Wilno 9 X 1920 — czy było warto?

Mija właśnie 92. rocznica wyzwolenia Wilna przez oddziały podległe generałowi Lucjanowi Żeligowskiemu. Od 92 lat fakt ten jest aktywnie wykorzystywany na potrzeby polityki bieżącej państwa litewskiego, stale jest obecny w litewskiej propagandzie.

Od kilku lat nestor współczesnej litewskiej polityki Vytautas Landsbergis lansuje tezę, że „Polska uzyskała niewiele i na krótko, a straciła przyjaciela“. Polacy wiedzą, jak to jest z prawdą w słowach Landsbergisa, a sama jego postać jest oceniania bardzo różnie.

Ocena taka ówczesnych wydarzeń nie jest jednak odosobniona. Niedawno że „Polska nic nie zyskała“ stwierdził też jeden z czołowych litewskich historyków, zajmujący się naukami politycznymi i geopolityką Česlovas Laurinavičius. Podobne opinie lansują też pewne środowiska w Polsce.

Jaką zatem z Wilna pociechę miała Polska w okresie międzywojennym? Czy rzeczywiście było to nieistotne miasto? Czy jego przyłączenie było jedynie wynikiem kaprysu Józefa Piłsudskiego?

Można by przytoczyć statystyki demograficzne, według w których w Wilnie przeważała ludność polska. Można by przytoczyć wspomnienia żeligowszczyków o tym, jak to wszyscy ich witali z nieskrywaną radością, zasypywali ich kwiatami i innymi upominkami. Można by, ostatecznie, przypomnieć o samych Wilnianach, którzy powstali przeciw zainstalowanym w Wilnie z łaski bolszewików litewskim władzom — nietrudno sie domyślić, że zostaliby prędzej czy później wyeliminowani przez Litwinów, bezużytecznych w walce z regularnymi siłami wojskowymi, ale skutecznie radzących sobie z pacyfikowaniem bezbronnej ludności cywilnej.

Należy zatem z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że na akcja dowodzona przez generała Lucjana Żeligowskiego pozwoliła uniknąć rozlewu polskiej krwi, a mieszkańców historycznego regionu Wileńszczyzny uchroniła przed losem ludności historycznej krainy Laudy (zniszczonej przez rząd w Kownie) czy ludności terenów położonych dalej na wschód, zamieszkiwanych przez blisko dwa miliony Polaków, a brutalnie przez sowietów zdepolonizowanych.

Dość oczywiste jest zatem, że na terenach dawnej Rzeczypospolitej Polskiej zamieszkanych w większości przez Polaków, wolą ich mieszkanców miała miejsce restytucja państwa, będącego Rzeczypospolitej Polskiej bezpośrednim sukcesorem.

Jeśli jednak sam fakt odrodzenia i zachowania ciągłości historycznej państwowości tych terenów może nie być argumentem dostatecznie przekonującym, wystarczy się przyjrzeć naprędce osiągnięciom międzywojennego Wilna.

Wilno polskie

Na wileńskich cmentarzach na Rossie oraz na Zarzeczu nadal (mimo uporczywego i nieustającego wandalizmu tak zorganizowanego, jak i czysto indywidualnego) dominują polskie groby. Rossa nierzadko bywa przedstawiana, obok Powązek w Warszawie i Łyczakowa we Lwowie, jako jedna z głównych polskich nekropolii, jest też jednym z panteonów najwybitniejszych Polaków. Bo też historycznie Wilno było jedną z głównych kolebek polskiej kultury, sztuki, nauki i myśli technicznej. Nie inaczej też było w Wilnie okresu międzywojennego.

To właśnie w Wilnie działało Gimnazjum im. Zygmunta Augusta, które wychowało wielu wybitnych Polaków, że wymienię tylko dwóch laureatów Nagrody Nobla — Czesława Miłosza i Andrzeja Wiktora Schally’ego. To tu działały także gimnazja im. Elizy Orzeszkowej, Anny Czarnowskiej czy Joachima Lelewela, których mury także opuściło wielu wybitnych Polaków.

To właśnie w Wilnie działał Uniwersytet Stefana Batorego, na którym powstał Klub Włóczęgów Wileńskich, grupa literacka „Żagary“, na którym pionierskie badania z zakresu teorii prawa i stosowania prawa karnego prowadził Bronisław Wróblewski, a rewolucyjnych odkyć z zakresu leczenia raka dokonywał Kazimierz Pelczar, założyciel pierwszego w Polsce (właśnie w Wilnie!) centrum onkologii.

