Jeszcze zła wola, czy już głupota Dali Grybauskaitė?

Że mniejszości narodowe na Litwie nie powinny oczekiwać od głowy państwa litewskiego niczego dobrego, wiadomo nie od dziś. Najjaskrawszym przypadkiem złej woli i — być może? — osobistego szowinizmu prezydent Dali Grybauskaitė był jej poniżający komentarz po podpisaniu nowelizacji Ustawy o Oświacie — że oto mniejszości, których głos w tej sprawie kompletnie zignorowała, będą się czuły dzięki temu „szanowane” i „staną się pełnoprawnymi obywatelami”.

Nie było zatem niespodzianką, gdy głowa państwa negatywnie wypowiedziała się o planowanym od dłuuugiego czasu przyjęciu Ustawy o Oświacie — do standardowych już pogróżek o rzekomym złamaniu Konstytucji dołączyła nowa nuta — otóż, zdaniem Grybauskaitė, ustawa ta uprawomocniłaby wielojęzyczność i kiedyś, po możliwym napłynięciu robotników z Chin, trzeba będzie uczynić język chiński urzędowym.
O głupotę trudno głowę państwa podejrzewać — wszak była i sowiecką aparatczycą, i wykładała w partyjnej szkole, ostatecznie była też w Komisji Europejskiej. Pozostaje więc chyba tylko jej zła wola — a tej trzeba naprawdę wiele, by prawa mniejszości narodowych mylić z kwestiami dotyczącymi imigrantów, których te prawa nie obejmują — zagadnienia te w ogóle nie mają nic wspólnego. Tylko skąd tej złej woli aż tyle?

„Biada pokoleniu, którego bohaterzy są w pogardzie”

Te słowa z Talmudu doskonale pasują do naszego pokolenia. Oto bowiem 7 grudnia odszedł w wieku 113 lat na Wieczną Wartę kapitan Józef Kowalski — ostatni człowiek, urodzony w XIX wieku, ostatni weteran wojny polsko-bolszewickiej i ostatniej wielkiej bitwy kawaleryjskiej w historii, najstarszy mężczyzna na Ziemi. Człowiek, który żył w trzech wiekach, z czego jeden przeżył w całości, od pierwszej chwili do ostatniej. Na jego pogrzebie nie było prezydentów ani królów, nie zapłakał po nim żaden celebryta w kolorowych pismach, nie ogłoszono żałoby narodowej, a w gazetach nie czytaliśmy o nim opasłych nekrologów. Odszedł po żołniersku, zachowując do końca jasność umysłu i bez pompy.

Ta sytuacja pchnęła mnie do refleksji nad dwoma rzeczami.

Jedna kwestia to to, ilu z moich znajomych — Polaków — wrzucała na tablicach na Facebooku odnośniki do informacji o śmierci polityka Nelsona Mandeli, aktora Paula Walkera, wcześniej piosenkarza Michaela Jacksona, wcześniej aktora Heatha Ledgera, w międzyczasie aktora Vytautasa Šapranauskasa etc. Ile zawsze przy tym było czułego rozpamiętywania o zmarłych, jaki wpływ mieli na życie piszących i ile do niego wnieśli, a jak bardzo ich będzie brakowało.
I w tym wszystkim zupełnie nie zdajemy sobie sprawy, że gdyby nie tysiące takich Józefów Kowalskich wtedy w roku 1920, to byśmy się nie mogli dziś zachwycać Walkerem i efektownymi scenami pościgów samochodowych w „Szybkich i wściekłych”. Oczywiście, że żołnierze nie walczyli i nie ginęli dla sławy, tylko właśnie po to, byśmy my — potomni — mogli bez obaw oddawać się rozrywkom i nie martwić o bezpieczeństwo kraju. O ich ofierze winniśmy jednak pamiętać — a jakże często lubimy zapominać.

Druga refleksja dotyczy wieku. Przez całą historię naszego gatunku ludzi starszych traktowaliśmy z szacunkiem. Wyczynem było dożycie pewnego wieku, a poza tym, człowiek stary posiadał wiedzę, którą się mógł dzielić z resztą. Dziś przestaje to być aktualne — nauczycielem zostaje człowiek w wieku dwudziestukilku lat, większość wiedzy czerpiemy z internetu, a człowiek stary przestaje być potrzebny. Staje się obciążeniem, a do tego zazwyczaj nie obsługuje komputera i nie potrafi założyć sobie fanpejdża na Facebooku, więc jak go lubić?

Wydaje mi się, że beztroska najdłużej w historii trwającego w naszej części świata okresu pokoju z jednej, a technologizacja i ciągły wyścig z czasem z drugiej strony powodują, że nasze pokolenie rzeczywiście się w niektórych aspektach wyrodziło. Mieszają się nam priorytety i autorytety. I w sytuacjach takich jak ta — kiedy wraz z odejściem ostatniego uczestnika Bitwy Warszawskiej zamyka się pewien rozdział historii — warto się nad tym szczególnie zastanowić.