Sowieccy Polacy i sowieckie dziady

Vytautas Landsbergis</br>Fot. Wikimedia Commons

Vytautas LandsbergisFot. Wikimedia Commons

Obchodzimy właśnie 25-lecie powstania „Sąjūdisu” — organizacji, która grała znaczącą rolę w transformacji ustrojowej na Litwie, a na czele której stał Vytautas Landsbergis, obecnie eurodeputowany.

Gdyby ktoś nie wiedział — po ogłoszeniu przez Litwę niepodległości, czyli też osiągnięciu celów „Sąjūdisu”, organizacja się nie rozwiązała i istnieje do dziś. Walczy tylko o cele mniej ambitne — trzeźwość i dowalenie Polakom. Z przykładami tego drugiego można się zapoznać tu, tu i tu. Ale jest tego o wiele więcej.

Podobnie jak działalność, jubileusz kanapowej obecnie (co nie umniejsza jej zasięgu oddziaływania poprzez wypromowanych przez siebie działaczy) organizacji z prestiżową siedzibą (Gedimino 1 — niewielu może się takim adresem pochwalić) nie mógł się obejść bez wrzut pod adresem Polaków. Wrzutą systemową był XIV zjazd „Sąjūdisu” w sobotę, podczas którego wybrano nowego prezesa — Vidmantasa Žiliusa, dyrektora litewskiego rządowego Gimnazjum „Tysiąclecia Litwy” w Solecznikach, a przy okazji prezesa solecznickich oddziałów „Vilniji” i „Związku ojczyzny”. O sukcesach jako dyrektora można przeczytać tu i tu, a kolejne zapewne niebawem. Przy okazji zjazdu przyjęto także rezolucję, wyrażająca kategoryczny sprzeciw wobec poszanowania praw człowieka w rozumieniu językowych praw mniejszości narodowych.

Wczoraj zaś w Seimasie odbyła się konferencja poświęcona jubileuszowi „Sąjūdisu”, z udziałem prezydent Dali Grybauskaitė i arcybiskupa wileńskiego Gintarasa Grušasa (który ma po kardynale Audrysie Juozasie Bačkysie przejąć ster litewskiego Kościoła Katolickiego). Jako jeden z założycieli „Sąjūdisu” występował obecny przewodniczący Litewskiej Narodowej Komisji UNESCO Romas Pakalnis, którzy okazję wykorzystał do przypomnienia zebranym, że „Sąjūdis” jest przeciwny realizowaniu postulatów zawartych w podpisanym przez Litwę „Traktatu między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Litewską o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy”, ponieważ „ludzie »Sąjūdisu« nikomu nie nadali takiego prawa”.

Wystąpił też Vytautas Landsbergis, który nie mógł nie wykorzystać okazji, by nie dowalić swojej ulubionej grupie — Polakom na Litwie. „Jak znów pojawiają się na Litwie mieszkańcy odmawiający mówienia po litewsku, a żądający — »mów po rosyjsku« (sic!), to jest to specyficzna grupa — sowieccy Polacy”.

Temat rzekomej sowieckości Polaków szczególnie Landsbergisa uwiera, ten wątek bowiem się przewija u niego nie po raz pierwszy — w udzielonym w grudniu dla „Rzeczpospolitej” wywiadzie też napomknął, iż „Polacy na Litwie to specyficzna grupa. Kończyli radzieckie szkoły, mają określoną mentalność. Nie powinniście się z nimi identyfikować”.

Zarzuty o sowieckość Polaków mogłyby wyglądać poważnie, gdyby nie upublicznione niedawno dane dotyczące składu narodowościowego Komunistycznej Partii Litwy — należało do niej 3,45% spośród ogółu Polaków i z tym wynikiem byliśmy najmniej skomunizowaną grupą narodowościową. A może ta bolączka Landsbergisa ma podłoże inne i bardziej osobiste, może wynika z jego własnych kompleksów?

Wszak sam Landsbergis w okresie sowieckim kończył sowieckie szkoły i robił karierę (podobnie zresztą, jak jego ojciec) na sowieckich uczelniach, otrzymując sowieckie premie i u schyłku Sowietów włączając się w ruch niepodległościowy, gdy nic mu już nie groziło. Wszak to Landsbergisa zastępcą w „Sąjūdisie” był Virgilijus Čepaitis, oskarżany o współpracę z KGB — oskarżenia takie zresztą dotykały też samego Landsbergisa. To właśnie duża część sygnatariuszy i sąjūdistów wywodziła się z Komunistycznej Partii Litwy, a jeden z nich — dziś szczególnie zajadły na Polaków Romualdas Ozolas — był tak do ówczesnego porządku przywiązany, że z Łotysza stał się Litwinem dopiero wówczas, gdy na jego prośbę decyzję taką podjęła Rada Najwyższa Sowieckiej Socjalistycznej Republiki Litewskiej. To Landsbergis promował Dalę Grybauskaitė, która wszak za komuny robiła karierę aparatczycy była partii wierna aż do samego jej końca.

Można by zapytać — co nas obchodzi, co bredzą jakieś sowieckie dziady i za kogo nas mają? Normalnie rzeczywiście można by ich zignorować. W tym kraju jednak to sowieckie dziady nadają ton polityce.