Prezydenta leci do Londynu, a ja współczuję pozostałym pasażerom

Dalia Grybauskaitė blisko ludu pracującego w Anglii.<br>Fot. Lietuvos Respublikos Prezidento kanceliarija, biudžetinė įstaiga.

Dalia Grybauskaitė blisko ludu pracującego w Anglii.
Fot. Lietuvos Respublikos Prezidento kanceliarija, biudžetinė įstaiga.

Dziś całą mediosferę Litwy obiegło zdjęcie, rozpowszechnione przez kancelarię prezydencką, do którego to zdjęcia Dalia Grybauskaitė dumnie pozuje w samolocie linii lotniczych WizzAir. Z podpisu możemy się dowiedzieć, że leci na pogrzeb Margaret Thatcher.

Można by tłumaczyć to względami finansowymi, że niby taniej, że prościej, że bliżej ludu pracującego miast i wsi — można także po prostu stwierdzić, że jest to szyta grubymi nićmi akcja propagandowa przed zbliżającymi się coraz bardziej wyborami prezydenckimi. Byłoby bowiem tanio, gdyby Prezydenta leciała w pojedynkę. Ale nie — razem z nią podróżowała cała świta: fotografka, operator kamery, rzeczniczka prasowa, asystentka i ochroniarze. I w sytuacji, kiedy trzeba wykupić miejsca na pół samolotu, można o takim przedsięwzięciu powiedzieć cokolwiek, za wyjątkiem tego, że jest tanie.

Gdybym miał lecieć tego dnia do Londynu tanim lotem WizzAir, byłbym mocno wkurzony. Podejrzewam bowiem, że w momencie ogłoszenia daty pogrzebu Margaret Thatcher wszystkie bilety na ten rejs były już zarezerwowane i w związku z tą akcją reklamową część pasażerów została w Wilnie, by ustąpić miejsc orszakowi prezydenckiemu.

Co więcej, wsadzenie głowy państwa do takiego samolotu automatycznie podnosi wymogi bezpieczeństwa, stawia na baczność ochronę i zarazem zwiększa prawdopodobieństwo, że ktoś będzie chciał na taki samolot dokonać zamachu, choćby z czysto herostratesowskich pobudek. Nie mówiąc już o tym, że wymogi bezpieczeństwa utrudniałyby lub wręcz uniemożliwiały innym pasażerom poruszanie się po samolocie, choćby celem udania się do toalety.

Dalia Polikarpowna powinna przestać uprawiać populistyczne gierki i powrócić do latania należącym do wojsk Litwy „Spartanem”, albo zastanowić się nad inną alternatywą, zanim klienci WizzAir’u nie zaczęli żądać zwrotu kasy za bilety. O wątku prestiżowym nie wspomnę — bo latanie tanimi liniami przez głowę państwa może i dobrze się sprzedaje najciemniejszej części elektoratu, ale na arenie międzynarodowej jest takim samym powodem do żarcików, jak noszenie garsonek po Angeli Merkel.

Dlaczego w Wilnie unikam transportu publicznego?

Wilno ma tego pecha, że każda kolejna Rada miasta zabiera się za reformowanie systemu transportu publicznego. W związku z tym niezliczone miliony litów i euro wydano już na studia nad celowością wybudowania linii tramwajowych, metra czy przystanków dla gondoli, niezliczone publikacje poświęcono temu, jak to kolejka linowa ułatwi lokomocję w godzinach szczytu, a linie balonowe rozładują korki.

Gdyby reformowanie transportu miejskiego ograniczyło się wyłącznie akcji piarowskich i marnotrawienia mojej kasy z podatków, to byłbym jeszcze skłonny się z tym jakoś pogodzić. Gorzej, że rządzący nam łaskawie majstrują też przy systemie już istniejącym i jakoś za każdym razem tylko sytuację pogarszają.

Mieliśmy już zatem optymalizację procesu wsiadania do autobusów (polegającą na tym, że półtora setki osób musiało się wcisnąć do środka tylko przez przednie drzwi, zamiast, jak dotychczas, przez wszystkie) oraz zwiększanie efektywności (czyli likwidację części linii i rzadsze kursowanie transportu na tych, które zostały). Uskuteczniono transport nocny (poprzez likwidację linii nocnych) oraz wprowadzono system biletów elektronicznych (który po niemal dekadzie wdrażania i kilkunastu przetargach już podobno zaczyna działać — ale pewnie bardziej z musu, bo właśnie wycofano bilety papierowe).

Obecny mer Wilna, Artūras Zuokas, jak na litewskiego liberała przystało, zabrał się za walkę z prywatną inicjatywą, czyli tak zwanymi „marszrutkami”. Bo raz, że jeżdżą tymi samymi trasami (innymi miasto nie zezwala, ale po co nam logika?), co transport miejski, więc odbierają mu pasażerów. Dwa, że jeżdżą — o zgrozo! — szybciej (co nie jest trudne, zważywszy że średnia prędkość trolejbusu w Wilnie to ~15km/h), więc tym bardziej odbierają transportowi miejskiemu pasażerów. Co gorsza, są tańsze mimo narzucanej przez miasto minimalnej ceny przejazdu. Czas to też wszak pieniądz.

W związku z tym wszystkim od momentu, w którym nabyłem samochód, staram się wileńskiego transportu miejskiego unikać jak ognia. I to nie tylko dlatego, że dojazd na uczelnię zajmuje kwadrans zamiast godziny. Bardziej niż czas przejazdów do transportu miejskiego zniechęca tłok, uciążliwe czekanie na przystankach (często okupowanych przez różnych meneli), obrzydliwy dworzec, coraz mniej zrozumiały system biletów, traktujący pasażerów per noga kontrolerzy i nierzadko smród.

Przede wszystkim jednak — w aucie czuję się bezpieczniej. Nie majstruje przy nim żaden polityk.