Zawód Niepodległości 2013

W tym roku Święto Niepodległości spędziłem w Warszawie. Po to, by wziąć udział w jednej z największych manifestacji patriotycznych w Europie, spotkać się z licznymi przyjaciółmi i po prostu pewne rzeczy przeżyć samemu. Byłem, przeżyłem, zawiodłem się.

Z rana naprędce posprawdzałem wiadomości i pierwszy szok — oto „Gazeta Wyborcza” straszy w Święto Niepodległości nagłówkami „Niepodległość? Jestem przeciw” oraz „Rozbiory oznaczały postęp i modernizację”. Jakiś czas sobie założyłem, że będę unikał używania na tym blogu słów wulgarnych, więc jedynie pozostaje mi postawę „Gazety” skwitować jako padalczą.

Na początek byłem na oficjalnych obchodach na Placu Piłsudskiego. Plac otoczono barierką, barierkę podmokłym trawnikiem, na którym stali ludzie. Także więc stałem się gawiedzią stojącą w błocie i słuchałem, co kto mówi. Było poprawnie, ale odnoszę wrażenie, że dość sztywno. Prezydent Litwy Dalia Grybauskaitė, wbrew zapowiedzi, nie przybyła (spotkała się później z Prezydentem Bronisławem Komorowskim prywatnie), pojawiły się za to transparenty z hasłami apelującymi o obronę Polaków na Litwie — co jest bardzo miłe. Prezydent w przemówieniu pocisnął Ruchowi Narodowemu, po czym ruszył „Marsz dla Niepodległej”, zbrojny w różnokolorowe kotyliony — a to czerwono-białe, a to biało-czerwone — ale także prawdziwy czołg, pamiętający jeszcze Bitwę Warszawską Renault FT-17.

W „Marszu dla Niepodległej” spodobał mi się spokój i minidefilada, fantastyczną atrakcją był czołg (ale też umówmy się — poza tym fajnym „wodotryskiem” można było zrobić też prawdziwą defiladę, bo Polska ma czołgi nowoczesne i nie mniej fajne), ale zabrakło bardziej podniosłej atmosfery przy śpiewaniu hymnu. Nie spodobało mi się pewne upolitycznienie imprezy, bajzel z kotylionami — no i to błoto. Podobno bałagan był także z obsługą prasową na zapleczu obchodów, ale o tym wiem tylko z pogłosek. Fajne było wstawiennictwo za nami w postaci transparentów.

Zaraz „Marszu dla Niepodległej” udałem się na Marsz Niepodległości organizowany przez Ruch Narodowy, mający wystartować z Ronda Dmowskiego. Marsz poprzedzony był przemówieniami liderów Ruchu Narodowego i jego gości, także bardzo politycznymi i nie szczędzącymi gorzkich słów obecnie rządzącym.

W oczy rzucało się morze flag i ludzi — sam ogrom masy ludzkiej robił niesamowite wrażenie. Marsz wyruszył ze sporym opóźnieniem, szedł także dłuższą trasą. Pierwszy incydent miał miejsce przy wylocie ulicy Skorupki, gdzie doszło do starcia grupki osób, które oddzieliły się od marszu, z osobami z pobliskiego squatu. Miało miejsce rzucanie butelkami, kamieniami, racami, wyrywanie drzewek i ataki na dziennikarzy — i uważam, że za te sceny odpowiedzialność powinni ponieść ich uczestnicy tak ze squatu, jak i zamaskowani chuligani z marszu.

Po drodze błyskawicą dociera wiadomość, że spłonęła tęcza przy Placu Zbawiciela (sporo oddalonego od trasy marszu) — atrakcja środowisk homoseksualnych, fundowana im z kasy podatników. Tłum śpiewa „Nie ma tęczy, aeaeao, aeaeao, aeaeao”, maszerujemy dalej, niemal bez przeszkód, aż do Belwederskiej, gdzie policja rozdziela marsz na dwie grupy, jedną puszczając dalej, a drugą otaczając. Chodzi pogłoska, że marsz został rozwiązany przez ratusz, tłok, śpiewamy hymn.

Po jakimś czasie kolumna znów rusza do przodu, w bocznych uliczkach mijamy kordony policji z tarczami, atmosfera nieco przytłaczająca. Mijamy ambasadę Rosji i staje się jasny powód zatrzymania marszu — przy ambasadzie płoną dwa spore ogniska. Po dojściu do Agrykoli odłączam się od marszu, na Placu na Rozdrożu mnóstwo policji.

O ile w roku poprzednim rzeczywiście można było mówić o policyjnej prowokacji, kiedy to zablokowano dwudziestu tysiącom ludzi wszystkie drogi i zaczęto ich gazować już na początku marszu, to o tyle w tym roku Straż Marszu Niepodległości i policja pracowały o wiele lepiej, chociaż odnoszę wrażenie, że brakowało między nimi koordynacji działań i w ogóle komunikacji.

Wśród stu tysięcy uczestników marszu dominowali zwykli Polacy — rodzice z dziećmi, osoby w średnim wieku, studenci, uczniowie etc. Niestety, wśród nich były też osoby pijane, a także ludzie, rzucający pod nogi petardami hukowymi (tzw. „achtungi) i odpalające race, gdzie i jak popadnie. Jestem kibicem i lubię pirotechnikę, każdy się zapewne też zgodzi, że pięknie wygląda wieczorem morze rac. Ale piro powinno być odpalane odpowiedzialnie, a nie w sposób, stwarzający zagrożenie dla uczestników marszu. Jeśli ktoś rzuca achtungami pod nogi rodziny z wózkiem (a byłem świadkiem takich sytuacji), to jest bydlakiem i powinien Święto Niepodległości spędzać odizolowany od normalnych ludzi, a nie na marszu.

W Marszu przeszkadzało mi nadmierne upolitycznienie, brak porządku i powagi święta, ludzie, którzy w trakcie śpiewania hymnu podskakiwali sobie w czapkach z racami jak małpy, dużo nachalnych osób (w roku poprzednim tego nie widziałem), oraz ekscesy, które nie miały prawa mieć miejsca w Dniu Niepodległości. Strasznie przykre jest to, że obraz największej patriotycznej manifestacji zdominowany został przez szukających zadymy. Można kontestować istniejący system, ale na walkę polityczną z nim ma się 364 pozostałe dni. Za demolowanie samochodów czy bicie dziennikarzy natomiast powinny być surowe kary — Stowarzyszenie „Marsz Niepodległości” powinno moim zdaniem wystąpić z powództwem cywilnym o odszkodowanie wobec bandytów.

Chciałbym, by w przyszłości przez Warszawę szedł Marsz Niepodległości większy i dostojniejszy, bez pijanego bydła, achtungów pod nogami, bez sporów i przede wszystkim — bez burd. Chciałbym, by był to Marsz Polaków odpowiedzialnych, radośnie świętujących niepodległość wbrew dzielącemu ich na co dzień złu. Miałem nadzieję, że taki będzie w tym roku — i jestem zawiedziony.