Dziękuję Ambasadzie RP w Wilnie za wyjaśnienie

W swoim komentarzu w „Kurierze Wileńskim” z dnia 28 maja odniosłem się do prowadzonej w gronie polityków litewskiego Związku Ojczyzny debaty o relacjach polsko-litewskich. Pisałem wówczas:

„były minister spraw zagranicznych Audronius Ažubalis oświadczył, że jeszcze w roku 2012 »niepublicznie, lecz uzgodniono, że kwestię oświaty z relacji polsko-litewskich można wykluczyć, bo z oświatą jest wszystko dobrze«. Miała, według niego, przystać na to także niewymieniona z nazwisk »strona polska«, chociaż doskonale wiadomo, że z oświatą mniejszości narodowych po przeprowadzonej przez kolegów Ažubalisa reformie dobrze nie jest”

Oczywiście, taka sytuacja, w której za moimi plecami ktoś potajemnie uzgadnia coś mnie bezpośrednio dotyczącego i to w sposób godzący w moje interesy, bardzo mi się nie spodobała. Zadałem więc pytanie — czy to Ažubalis kłamie, czy też ktoś mi może wskaże kto i z przez kogo udzielonym na to mandatem zaufania takich uzgodnień dokonywał.

Dzięki temu w dzisiejszym „Kurierze Wileńskim” ukazało się wyjaśnienie tej sytuacji przez Ambasadę Rzeczypospolitej Polskiej w osobie jej rzecznika prasowego Małgorzaty Mozyro:

W imieniu ambasadora Janusza Skolimowskiego, zmuszona jestem odnieść się do „Komentarza dnia” z 28 maja br., „Znów o nas bez nas?”, autorstwa Rajmunda Klonowskiego.

Niezbędne jest, jak widać, przypomnienie, że także „Kurier Wileński” dokładnie informował o wizycie i wypowiedziach premiera D. Tuska na Litwie po przyjęciu przez Sejm RL nowej redakcji „Ustawy o oświacie”, o podjętych w wyniku ustaleń premierów wieloetapowych spotkaniach i rozmowach resortów oświaty, zakończonych niestety bez pozytywnego rezultatu, lecz z jasnym stanowiskiem strony polskiej, o licznych wypowiedziach na ten temat Prezydenta RP, ministra spraw zagranicznych i wielu innych polskich polityków.

Wątpliwości, jakie po wypowiedzi b. min. A. Ažubalisa, ma autor komentarza, są więc co najmniej dziwne, zwłaszcza że sam red. Klonowski charakteryzuje w swym tekście wiarygodność tego litewskiego polityka. Namawiam więc autora i czytelników do większej wiary w dobrą wolę strony polskiej, z udokumentowaną — także w „Kurierze Wileńskim” — nie tylko wypowiedziami polskich polityków, ale i licznymi, dostrzegalnymi działaniami wspierającymi polską oświatę na Litwie”.

Bardzo się cieszę, że Ambasada poważnie potraktowała wypowiedź niepoważnego byłego ministra i ją zdementowała. Co prawda, w sprostowaniu nie ma mowy o „niejawnych uzgodnieniach” w ogóle, ale wierzę, że wynika to z tego, iż powaga instytucji Ambasady nie pozwala jej na pochylanie się nad każdą fantazją Audroniusa Ažubalisa, który zapewne inspirował się zamierzchłymi już, mam nadzieję, próbami „dogadywania się” ze stroną litewską za plecami polskiej społeczności poprzez niekoniecznie godnych zaufania pośredników.

Wypowiedź Ažubalisa można by też traktować jako kolejną (z wielu ciągle podejmowanych!) próbę wbicia klina między polską społeczność na Litwie a Rzeczpospolitą Polską. Dziękuję więc Ambasadzie za to, że razem się nam udało tę próbę zneutralizować.

Jak jest dobra wola, są też wyniki. Czy zawsze?

