Język polski musi stać się na Wileńszczyźnie urzędowym — dla naszego dobra

Język ojczysty nie może być powodem do wstydu

Język ojczysty nie może być powodem do wstydu

Jednym z postulatów, od początku litewskiej niepodległości podnoszonych przez polską społeczność na Litwie, jest wprowadzenie języka polskiego jako języka urzędowego na Wileńszczyźnie. Prawo takie przewiduje także traktat polsko-litewski oraz inne międzynarodowe zobowiązania przez Litwę przyjęte. Niektórzy jednak nie rozumieją, po co nam to.

Rzeczą oczywistą jest, że Polacy na Litwie nie pojawili się podczas jakiejś fali migracji, zarobkowej to czy politycznej, tylko od zawsze są u siebie, złotymi zgłoskami zapisując się w historii regionu. Dlatego też naszym prawem moralnym jest, by na ziemi, na której od wieków kwitnie polska kultura, zraszana regularnie polską krwią i polskim potem, mogła być używana mowa polska. Europejskie tradycje ochrony praw grup mniejszościowych także przewidują takie rozwiązania, które funkcjonują w praktycznie całej Europie — zaczynając od Szwecji i Finlandii, a kończąc na Hiszpanii, Włoszech czy Chorwacji.

Jednak argumenty prawne i moralne nie zawsze docierają, kiedy w brzuchu burczy. Za takim rozwiązaniem przemawiają jednak także argumenty ekonomiczne — które są najpoważniejsze, jeśli chcemy politykę prowadzić w oparciu o interesy, a nie emocje.

A brzuch burczy o tym, że dziś na Litwie język polski nie jest potrzebny. Nie zdaje się z niego egzaminu państwowego, nie liczy przy rekrutacji na studia, nikt też nie wymaga jego znajomości przy poszukiwaniu pracy, a poza bardzo nielicznymi wyjątkami nie jest nawet traktowana jako zaleta. Za mówienie po polsku w pracy pracownikom Kolei Litewskich grozi obcięcie premii, a gdy któryś z samorządów wspomniał w ogłoszeniu o pracę, że znajomość języka polskiego u kandydatów jest mile widziana, wybuchła afera.

W związku z — między innymi — powyższym, uczniowie szkół polskich nie przykładają się do nauki swego języka ojczystego, nie inwestują czasu w poznawanie jego literatury (jednej z najbogatszych w świecie!), a poza murami szkoły z poprawną polszczyzną w ogóle kontaktu prawie nie mają, więc zapominają ojczystego języka na rzecz sztucznego miksu, tworzonego z zaczerpnięć z rosyjskich filmów, litewskich promocji w markecie i angielskich piosenek na antenie polskiego radia.

Dlatego uczynienie języka polskiego językiem urzędowym podniosłoby rangę polszczyzny także w szkole. Znajomość języka polskiego stałaby się potrzebna, a więc jego uczenie się także. Szkoły byłyby zmuszone inwestować więcej w nauczanie języka polskiego, potrzebni staliby się także poloniści i studia polonistyczne, a wileńscy Polacy staliby się o wiele konkurencyjniejsi na rynku pracy w stosunku do osób przyjezdnych, nie znających lokalnego języka urzędowego — ukróciłoby więc zatem także napływ ludności z innych regionów Litwy (w ten sposób skorzystałyby także te regiony, tracące obecnie gros ludności na rzecz Wilna).

Idąc dalej, należy także zauważyć, że Wileńszczyzna stałaby się w ten sposób również atrakcyjniejsza dla ewentualnych inwestorów z Polski, gdyż nie musieliby ponosić kosztów tłumaczenia dokumentów. O takich korzyściach gospodarczych w tym momencie możemy jedynie pomarzyć. O tym, że tego typu współpraca gospodarcza (analogicznie, mogący prowadzić dokumentację po polsku przedsiębiorcy z Wileńszczyzny mieliby ułatwione inwestowanie i szukanie partnerów w Polsce) przyniosłaby zyski pozwalające na więcej niż pokrycie niewielkich w sumie kosztów dwujęzycznej administracji, można się przekonać choćby na przykładzie regionów, które wprowadziły podobne rozwiązania, jak choćby Tyrolu Południowego na północy Włoch.

Dlatego każdy świadomy Wilniuk, dbający o dobro swego regionu, powinien nie tylko popierać, ale też aktywnie żądać jak najszybszego wprowadzenia języka polskiego jako urzędowego na terenie całej Wileńszczyzny. Przykład zaś wielojęzycznej urzędowo Szwajcarii pokazuje, że takie rozwiązanie nie tylko nie stanowi zagrożenia dla autentycznych lokalnych dialektów, ale wręcz je wzmacnia.

