto Pracy lub po prostu — Dzień Pracy. O ile większość z nas kojarzy to święto z komunizmem i szeroko rozumianą lewicą, to o tyle mało kto się głębiej zastanawia nad jego genezą — a jest to kwestia kluczowa dla zrozumienia tak tego święta, jak i jego sensu.

Otóż 1 maja został ogłoszony Świętem Pracy, czy — jak to wówczas ujęli: Międzynarodowym Dniem Solidarności Ludzi Pracy — przez II Międzynarodówkę socjalistyczną w roku 1889, by upamiętnić zamieszki z Chicago, mające miejsce na początku maja roku 1886. W zamieszkach chodziło wówczas o ośmiogodzinny dzień pracy i gwarancje socjalne dla robotników. Później 1 maja stał się dniem wolnym od pracy, a w III Rzeszy i Związku Sowieckim — świętem państwowym.

Dziś pierwotne założenia Święta Pracy częściowo się zdezaktualizowały. Nie ma już klasy robotniczej takiej, jak była rozumiana sto lat temu. Inne są problemy, dotyczące długości dnia roboczego, urlopów, gwarancji pracowniczych, obciążenia kosztami pracy. Zmienił się też stosunek do tego dnia — jedni nadal, jak i za komuny, zalewają się z tej okazji do nieprzytomności, inni idą na pierwszomajowe marsze, a jeszcze inni postulują odrzucenie tego święta. Wśród tych nurtów od kilku lat przebija się także świętowanie dnia pierwszego maja przez narodowców — tak zorganizowanych, jak i autonomicznych nacjonalistów.

Czy możliwe jest „unarodowienie” Dnia Pracy? Sądzę, że tak. Najpierw światowy kryzys, a teraz kryzys w strefie euro czy kilka spektakularnych wrogich przejęć, dokonywanych przy pomocy państwowej — dobitnie pokazują, że kapitał nie tylko ma narodowość i kraj pochodzenia, ale też polityce narodowej — bądź państwowej — służy, niezależnie od tego, co by nam nie wmawiali doktrynerzy neoliberalizmu. W dobie offsourcingu i rajów podatkowych, dzień ten może się stać dniem nie tylko pracy, ale także dniem świadomości gospodarczej i patriotyzmu konsumenckiego.

Nie jest to także święto stricte świeckie. W roku 1955 Kościół ogłosił dzień 1 maja dniem św. Józefa Rzemieślnika. Święty Józef, oblubieniec Maryi, był cieślą — podobnie, jak Jezus. Dziś nadal istnieje zawód cieśli, podobnie jak mnóstwo innych rzemiosł — a grono rzemieślników się też faktycznie rozszerzyło o grafików, montażystów, programistów, tłumaczy, krawców, szewców, mechaników i innych. I jest to także dobra okazja, by przypomnieć sobie o ważności każdej pracy, jakkolwiek niewidoczna by była, jakkolwiek mało ważna czy godna by się wydawała.

Wszak praca oddala od nas trzy wielkie nieszczęścia — ubóstwo, występek i nudę. Warto o tym pamiętać.

Polacy „priorytetem” dla Litwy? To powód do niepokoju, a nie optymizmu

Mimo deklaracji życzliwości wobec Polaków, za dwujęzyczne napisy grozą kolejne, jeszcze wyższe kary<br/>Fot. Marian Paluszkiewicz

Mimo deklaracji życzliwości wobec Polaków, za dwujęzyczne napisy grozą kolejne, jeszcze wyższe kary
Fot. Marian Paluszkiewicz

Kiedy na Litwie się ogłasza, że rozwiązanie kwestii polskiej jest rzeczą priorytetową dla rządzących, zawsze jest to powodem do niepokoju. Poprzednio w ramach dbałości państwa o Polaków na Wileńszczyźnie działały różne komisje ds. Litwy Wschodniej, które zajmowały się, między innymi, szkalowaniem Armii Krajowej. W ramach programów inwestycji w rozwój regionu budowano rządowe litewskie szkoły, robiące polskim dzieciom pranie mózgów i zatrudniające rozniecających nienawiść pedagogów. Teraz zaś podpisano międzypartyjne porozumienie, dotyczące bezpieczeństwa państwowego — a w nim, obok zwiększenia nakładów na obronność, zapowiedziano także jak najszybsze przyjęcie Ustawy o Mniejszościach Narodowych.