Zbudowany w ciągu dwóch dni robot studentów Politechniki Warszawskiej „Biały Orzeł”<br/>Fot. NASA Lunabotics Mining Competition 2013

Zbudowany w ciągu dwóch dni robot studentów Politechniki Warszawskiej „Biały Orzeł”
Fot. NASA Lunabotics Mining Competition 2013

Wielu internautów zapewne śledziło lub przynajmniej natknęło się na wiadomości o losach  studentów Politechniki Warszawskiej, który jako jedyni europejczycy zakwalifikowali się do konkursu NASA Lunabotics Mining Competition. Nie wchodząc w szczegóły techniczne, zadaniem było skonstruowanie robota, który byłby zdolny kopać grunt na Księżycu. Jednak po przybyciu na konkurs Polaków spotkała niemiła niespodzianka — paczka z robotem HUSAR, nad którym pracowali od wielu tygodni, została zgubiona przez firmę kurierską gdzieś w Stanach Zjednoczonych.

Co zatem zrobili nasi rodacy? W ciągu dwóch dni zbudowali nowego robota — który przez uczestników konkursu został nazwany „White Eagle”. Mimo iż prace nad jednostką trwały do ostatniej chwili, „Biały Orzeł” został przez sędziów zakwalifikowany do udziału w konkursie. W tym momencie jeszcze nie znam wyników, ale studenci z Politechniki Warszawskiej są prawdziwymi bohaterami konkursu.

Takie historie są wspaniałymi przykładami niezłomności ducha i niepoddawania się mimo napotykanych trudności. Dlatego też mierzi mnie czasem, jak na Wileńszczyźnie niektóre rzeczy, o wiele łatwiejsze i prostsze, niż stworzenie technologii kosmicznej w ciągu 48 godzin, utykają w martwym punkcie, „bo się nie da”. Nie idziemy na mecz, bo pada deszcz. Nie idziemy na koncert, bo właśnie leci coś w telewizji. Nie robimy czegoś, „bo i tak się nie uda”.

Mógłbym wymienić różne znane mi powody takiego stanu rzeczy — powojenny brak elit, tłumienie polskiej aktywności przez Litwinów w latach dziewięćdziesiątych, zaczerpnięte od Wschodu pasywność i od Litwinów pesymizm, tworzące razem smutną mieszankę paraliżującą, brak wiary we własne siły i inne. Ale przecież też się nam różne rzeczy bezspornie udają! Czy też jest może tak, że potrafimy się sprężyć tylko pod presją? Jestem ciekaw Waszej opinii.


Aktualizacja:
Ekipa z Politechniki zdobyła nagrodę za wytrwałość — Perseverance Award — i została nagrodzona gromkimi owacjami. Udowodnili, że są w stanie już w trakcie trwania konkursu w hotelowym pokoju skonstruować robota, który na równi jest w stanie konkurować z tymi budowanymi w lepszych warunkach na przeciągu wielu tygodni. Zgubiona przez firmę UPS paczka z oryginalnym robotem wciąż się nie znalazła, ale to z całą pewnością nie pogrążyło marzeń jego twórców o kosmicznej eksploracji. Życzę im dalszych sukcesów i więcej szczęścia z logistyką w przyszłości.

Lex iniustissima non est lex

Od dobrych kilku już lat ciągnie się przed litewskimi sądami sprawa o dwujęzyczne tabliczki z nazwami ulic, zawieszone w zdominowanych przez rdzenną polską ludność rejonach solecznickim i wileńskim. Wczoraj w sprawie z tym związanej zapadł kolejny wyrok w Wileńskim Sądzie Dzielnicowym.

Tabliczki zostały zawieszone, kiedy funkcjonowała jeszcze Ustawa o Mniejszościach Narodowych (wygasła w dniu 1 stycznia 2011 r.), zezwalająca na publiczne napisy informacyjne w językach mniejszości narodowych. Jednak na wniosek namiestnika rządowego na zlikwidowany już Okrąg Wileński, sprawa została skierowana do Sądu Administracyjnego, który uznał, że Ustawa o Języku państwowym, przewidująca że wszystkie napisy mają być w języku litewskim (nigdzie jednak nie mówiąca o tym, że wyłącznie w języku litewskim), ma wyższość nad Ustawą o Mniejszościach Narodowych, po czym kazał tabliczki usunąć.