Polityka, emocje i Waldemar Tomaszewski

Emocje w polityce są złym doradcą

Emocje w polityce są złym doradcą

Po głośnym wyjściu z przemówienia Vytautasa Landsbergisa 13 stycznia posłów Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, nie cichną dyskusje na temat przyszłości polskich postulatów, Polaków w koalicji, polityki walki o polskość na Litwie czy relacji polsko-litewskich w ogóle. Kampania przedwyborcza do Parlamentu Europejskiego rozpoczęła się na dobre, co widać choćby po promowaniu w mediach (nawet prowadzonym przez uważanego za liberała Rimvydasa Valatkę portalu 15min) internetowej inicjatywy z hasłem „postarajmy się, by w następnych wyborach [Waldemar Tomaszewski] nie dostał się do Europarlamentu”. Wrą emocje.

Dlatego śmieszne są trochę zarzuty o to, że owo wyjście posłów z sali parlamentarnej było podyktowane emocjami (myślę, że nie było, a emocje samych posłów grały rolę drugorzędną), a zarazem wymienianie przez tych samych komentatorów tego, że „Litwini nas nie lubią” jako skutku protestu polskich posłów. Bo czym argument o sympatii jest, niż właśnie odwoływaniem się do emocji czytelnika? Czytaj dalej

Protest Polaków, szał Landsbergisa

W nowy rok polska społeczność na Litwie wkroczyła silniejsza, niż przed rokiem, ale też z niepokojem. Bo, z jednej strony, mamy swoją reprezentację w Seimasie, Parlamencie Europejskim, wszystkich samorządach Wileńszczyzny, jesteśmy w koalicjach rządzących państwa oraz samorządów wileńskiego i rejonów: wileńskiego i solecznickiego. Jednak rok 2014 zaczął się od wydarzenia bardzo przykrego — oto Wileński Sąd Okręgowy wymierza dyrektorowi administracji samorządu rejonu solecznickiego Bolesławowi Daszkiewiczowi karę o wysokości trudnej do wyobrażenia dla szarego obywatela — 43 400 litów. Za to, że mieszkańcy rejonu solecznickiego na swoich prywatnych posesjach wywiesili dwujęzyczne tabliczki z nazwami ulic.

Niezrozumiałe prześladowania za niezakazane przecież bezpośrednio dwujęzyczne napisy, a także trudności ze stworzeniem Ustawy o Mniejszościach Narodowych — wynikające nie tylko z braku woli większości litewskich polityków, ale także aktywnego sabotowania przez litewski Związek Ojczyzny (zgłoszony przez ZO projekt nie tylko nie rozwiązuje żadnych istniejących problemów, ale też wprowadza nowe) — dobitnie wykazują, że kuluarowy dialog ze stroną litewską nie przynosi efektów, czego odzwierciedleniem jest odezwa Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, w której ubolewa się, że Litwa nie ceni lojalności i uczciwej pracy polskiej społeczności.

Dlatego też, jak sądzę, posłowie i posłanki AWPL do Seimasu postanowili także aktywnie i publicznie zademonstrować swój sprzeciw wobec takiej polityki państwa litewskiego. Dziś, w 21. rocznicę krwawych wydarzeń pod Wieżą Telewizyjną, w skutek których śmierć poniosło 14 osób, w Seimasie miało miejsce uroczyste posiedzenie, podczas którego przemawiać miał Vytautas Landsbergis — przewodniczący Rady Najwyższej Litwy na początku lat dziewięćdziesiątych, a także idol Związku Ojczyzny, znany przez Polaków na Litwie z antypolskich wystąpień. Podczas jego przemówienia, które także wykorzystał do „dołożenia” polskiej społeczności, ośmiu reprezentantów Polaków na Litwie demonstracyjnie opuściło salę, wydało także oświadczenie, wyjaśniające swą postawę.

I po tym ich geście zawrzało. Premier socjaldemokrata Algirdas Butkevičius stwierdził, że takie zachowanie polskich posłów jest „nietolerowalne”, internetowi komentatorzy bluznęli wyzwiskami, groźbami i — w najlepszym przypadku — zawodzeniem, że Polacy na protest wybrali najgorszy możliwy moment, a sam Vytautas Landsbergis, w ramach swego sejmowego przemówienia, ciskał gromami w polską społeczność i jej żądania, dodając, że „nielojalnym osobom należy uniemożliwić pracę w służbie państwowej”.