Wpływ tych środowisk na rozwój Polski był niezmiernie znaczący także po oderwaniu Wileńszczyzny na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow. Po wojnie kadra i absolwenci zamkniętego w grudniu 1939 r. przez Litwinów USB tworzyli i rozwijali uczelnie w Polsce, m.in. w Toruniu i Gdańsku.

Tego wszystkiego by nie było, gdyby Wilno pozostało oderwane od Polski po roku 1920, tak samo, jak nie byłoby lwowskiej szkoły matematycznej bez Lwowa.

Co zyskali Litwini?

Osobie nie znającej realiów mogłoby się wydawać, że powrót państwa polskiego do polskiego Wilna był tragedią dla tworzących właśnie własne państwo Litwinów. Jest to jednak wrażenie mylne. Dzięki istnieniu na tych terenach Rzeczypospolitej Polskiej, Litwa nie miała wspólnej granicy z sowiecką Rosją. Nie trzeba być wybitnym sowietologiem, żeby rozumieć, że w przypadku posiadania wspólnej granicy (a to właśnie — obok nagrodzenia sojuszników z wojny z Polską — było celem, który przyświecał sowietom, kiedy przekazali Wileńszczyznę Litwinom po poniesieniu klęski pod Warszawą) z Litwą bolszewicy po wstępnym przegrupowaniu zajęliby małą republikę — czy to bezpośrednio, czy też wykorzystując miejscowych komunistów. Przede wszystkim zatem, Litwini zyskali niepodległość.

Inną rzeczą, jaką zyskali Litwini, była też możliwość unifikacji, do tego za sowieckie pieniądze. Ówczesna Litwa Kowieńska powstała na terenie kilku regionów etnograficznych, różniących się od siebie historycznie, językowo, mentalnie i nawet wyznaniowo. Dzięki akcji dowodzonej przez Żeligowskiego zyskano nie tylko wreszcie jakiś namacalny argument za postulowaną przez ojców-założycieli ideologią antypolonizmu, ale też finansowane przez sowiecką abasade w Kownie prasa i Związek Wyzwalania Wilna (Vilniui Vaduoti Sąjunga) stały się tak potrzebnym nowemu państwu czynnikiem unifikującym. Skandując co rano przed lekcjami „Vilnius mūsų buvo ir bus!“ („WIlno nasze było i będzie“), dziecko z Birż miało wreszcie coś wspólnego z dzieckiem z Mariampola.


Ostatecznie należy więc tezę o tym, jakoby nikt w wyniku wygrania przez Polskę sporu o Wilno nie zyskał, odłożyć między bajki. Polska zyskała dostęp do jednej ze swoich kolebek, co wywarło przemożny wpływ na jej powojenne losy, a Litwa zyskała czas, zamiast, mając Wilno, zginąć pod sowieckim butem jeszcze na dobre nie powstawszy.

Podobne teksty:

5 myśli nt. „Wilno 9 X 1920 — czy było warto?

  1. Zawsze mnie bawiły scenariusze alternatywne i kiedyś zastanawiałem się nawet jak by to wyglądało, gdyby jakimś zrządzeniem losu Litwa w 1918 uzyskała nie tylko tak bezsprzecznie litewskie ziemie jak Augustawas, Gardinas czy Wilnius, ale także równie litewskie ziemie aż po Goniondzas, Kniszinas i Bałstoge. Jak by sobie poradziła z tą bezsprzeczną litewskością większości swych obywateli 🙂

  2. Skoro już tak gdybamy, że co by robiło państwo litewskie w przypadku rozciągnięcia swych granic na „etniczne“ tereny od Žirarduvy, przez Naugardukas aż po Daugpilis, to można by rozważyć dwa możliwe scenariusze — w jednym bolszewicy wspieraliby to państwo jeszcze bardziej, by je wchłonąć po dwóch dekadach, a w drugim bolszewicy dogadaliby się z Niemcami wcześniej i dokonaliby rozbioru nie Polski, tylko Lietuvos Respubliki. Albo nie musieliby się nawet z Niemcami, wówczas słabymi, dogadywać, a zrobiliby swoje i już — ku uciesze mieszkańców „etnicznych ziem“ zapewne.

  3. Litwa nie miałaby granicy z ZSRS, nawet gdyby Żeligowski nie przyłączył Wileńszczyzny. Na wschód od Wilna były w tym czasie ziemie należące do Polski (np. powiaty dzisieński i duniłowicki), poprzez które Polska miała granicę z Łotwą.

Dodaj komentarz