„Polak pan, a Litwin cham”? Skończmy z tym

Transparent „Litewski chamie, klęknij przed polskim panem”<br>Fot. Specyficzne Fotki Kibicowskie

Transparent „Litewski chamie, klęknij przed polskim panem”
Fot. Specyficzne Fotki Kibicowskie

Kiedyś, dawno już temu, na wykładzie z biofizyki na Uniwersytecie Wileńskim, profesor Dobilas Jonas Kirvelis opowieść o społeczeństwie kreatywnym i tym, dlaczego na Litwie nie istnieje, zaczął od słów: „Polacy mówią »Polak Pan, a Litwin cham«”. Jako że na litewskiej uczelni większość studentów stanowili Litwini, to część się oburzała, a część wzruszała ramionami. Mnie jednego chyba na sali uderzyło wówczas coś całkowicie innego — bo ja nigdy w życiu nie słyszałem żadnego Polaka, który by się tym hasłem posługiwał! Zawsze słyszałem o tym od Litwinów, a nigdy od Polaków.

Później, przy okazji lektury jakichś międzywojennych gazet, przeczytałem, że hasło to stworzone zostało przez ojców litewskiego „odrodzenia narodowego”, by z jego pomocą zniechęcać „litwomanów” do „polonizatorów”, a „cham” wówczas oznaczał po prostu „chłopa”. I się cieszyłem, że to nie my to prymitywne i polotu pozbawione hasło wymyśliliśmy.

* * *

Gdy po meczu oburzano się na kibiców „Lecha” za okrzyki „Polskie Wilno” i „Jesteśmy u siebie”, uznałem to za absurdalne ataki i czepialstwo. Odczuwałem też żal po artykule księdza Edy Jaworskiego, inicjatora akcji „Poznaniacy Rossie”, w którym publicznie gromił kibiców Kolejorza za te hasła, a później, gdy temat z typowym sobie wdziękiem podchwyciła „Gazeta Wyborcza”, porównał ich do Niemców, śpiewających „Deutschland, Deutschland über alles” we Wrocławiu — nie tylko ze względu na niestosowność porównania, ale także dlatego, że był to prezent dla mediów litewskich — które tekst ks. Edy jeszcze tego samego dnia przetłumaczyły i zaczęły złośliwie reinterpretować. Wiem, że ks. Edmund Jaworski, którego mam wielką przyjemność znać osobiście, kocha Wilno i Wileńszczyznę, i że działał kierowany troską o nas i wyłącznie dobrą wolą. Szanuję więc jego opinię, chociaż się z nią nie zgadzam. Rozumiem jego postawę i motywy, które kazały mu zająć właśnie takie, a nie inne stanowisko. Za tę troskę o nas pozostanę niezmiennie wdzięczny. Mimo to odczuwam żal za pożywkę dla litewskich szowinistów — można było to zrobić inaczej, dobrać inne słowa.

* * *

Gdy wczoraj grał w Poznaniu „Lech” z wileńskim „Žalgirisem”, nie mogłem oglądać go w całości, a jedynie śledzić akcję wyrywkowo. Dlatego o wyniku — przegranej mimo wygranej („Lech” wygrał mecz wynikiem 2:1, ale do dalszego etapu i tak awansował „Žalgiris”, a „Kolejorz” odpadł) — dowiedziałem się dopiero po fakcie. Podobnie, jak o rozwiniętym podczas meczu przez kibiców „Lecha” transparencie z napisem „Litewski chamie, klęknij przed polskim panem”.

Jestem w stanie zrozumieć kibiców „Lecha”. Mają prawo nie lubić Litwinów za „polską k..ę”, skandowaną na meczu w Wilnie, za zagwizdywanie „Mazurka Dąbrowskiego”, czy za zniszczone przez fanów „Žalgirisu” samochody. Mają prawo nie lubić kibiców „Žalgirisu”, którzy rzucając pod Ostrą Bramą puszkami, prowokowali do bójki, po czym ukrywali się za policjantami, czy po meczu zapowiadali wyjazd do „krainy złych smerfów”, czyli Poznania. Ostatecznie, mają prawo być źli na Litwinów jako obywatele państwa, któremu od ponad dwóch dekad Litwa gra na nosie, złośliwie ignorując wszelkie zobowiązania (łatwo przecież policzyć, ile punktów traktatu polsko-litewskiego Litwa łamie) czy umowy. Ostatecznie — kibice „Lecha” mają prawo mieć do Litwinów żal za traktowanie Polaków na Litwie, wszak rodaków. I jestem w stanie zrozumieć i uszanować te motywacje. Za szczerą troskę i pamięć o nas jestem i będę zawsze wdzięczny. Ale odczuwam żal z powodu tego transparentu.

Mógłbym napisać, że stadion rządzi się swoimi prawami — hasła są często przesadzone, muszą być krótkie i skondensowane, że panuje własna, stadionowa licentia poetica, że kibicom chodziło o pokazanie swojej wyższości nad piłkarzami i fanami „Žalgirisu” i nic więcej. Mógłbym spytać, czy skoro za „polską k….ę” nikt się nie obrażał, to dlaczego „litewski cham” budzi takie emocje. Ale tego nie zrobię. Akcję z transparentem „Litewski chamie, klęknij przed polskim panem” uważam za akcję nieprzemyślaną, która na dalszą metę Polakom na Litwie zaszkodzi. Dostarczy litewskim mediom tematu do nagonki na kolejne tygodnie, a polskim „stronnikom przyjaźni” motywu do przepraszania Litwinów na kolejne lata (a wszak jeszcze nie przeprosiliśmy za Żeligowskiego!). A jeśli profesor Dobilas Kirvelis wciąż nie zarzucił prób budowania twórczego społeczeństwa (a mam nadzieję, że nie zarzucił, bo tego jego wykładu — mimo takiego, a nie innego wstępu — słuchałem z wielką przyjemnością i zainteresowaniem) i nadal posługuje się tą metaforą, to nikt już nie powie, że przecież Polacy takimi hasłami nie operują. Odczuwam więc żal z powodu tej akcji — można było to zrobić inaczej, dobrać inne słowa, by wyrazić postawę przecież zrozumiałą i bliską.