Założenie to z całą pewnością mogłoby cieszyć, gdyby nie realia, w których przyszło nam żyć. Projekt ustawy, która byłaby zgodna i z Konwencją Ramową Rady Europy o Ochronie Mniejszości Narodowych, i z traktatem polsko-litewskim z 1994 (jedyny zarzut można mieć co do niewspółmiernie wysokiego minimalnego odsetka mieszkańców miejscowości — wynoszącego 25% — powyżej którego możliwe byłoby używanie dwujęzycznych napisów czy polskiego języka urzędowego), od roku już tuła się po ministerstwach i gabinetach rządowych, a teraz został przekazany do kolejnych poprawek.

I te właśnie poprawki mogą powodować niepokój. Otóż bowiem powołano rządową grupę roboczą, którą kieruje wicedyrektor Kancelarii Premiera, socjaldemokrata Remigijus Motuzas. W rozmowie z portalem „15min” zapowiedział, że jego grupa będzie próbowała usunąć z ustawy uprawomocnienie dwujęzycznych napisów oraz języka mniejszości w roli urzędowego, ponieważ, jak ujął — „dotyczy to bardziej tylko jednej wspólnoty narodowej”. W ten sposób „poprawiona” ustawa w żaden sposób nie rozwiązuje żadnego problemu polskiej społeczności. 

* * *

Inną drogą zaś idzie Związek Ojczyzny, czyli potocznie litewscy konserwatyści (oficjalna nazwa to „Związek Ojczyzny: Litewscy Chrześcijańscy Demokraci”, dalej ZO), który zgłosił własny projekt o nazwie „Ustawa o Ochronie Praw i Swobód Osób Należących do Mniejszości i Wspólnot Narodowych Republiki Litewskiej”, który nie tylko wprowadza chaos prawny, mieszając pojęcia mniejszości, wspólnot narodowych i nie rozróżniając między autochtonami a imigrantami, ale też aktywnie jeszcze bardziej ograniczając zakres używania języków mniejszości narodowych nawet w porównaniu do sytuacji obecnej.

Ostatnio też Radio WNET przeprowadziło wywiad z Rokasem Žilinskasem, posłem do Seimasu i kandydatem do Parlamentu Europejskiego z ramienia ZO. Poza dominującym w wywiadzie wątkiem nietradycyjnej seksualności Žilinskasa, wspomniano też o kwestii polskiej. Poseł zapowiedział, że należy przede wszystkim rozmawiać (pewnie aż Polacy nie wymrą), a za ustawą, rozwiązującą ewentualne problemy Polaków zagłosowałby wyłącznie w „atmosferze pokoju i spokoju”. Trudno wnioskować, czy zamierza w ten sposób się wyłamać z dyscypliny głosowania nad projektem własnej partii, czy też po prostu naprędce coś zmyślił (podobnie jak to, że w Wilnie się krzyczy „Polska armia silna na ulicach Wilna” — może to się i rymuje, ale sensu nie ma, podobnie jak odzwierciedlenia w rzeczywistości).

Z drugiej zaś strony, pełniący funkcję namiestnika rządu na (zlikwidowany przecież kilka lat temu) Okręg Wileński członek ZO i Związku Strzelców Litwy Audrius Skaistys, kontynuuje swoją krucjatę przeciw polskim napisom. Po olbrzymiej karze o wysokości 43 400 litów, nałożonej na dyrektora administracji samorządu Rejonu Solecznickiego Bolesława Daszkiewicza, obecnie wnioskuje się o dwukrotnie wyższą karę dla dyrektor administracji samorządu Rejonu Wileńskiego, Lucyny Kotłowskiej.

Niewykluczone więc, że w ramach przewidywanego przeze mnie scenariusza pacyfikacji polskiej mniejszości, strona litewska będzie próbowała przepchnąć nie rozwiązującą problemów Polaków Ustawę o Mniejszościach Narodowych, a ewentualne protesty zrzucić na karb „groźnego ekstremizmu”, który zagraża „strategicznemu partnerstwu”. Obym się mylił.