Takie szerokie echo jest niewątpliwym sukcesem protestu, który na celu miał właśnie zwrócenie uwagi na palące problemy. Wiadomość przeniknęła do mediów nie tylko litewskich i polskich, w momencie pisania tego wpisu widziałem także artykuły na portalach angielskojęzycznych. O tym, że wie o sprawie rząd Rzeczypospolitej Polskiej, wnioskować można z twitterowej wiadomości ministra spraw zagranicznych RP Radosłąwa Sikorskiego:

Myślę, że wybrano doskonały moment do wyrażenia protestu przeciw polityce Litwy, wymierzonej przeciw polskiej mniejszości na Litwie i cechującej się dalece idącym nihilizmem w stosunku do prawnych zobowiązań wobec Polski i Polaków na Litwie. Polityce, której ojcem i ucieleśnieniem jest właśnie Vytautas Landsbergis. Wystąpienie i oświadczenie AWPL musi boleć jego stronnictwo najbardziej — w tym jakże ważnym dla litewskiej niepodległości dniu bowiem pokazuje, że szacunek należny prawdziwym bohaterom 13 stycznia, tym, którzy byli wówczas pod Wieżą Telewizyjną i Seimasem — nie musi iść w parze z afirmacją osoby, działalności i programu Vytautasa Landsbergisa.

Wojna dwóch trumien, którą czas przerwać

W ciągu jednego miesiąca obchodziliśmy dwie rocznice: w grudniu — urodzin Józefa Piłsudskiego, a na początku stycznia — śmierci Romana Dmowskiego. Dwóch mężów stanu, dwóch Tytanów, na których ramionach stanęła niepodległa po 123 latach zaborów Rzeczpospolita Polska. Którzy kształtowali ją, scalali z osobnych bytów, ale też — poprzez wielkość swych osobowości — dzielili. Co gorsza, dzielą nadal.

Dziś pogrobowcy „piłsudczyków” i „endeków” toczą niekończące się boje w internecie o wyższości jednego przywódcy nad drugim, a poziom owych dysput przyprawiłby pewnie tak Romana Dmowskiego, jak i Józefa Piłsudskiego (a sam nie stronił od ostrych i nawet wulgarnych wypowiedzi!) o rozpacz nad stanem ducha narodu. „Endecy” więc wypominają Piłsudskiemu, że w zamachu majowym zabił młodą polską demokrację”, „piłsudczycy” zaś naśmiewają się z nieudolnego endeckiego puczu w styczniu 1919 i przypominają o zabiciu jak najbardziej realnym prezydenta Gabriela Narutowicza. „Endecy”  — że Piłsudski był niemieckim agentem, „piłsudczycy zaś, że Dmowski — rosyjskim. Przypomina się głupich generałów sanacji oraz głupiego Hallera, Dmowski zostaje mianowany „idolem neonazistów”, a Piłsudskiemu się wyrzeka za napad na pociąg i kryminalną działalność partyjnego kolegi, Łukasza Siemiątkowskiego ps. „Tata Tasiemka”. W tle zaś tych czy innych, a zawsze wyrywanych z kontekstu cytatów przewijają się dywagacje na temat prowadzenia się matek dyskutantów, wyzwiska i życzenia rychłej a nieprzyjemnej śmierci.

Mocno przeze mnie nielubiany Jerzy Giedroyc miał wygłosić frazę, świechtaną do bólu, jakoby Polską rządziły dwie trumny — Romana Dmowskiego i Józefa Piłsudskiego. Nie jest to, niestety, prawdą. Ich trumny służą ich fanom za tarany bądź maczugi do okładania się nawzajem. Co najsmutniejsze — tak neopiłsudczyków jak i neoendeków łączy w poglądach praktycznie wszystko, a dzieli jedynie stosunek do swych idoli.

Kiedy więc obserwuję te zażarte boje o — właśnie o co? — toczone z budzącymi podziw oraz zazdrość zapałem i energią, to się czasem czasem zastanawiam, jaki by mieli stosunek do tego sami zainteresowani — Piłsudski i Dmowski? Czy nie byłoby tak, że gdyby tylko wiedzieli, co spór o ich spór będzie czynił z narodem, to by — mimo szczerej do siebie niechęci — obydwaj panowie, Polskę i Polaków kochający — mimo często ostrego ich krytykowania — nad wszystko, podaliby sobie czym prędzej ręce? Czas i świat nie stoją w miejscu — ze zmieniającej się rzeczywistości doskonale zdawali sobie sprawę obaj wielcy przywódcy Polaków. Ci więc, którzy chcieliby ich naśladować, powinni też ten wniosek sobie przyswoić i zakończyć bezsensowny, z przy tym kontrproduktywny dla obu obozów polskich patriotów spór.