Po meczu w Wilnie broniłem kibiców „Lecha” przed księdzem Edą, a księdza Edy broniłem w oczach kibiców. Mam szczerą nadzieję, że dojdzie do zapowiadanego spotkania między nimi i że razem zdziałają wiele dobrych rzeczy dla Poznania, Wielkopolski, a także dla Wilna, które im jednakowo leży na sercu. Z doświadczenia wiem, że można razem pracować i osiągać piękne efekty niezależnie od różnic światopoglądowych. I choć nie mam zamiaru ciskać gromem w inicjatorów akcji z banerem ani za nich przepraszać, jednak nijak nie mogę i nie będę bronić transparentu „Litewski chamie, klęknij przed polskim panem”. Wiem, że kibolom „Lecha” przyświecały dobre intencje, ale w operowaniu hasłami sprzed stu lat, mającymi powiązać konflikt etniczny z walką klasową — po prostu brakuje klasy.

Kibice „Lecha” z Wilna wyjechali, a niesmak pozostał

Pocięta opona. Kibic „Žalgirisu” był tak gorliwy, że pociął się przy okazji sam.

Pocięta opona. Fan „Žalgirisu” był tak gorliwy, że pociął się przy okazji sam.

Histeria medialna w temacie przyjazdu do Wilna kibiców Lecha Poznań wybuchła niemal w tym samym momencie, w którym ogłoszono wyniki losowania, z których wynikało, że „Lech” zagra z wileńskim „Žalgirisem”. Litewska prasa z lubością rozpisywała się o wizycie kibiców „Legii” w roku 2007, opisywała „największe w historii Finlandii zamieszki”, jakie wywołała parę dni wcześniej Wiara Lecha w Helsinkach (przewrócono wówczas płotek), a pewna poważna gazeta posunęła się nawet do tego, by potencjalne chuligańskie zachowanie podpiąć pod postulaty Polaków na Litwie i w ten sposób z kibiców uczynić siłę nacisku politycznego na biedną Litwę, która właśnie sobie radośnie prezyduje w Radzie Unii Europejskiej.

W dzień meczu nie było lepiej — od rana media „minuta po minucie” donosiły o zatrzymaniu dwóch osób sikających gdzieś na murek czy o tym, jak niebieskobarwne hordy powtarzają „polską okupację” i stołują się w starówkowych knajpach, jakby im ktoś pozwolił. Podpisująca się jako „dziennikarka” Daiva Žeimytė w programie „Litwa na żywo” zaś z oburzeniem informowała, że goście na Litwę wiozą „kominiarki i ochrony na zęby”.

I nic z tego nie wyszło. Dzień minął spokojnie (chociaż nie dla piłkarzy „Lecha”, muszących tłumaczyć się kibicom z haniebnie słabej gry), a kibice pojechali do domów, ze sobą zabierając dobre wrażenia zamiast szczątków splądrowanej Stolicy Suwerennej Litwy. I kibice „Lecha”, i Wilnianie z pewnością mile wspominać będą śpiewanego (w całości!) pod Ostrą Bramą „Mazurka Dąbrowskiego”, dźwięk swoich, zlewających się w dudniący pomruk kroków w drodze do stadionu, czy emocje towarzyszące samej grzej.  Pozostanie jednak także niesmak.

Niesmak po siejącej nienawiść medialnej histerii, którą dziś pewne „orle pióro” usprawiedliwia, że „trzeba dmuchać na zimne”. Niesmak po demagogii tych wszystkich, którzy oczekiwali na zamieszki i wręcz chcieli, by się odbyły. Niesmak po ludzkiej miałkości i podłości. Po zielonych trybunach fanów „Žalgirisu”, krzyczących „Polska kur…”, po liderze kibiców „Žalgirisu” — „Pietų IV” — Ingvarasie Butautasie, który po meczu na łamach jednego z portali straszył odpowiedzialnością karną za hasła „Polskie Wilno” i „Jesteśmy u siebie”. Po tych wszystkich pożal się Boże „kibicach”, którzy na gości z Poznania bluzgali i zagwizdywali śpiewanego na początku meczu „Mazurka Dąbrowskiego”, gdy oddzielał ich kordon policji, a milkli, kiedy policja patrzyła gdzie indziej.

Szczególny zaś niesmak wywołała wiadomość następnego dnia — że na parkingu jednego ze stołecznych hoteli zniszczono dwa samochody gości z Poznania. W obydwu pocięto opony, na karoseriach obu aut wydrapano także literę „Ž” — symbol „Žalgirisu”.

Efekty nocnej wizyty dzielnych kibiców „Žalgirisu” na hotelowym parkingu.

Efekty nocnej wizyty dzielnych fanów „Žalgirisu” na hotelowym parkingu.

Goście wykosztowali się na nowe opony, wykosztują się także na lakiernika. Niesmak po takiej „gościnności” jednak zostanie zapamiętany na długo.