Wyrok sądu został wykonany i dwujęzyczne tabliczki usunięto z budynków należących do samorządów, jednak pozostały one na prywatnych posesjach. Jest to przez instytucje litewskie traktowane jako niewykonanie wyroków sądu, za co grzywnami pieniężnymi karani są dyrektorzy administracji rejonów — Lucyna Kotłowska i Bolesław Daszkiewicz. Karani są osobiście. Poprzednie grzywny wynosiły od kilkuset do tysiąca litów, jednak we wczorajszej sprawie komornik żądał, by Wileński Sąd Dzielnicowy nakazał Lucynie Kotłowskiej płacenie 1000 litów dziennie za każdy dzień zwłoki w wykonaniu wyroku. Sąd, na szczęście, wniosek oddalił, ale komornik najprawdopodobniej się od wyroku odwoła i sprawa będzie się ciągnąć dalej.

Przy całej tej sprawie co i rusz rozlegają się głosy, że chociaż rzeczywiście sytuacja jest groteskowa, to prawa, jakkolwiek głupie by nie było, bezwzględnie należy przestrzegać ze względu na bycie prawem, a wyroki sądów należy wykonywać wyłącznie ze względu na bycie wyrokami sądów.

O ile szanuję pozytywizm prawniczy i w normalnej sytuacji bym się z tymi postulatami zgodził, o tyle jednak też znam historię ludzkości, by wiedzieć, do jakich katastrof może prowadzić bezwzględny legalizm w przypadkach prawa niesprawiedliwego i krzywdzącego — a instrumenty ustawowe, bez żadnych racjonalnych powodów ograniczające prawo do posługiwania się językiem ojczystym, niewątpliwie są prawem niesprawiedliwym.

Republika Zarzecza. Artystów nikt za wielojęzyczny napis nie kara. Ale, są przecież równi i równiejsi.

Republika Zarzecza. Artystów nikt za wielojęzyczny napis nie kara. Ale, są przecież równi i równiejsi.

W sytuacji, kiedy trwające dwie dekady „dyskusje” na temat spełnienia postulatów polskiej mniejszości (od lat przecież niezmiennych!) kończą się jedynie pogorszeniem sytuacji, opór obywatelski zdaje się być rozwiązaniem, mogącym rozchybotać patową sytuację. Szczególnie zaś w sytuacji, kiedy polska społeczność jest krzywdzona przez system sądowniczy szczególnie, bo o wiele surowiej, niż w innych sprawach. Ludzie przecież widzą — jak lider „Partii Pracy” Viktoras Uspaskich miga się od odpowiedzialności za zarzucane mu prowadzenie podwójnej księgowości partii, liderka „Szlaku Odwagi” Neringa Venckienė od procesu sądowego ucieka za granicę, a sprawy wtopionego gdzieś miliarda euro, który miał być przeznaczony na zamknięcie elektrowni w Ignalinie, nikt nawet nie badał — a organy ścigania, które nie potrafią sobie poradzić z rzeczywistymi przestępstwami, okazują się być skuteczne i surowe w walce z blaszanymi tabliczkami na domach. I to w sytuacji, kiedy dwujęzyczne napisy na Żmudzi czy wielojęzyczne napisy Republiki Zarzecza w Wilnie sobie istnieją i żaden sąd się nimi nie interesuje.

W sytuacji zatem, kiedy ustawodawstwo jest wadliwe, a sądownictwo niekonsekwentne i niesprawiedliwe, suche twierdzenie, że „dura lex sed lex” jest konformistycznym cytowaniem starożytnej formułki. Prawo można uczynić lepszym i sprawiedliwym, a jednym ze środków ku temu jest właśnie obywatelskie nieposłuszeństwo, kiedy wszystkie inne środki zawodzą. Z pewnością środkiem takim nie jest kurczowe trzymanie się prawa złego wyłącznie ze względu na jego oficjalność.

