Obchody rocznicy Wołynia z wileńskiej perspektywy

Dziś mija równo 70 lat od wydarzeń, które historia zapamiętała jako „Krwawą Niedzielę” — kulminacyjny dzień rzezi dokonywanych przez bandy UPA na ludności polskiej na terenie południowo-wschodnich województw II Rzeczypospolitej Polskiej.

Rocznica ta jest rocznicą na swój sposób unikalną. Jest to bowiem chyba ostatnia już okrągła rocznica tych wydarzeń, w której udział biorą żywi jeszcze świadkowie i uczestnicy tych wydarzeń. Jest to także pierwsza okrągła rocznica, obchodzona tak publicznie, która w Polsce wywołała tak szeroko zakrojone dyskusje na temat nie tylko wydarzeń na Wołyniu i w sąsiednich województwach, ale także o pamięci historycznej i prawie ofiar do cierpienia.

W ciemnym okresie komunizmu zbrodnie na Polakach, popełniane na terenie przedwojennych wschodnich województw Polski, były przemilczane, tak jak publicznie nie miała prawa istnieć pamięć o tym, że ziemie te należały kiedykolwiek do Polski. Jednak po transformacji ustrojowej w roku 1989, nie nastąpił przełom i nadal nie mówiło się o tamtych wydarzeniach. Dlaczego, skoro nie istniało już totalitarne państwo, które by cenzurowało pamięć, a wciąż żyli pamiętający?

Wynikało to z doktryny politycznej, jaką przyjęły dla Polski jej nowe elity polityczne po roku 1989 — znanej jako „doktryna Giedroycia”, „linia »Kultury«” czy „ULB”. Strasząc sowiecką Rosją, doktryna owa postulowała wspieranie ruchów niepodległościowych Litwy, Białorusi i Ukrainy, a w kwestii jakiegokolwiek polskiego dziedzictwa na wschód od powojennych granic Polski czy Polaków nadal tam żyjących, autor tej ideologii, Jerzy Giedroyc, miał do powiedzenia tylko jedno — „Należy zapomnieć”.

Parę lat po transformacji w Polsce i po części w jej skutek, upadł Związek Sowiecki, powstały niepodległe Ukraina, Litwa i Białoruś, które Polska uznała bez warunków i pretensji terytorialnych czy jakichkolwiek innych, a ideologia Jerzego Giedroycia uległa — zdawałoby się — dezaktualizacji. Można się zastanawiać, dlaczego wówczas jeszcze żyjący autor nie zdjął swej anatemy z setek tysięcy wciąż żyjących tam Polaków i lekką ręką skazał ich na los okrutny, na który w wiekach dawniejszych skazywano najcięższych zbrodniarzy — zapomnienie. Sam Jerzy Giedroyc na to pytanie nie odpowie, zmarł bowiem 14 września 2000 roku w Maisons-Laffitte pod Paryżem, skąd od wojny kreował polską politykę.

Skoro więc ideologia ta przestała być aktualna dwie dekady temu, dlaczego nadal prawda o męczeństwie Polaków na Wschodzie podczas wojny z tak wielkim trudem przebija się do świadomości publicznej, a nadal bardzo dużo starań dokłada się, by te sprawy przemilczać?

Dla nas w Wilnie Wołyń ma wymiar nie tylko pamięci o straszliwym męczeństwie naszych rodaków — losu, którego uniknęliśmy, chociaż Wileńszczyznę także planowano i próbowano „oczyścić” z ludności polskiej — ale także wspólnoty krzywdy, gdyż nosimy w zbiorowej tożsamości (wielu nawet o niej nie wiedząc) palącą bliznę Ponar, o których, podobnie jak o Wołyniu, nie chce słyszeć wielu polityków, wolących poświęcić pamięć na rzecz pozorowanie przyjaznego poklepywania się z kolegami z krajów sąsiedzkich podczas opłacanych z podatków delegacji i uprawiania „dobrosąsiedzkich stosunków”. W tym dniu szczególnie warto jest jednak wiedzieć, że tylko prawda, jakkolwiek bolesna by nie była, może prowadzić do prawdziwej przyjaźni — nigdy fałsz.

Kto wiceministra nie uczył angielskiego

Każdy już zapewne widział filmik, na którym wiceminister spraw zagranicznych Republiki Litewskiej Vytautas Leškevičius próbuje mówić po angielsku. Nagranie owo dostarczyło znacznego ubawu tym, kto angielski zna, irytacji tym, za czyją kasę z podatków wiceminister się publicznie wypowiadał, a maturzystom powodów do żądania zmienienia kryteriów oceniania na egzaminach maturalnych z języka angielskiego.

Gdyby podejść do zagadnienia fachowo, to należy przyznać, że wiceminister Leškevičius ma dość bogate słownictwo i zdaje się nawet rozumieć znaczenie większości używanych przez siebie słów. Problemem jawi się łączenie ich w struktury zdaniowe i wyrażanie za ich pośrednictwem myśli, a katastrofą — horrendalnie długie pauzy. Sytuacji nie ratuje też próba zażartowania na początku wypowiedzi — wiceminister zapewne słyszał na kursach publicznego mówienia czy innego NLP o tym, że rzucenie żarciku przed wystąpienie rozluźnia atmosferę i skupia uwagę słuchaczy, ale znów mu nie wyszło w praktyce. Trudno ocenić, czy zawiniła trema (tak się w sumie tylko śmieję, bo jaką tremę ma niby prawo mieć zawodowy dyplomata?), czy też to, że wiceminister myśl formułuje po litewsku, później ją tłumaczy sobie w myślach na angielski, po czym próbuje ją wyartykułować, a co dwa słowa gubi wątek.

Teoretycznie nie powinienem się natrząsać z Vytautasa Leškevičiusa, bo każdemu może się przytrafić zły dzień czy potrzeba porozumiewania się w obcym języku. Tym bardziej, że jest przecież człowiekiem, który do szkoły chodził w czasach, gdy nauczanie angielskiego kulało na obie nogi. Sam się jednak podłożył — w Parlamencie Europejskim pracują rzesze tłumaczy, na bieżąco przekładających każdą wypowiedź z jednego języka na inne. W tym też z litewskiego i na angielski. Skoro więc wicemin chciał się popisać, to się popisał.

Przed rozpoczęciem pracy obecnego rządu, miłościwie rządząca krajem Prezydenta Dalia Grybauskaitė sprawdzała kandydatów na ministrów pod kątem znajomości języków z myślą o zbliżającej się prezydencji właśnie. Kandydatów na zastępców już widać nie sprawdziła. A czy udałoby się uniknąć tej popularyzacji Litwy w internetach przez Vytautasa Leškevičiusa, gdyby sprawdziła?

Parę lat temu Dalia Grybauskaitė przechwalała się, że dobrze zna „prawie wszystkie języki mniejszości narodowych”. W jednym z tych języków miała okazję nawet publicznie się powypowiadać:

Lepiej, niż Leškevičius po angielsku, ale nadal podobnie, jak Kwaśniewski po rosyjsku. Po angielsku Prezydenta mówi lepiej, to fakt, ale nadal można odnieść wrażenie, że jej ówczesne egzaminowanie ministrów nic wspólnego z prezydencją Litwy w Radzie UE nie miało — poza byciem pretekstem do politycznej gierki. Czy występ Vytautasa Leškevičiusa doczeka się prezydenckiego komentarza, trudno prognozować — wystarczy, że doczekał się tysięcy komentarzy rozbawionych internautów.