O wykradzionej prywatnej korespondencji Przemysława Holochera a wileńskim bagienku

W Polsce jakiś czas temu przebrzmiały echa kradzieży danych z konta na Facebooku byłego prezesa Obozu Narodowo-Radykalnego, Przemysława Holochera. Na Wileńszczyźnie nikt się w sumie sprawą za bardzo nie zainteresował, aż do wczoraj, kiedy to sprawa została poruszona przez Ewelinę Mokrzecką na łamach portalu internetowego Radia „Znad Wilii”, a dziś na łamach największego litewskiego dziennika — „Lietuvos Rytas”. Autorka ogólnie przegrzebała się przez skradzioną korespondencję i przytoczyła cytaty (plus kilka dodała od siebie), które dotyczyć miały Wilna.

Jako osoba wymieniona w artykule z nazwiska, czuję się wywołany do tablicy, bo od wczoraj nie cichnie mi telefon i komunikatory, że „zobacz, co o tobie napisali”.

Otóż o mnie — nic złego. Problemem z tą publikacją jest kwestia zgoła innej natury. Otóż, i publikacja, i dobór do niej zdjęcia, a także późniejsze przedrukowanie w „Lietuvos Rytasie” — jest atakiem na środowiska kibiców „Polonii” Wilno oraz Wileńskiej Młodzieży Patriotycznej, którym od blisko roku próbuje się przykleić łatki „faszystów” ze względu na wysoką społeczną aktywność, szacunek do swojej narodowej oraz regionalnej tożsamości i historii oraz — przede wszystkim! — niezależność.

W przytoczonej przez autorkę korespondencji środowiska te są jedynie wspominane, jako istniejące — że tworzą profile na Facebooku, organizowali obchody 150. rocznicy Powstania Styczniowego i koncert jej poświęcony, czy śpiewają „Mazurka Dąbrowskiego”. W tekście się nie wspomina, że przy okazji organizowały zbiórkę na dom dziecka w Wilnie, wieczory filmu polskiego czy akcje promujące wiedzę o Wilnie, a także wiele innych inicjatyw. Nie przeszkadza to jednak po publikacji różnym osobom nie znającym tych środowisk w atakowaniu ich za faszyzm, czy wręcz sugerowaniu, że Obóz Narodowo-Radykalny tworzy swoją filię w Wilnie (co byłoby niemożliwe nie tylko ze względu na różnice w realiach panujących po dwóch stronach granicy, ale przede wszystkim ze względu na kwestie prawne).

Wobec Przemysława Holochera dopuszczono się rzeczy nikczemnej — wykradziono i upubliczniono jego prywatną korespondencję wyłącznie ze względu na jego poglądy. Jest to rzecz nie tylko niezgodna z prawem i karalna (Art. 267 KK RP, Art. 166, 167 i 168 KK RL), ale także moralnie obrzydliwa. Powód jest banalnie prosty — każdy ma jakieś poglądy, a nie ma żadnej gwarancji, że ktoś inny, dysponujący odpowiednimi środkami, nie uzna tych poglądów za „faszystowskie”, „komunistyczne” czy w inny sposób „niewłaściwe” — i nie wykorzysta tego określenia do usprawiedliwienia pozbawienia nas znaczącej części życia prywatnego. Dlatego tajemnica korespondencji jest rzeczą świętą i w przypadku wycieku korespondencji prywatnej Przemysława Holochera wszystkie polskie media — łącznie z tymi wrogimi wobec ONR — kradzież danych potępiły. I żadne z nich nie zajmowało się publicznym analizowaniem treści wykradzionych listów — Ewelina Mokrzecka zrobiła to pierwsza.

Nie jest żadną tajemnicą, że Mokrzecka, ujmując to bardzo delikatnie, nie darzy sympatią ani mnie osobiście, ani też — ze względu na odmienne poglądy lub może też innych, nie wiem — środowisk kibiców „Polonii” Wilno czy Wileńskiej Młodzieży Patriotycznej. Ma do tego prawo i będę tego jej prawa bronił. Jest mi jednak zwyczajnie, po ludzku przykro, że użyła skradzionych informacji i łamów zasłużonego dla polskości radia oraz tego radia kontaktów z litewskim dziennikiem, by prowadzić swoją świętą wojenkę przeciw tym, kogo prywatnie nie lubi. Nie tylko bowiem są to metody nieuczciwe i niezasłużone, ale przede wszystkim — niskie.