Jak powiedział amerykański filozof prawa Henry David Thoreau, „prawo nigdy nie uczyniło ludzi ani odrobinę bardziej sprawiedliwymi, a z powodu respektu dla prawa nawet dobrze usposobieni stają się codziennie reprezentantami niesprawiedliwości”.

Czyją „pobiedę” świętujemy 9 maja?

Jeden z obrazków, cyrkulujących dziś na FB. Podpis: „Niski pokłon dziadkom za to, że do nas kule nie doleciały. Wszak jesteśmy ostatnim pokoleniem, które spotyka weteranów”.

Jeden z obrazków, cyrkulujących dziś na FB. Podpis: „Niski pokłon dziadkom za to, że do nas kule nie doleciały. Wszak jesteśmy ostatnim pokoleniem, które spotyka weteranów”.

Jak co roku od 68 już lat, w Moskwie 9 maja jest parada, urzędujący na Kremlu kacyk wygłasza przemówienie pełne szacunku dla obwieszonych medalami weteranów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i zapewnia świat, że Matuszka Rosja o światowy pokój będzie walczyć do ostatniego naboju, ostatniego żołnierza i ostatniej bomby atomowej.

W Rosji ta szopka nikogo nie dziwi, bo to kraj taki. Nie dziwi też — ku mojemu zresztą zgorszeniu — że obchody tego dnia odbywają się też na Wileńszczyźnie, a mnóstwo młodych, urodzonych już po upadku sojuzu Polaków na Litwie wrzuca na Facebooku obrazki ze wzruszonymi krasnoarmiejcami, pomarańczowo-czarnymi wstążkami i peany podzięki „za pobiedu”. Nie mam tego za złe je obchodzącym — robią to kompletnie bezrefleksyjnie. Chociaż święta tego — i weteranów, rzecz jasna — bronić będą jak lwice młodych.

Nie wiedzą bowiem, że nazistowskie Niemcy kapitulowały jeszcze 8 maja, a świętowanie 9 jest wyłącznie wynikiem kaprysu Stalina. Nie zastanawiają się, dlaczego mowa o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, a nie II Wojnie Światowej. Nie przychodzi im na myśl, że tak naprawdę nad hitlerowskim faszyzmem zwycięstwo odniósł po prostu inny faszyzm, stalinowski. I już zupełnie się nie zastanawiają — czyje tak naprawdę święto świętują.

Bo my, Polacy, w obozie zwycięskich Aliantów znaleźliśmy się przez okrutny żart losu i cynizm „sojuszników”, niż z racji bycia prawdziwymi zwycięzcami. Straciliśmy w tej wojnie jedną trzecią narodu, w tym najświatlejszych jego przedstawicieli. Kolejne miliony Polaków skazane zostały na tułaczkę, wygnania, przesiedlenia i więzienia. Połowę przedwojennego terytorium kraju porwało sowieckie monstrum, a w Polsce powojennej rozpanoszyła się komuna. Ci z nas, którzy zostali za nową wschodnią granicą, zostali ograbieni z ziemi, wolności i godności. Dla nas 9 maja powinno być dniem nie zwycięstwa, tylko żałoby.

Gdy widzę na zdjęciach podejmowanych z honorami weteranów Armii Czerwonej, nie mogę się nie zastanawiać — czy może to właśnie oni brali udział w „rozkułaczaniu” mojej rodziny? Czy też w wywożeniu jej na Syberię, do magadańskich kopalni ołowiu czy na Ural? Może któryś z nich szturmował jako „krasnyj partizan” Koniuchy bądź Naliboki? Ile kobiet każdy z nich zgwałcił? Z iloma zegarkami wrócił z wojny?

Nie zadam im tych pytań i nie będę im zakazywał obchodzenia ich święta. Ich nikt nie będzie rozliczał, przesłuchiwał, nikt nie odbierze przysługujących im dodatków do emerytur. Ale powinniśmy się zastanowić, czy należy obchodzić ich święto właśnie 9 maja. My, Polacy, możemy i powinniśmy oddać hołd wszystkim weteranom dzień wcześniej.

Czy kończy się epoka Vytautasa Landsbergisa?

Vytautas Landsbergis z pewnością jest człowiekiem wyjątkowym. Jest też od zawsze traktowany wyjątkowo. Jednak w wyborach na stanowisko przewodniczącego „Związku Ojczyzny — Chrześcijańskich Demokratów Litwy” (potocznie zwanych po prostu konserwatystami) przegrał z Andriusem Kubiliusem. Czy ta porażka — w łonie własnej partii! — oznacza, że kończy się epoka Landsbergisa?

Przede wszystkim, nie można mówić o porażce totalnej — litewski patriarcha zdobył 46% głosów, niewielką przewagą wygrał też w dużych ośrodkach miejskich — Wilnie, Kownie, Kłajpedzie i Poniewieżu. Trudno też ocenić, czy głosujący nań kierowali się żywą i przyjmowaną wciąż bezkrytycznie legendą Landsbergisa jako „ojca niepodległości”, czy też autentycznie wierzyli, że 81-letni już polityk będzie w stanie kierować partią przez kolejne dwa lata, a w przypadku przejęcia przez ZO władzy — zostać premierem i utworzyć rząd.

Przez ponad dwie dekady niepodległości, Landsbergis zajmował wyjątkowe miejsce w państwie litewskim. Nie pozwolono mu się skompromitować, nie dotykała go też prawie krytyka mediów, a jego fraza „Kto mógłby wykluczyć możliwość, że…?” weszła na stałe do kanonu politycznego języka litewskiego, a jemu samemu pozwoliła uniknąć odpowiedzialności karnej w procesie o pomówienie. Media bez słowa publikowały jego teksty, czy to dotyczące Polaków, broniące maszerujących 11 marca „patriotów” z Totenkopfem, czy też snujące narrację o pedofilach i Marsjanach. Czy teraz to się zmieni?

Porażka Landsbergisa nie przyniesie rewolucji. Przegrywał już niejednokrotnie wybory prezydenckie (chociaż wygrana przezeń promowanej Dali Grybauskaitė jest też jego wygraną!), przegrywał też parlamentarne jako prezes ZO, ale to go nie zniechęciło do dalszego trwania. Można zatem oczekiwać, że nadal będzie się cieszył statusem, przysługującym „ojcowi narodu”, w zbliżających się wyborach ponownie zostanie posłem Parlamentu Europejskiego, a przez Litwę nadal będzie traktowany wyjątkowo. Bo to właśnie brak Landsbergisa byłby tą rewolucją, której wszyscy się boją.

* * *

Landsbergis, poza uprawianiem polityki, jest z wykształcenia muzykologiem, szachistą i popularyzatorem twórczości Mikolajusa Konstantinasa Čiurlionisa. Pisze także wiersze. Najnowsze swoje dzieło poświęcił aktorowi Vytautasowi Šapranauskasowi, który popełnił samobójstwo w kwietniu bieżącego roku:

Byśmy zagrali

Tyś niedobrze uczynił
Šapranauskai
Mogłeś się wybrać suchy płynąć
młody i ładny
dokądś do Brazylii
kurde
przez lasy tropików
gdzie laski tańczą nieokiełznaną sambę
Wilenką biegnij w Wilię —

na je nagie wylałbyś wiadro oleju
jubileuszu
niech goście TV latają — ach! zniknęło!
a wy nie nie ujrzycie nieszczęśliwego
żywego lub nieżywego —

tak
zagralibyśmy
żartując kolcami wieczornej zorzy
gdybyś nie uczynił niedobrze.
(2013)