W państwie żyjemy osobliwym

Każdy, kto ze mną te tematy poruszał, wie zapewne, że Litwę widzę jako państwo osobliwe, na tle rzeczywistości malujące się kolorowo niczym paw na szarej płycie (postsowieckiego, rzecz jasna) chodnika.

Można by polecieć Bareją czy bliższym (ideowo, choć nie ze znajomości) dla części wileńskich Polaków Dostojewskim (mniej przystającym do realiów, ale cóż zrobię, jak Barei nie znają, a Ilf & Pietrow nie wchodzą w kanon modnej rusyfikacji), ale wyglądałoby to, jak na moją reputację, za inteligentnie, więc będzie bez cytatów.

Operator koparki podczas nią operowania odkrył dobrze zachowane rogi tura. Jak można wywnioskować, nie nagabywany przez współpracowników ani przełożonych znalezisko zabrał do domu. I zanim się zastanawiał, co z nim począć, doczekał się kilku propozycji kupna od anonimowych kolekcjonerów oraz wizyty policji, która jego dylematy zakończyła definitywnie, rogi rekwirując. Urzędnicy się teraz prześcigają w wymyślaniu powodów, dla których znaleźne mu się nie należy, ale budowlaniec wnioski już wyciągnął i zapowiada, że następnym razem znaleziony skarb niezwłocznie sprzeda — choćby po to, by władze nie przyprawiły mu rogów po raz kolejny.

Z kolei mieszkańcy Kłajpedy, miasta historycznie dosyć mało litewskiego, są niezadowoleni z reformy transportu miejskiego. Gdy przestała ich zadowalać korespondencja z urzędem miasta, wystosowali pismo do Prezydenty Grybauskaitė. Jeśli nie odstraszyły ich zwyczaje odpowiadania przez Prezydentę na listy (czyli ich brak), to odstraszyć powinno przekazanie przez Urząd Prezydenty listu do prasy celem powytykania błędów w nim występujących. Bądź tu aktywny i wierz w dobre intencje władz.


Od kilku dni nie mijają echa dwóch skandali. Mowa, rzecz jasna, o kupowaniu głosów na wyborach przez (oficjalnie — tylko) jedną partię, a także o podsłuchach, które wywołały oburzenie przewodniczącej Seimasu Ireny Degutienė.

O kupowanie głosów oskarżono Partię Pracy Wiktora Uspaskicha, rosyjskiego milionera, co to się dorobił na gazie, pana na Kiejdanach i obecnie wciąż jeszcze europosła, choć pozbawionego immunitetu. Głosy kupować miał jakiś bliżej nikomu nieznany kandydat wśród więźniów, w zamian obiecując, że tego dnia nie będą bici. Wszystkimi fakt kupowania niezmiernie wstrząsnął, gdyż był to proceder nowy i niespotykany. Fakt rzekomego codziennego bicia więźniów żadnych emocji nie wzbudził.

A Degutienė oburzyła się na powszechne inwigilowanie obywateli, gdy się okazało, że dotyczy także jej. Z się skarży, że Litwa zmierza w stronę Łukaszenki i autorytatyzmu — tendencje, których w dobrej wierze zapewne nie dostrzegała w narzucaniu mniejszości (protestującej!) Ustawy o Oświacie, demagogicznych wypowiedziach Grybauskaitė czy podczas obściskiwania się Prezydenty z Łukaszenką niczym z Breżniewem.

Obie te straszne afery obrazują jednak wszechobecną hipokryzję, w kraju owym specyficznym panującą. O kupowaniu głosów mówiło się od lat, ale nikomu to szczególnie nie przeszkadzało do czasu, aż na procederze tym nie złapano przedstawicieli partii „niesłusznej”, bo „populistycznej” (co jest zarzutem śmiesznym w sytuacji, kiedy w zasadzie wszystkie partie uprawiają szeroko pojęty populizm) i pozasystemowej (co też jest zabawne, ale niech tam). Nie przypominam sobie, by kogokolwiek kiedykolwiek na Litwie za kupowanie głosów posadzono. Tym razem zapewne też rozejdzie się po kościach, a choć wszyscy obiecują „naprawienie systemu”, zmiany będą wyłącznie kosmetyczne i nawet głosowania przez internet się nie doczekamy.

Podobnież z podsłuchami. Pani Degutienė nie przeszkadzało, gdy podsłuchiwani byli inni, czy gdy służby wyprawiały cholera jedna wie co z więzieniami CIA czy w sprawie niejakiej Eglė Kusaitė, nie przeszkadzało jej, że ci sami funkcjonariusze w godzinach pracy i w nadgodzinach też pisywali komentarze na „Kurierze Wileńskim”, finansują i prowadzą media czy edytują Wikipedię. Dyktatorskie zamaszki Prezydenty też umykały jej uwadze — ale do czasu, aż coś nie dotknęło konkretnie jej osoby i jej najbliższych. Wtedy to już nie tylko jej krzywda, ale skandal na skalę wręcz globalną.


W ten to sposób żyjemy w wesołej krainie, w której urzędnik etatowo zniechęca obywatela do robienia interesów z państwem, skandale są skandalami (albo i nie) zależnie od ich bohaterów, a naprawianiem systemu transportu miejskiego w Wilnie zajmuje się facet, poruszający się segwayem albo transporterem opancerzonym.

W tym roku drogowcy znów zaskoczeni. Robotą.

Jak ktoś często jeździ do Polski, to zapewne przydarza mu się jazda przez Łoździeje — miasteczko przy litewskiej stronie tej granicy. Zaraz na końcu Łoździejów znajduje się rondo przy stacji paliwowej pewnej norweskiej marki. Rondo, które jest symptomatyczne.

Jako że zmotoryzowanym drzewem jestem od względnie niedawna, a do tego przez większość czasu jeździłem raczej lokalnie (nie licząc wyjazdów Polonii do Kiejdan), to po raz pierwszy jechałem tą trasą 30 lipca. Rondo było wówczas rozkopane i rozorane, przy nim stało z tuzin proletariuszy połączonych, co to „jedzą, piją, lulki palą“, ale do pracy się nie śpieszą. Normalka.

Z pewnych względów wracałem inną trasą, więc po raz kolejny miałem okazję oglądać owo rondo w końcu sierpnia. Stan na oko bez zmian, nadal rozorane i tylko roboli nie było, bo zimny był poranek. Od początku października jeżdżę tą trasą średnio raz tygodniowo w obie strony, więc łatwiej jest mi obserwować postępy.

Przez ostatnie trzy tygodnie (po raz ostatni jechałem w środę) były praktycznie żadne — ot, przy kolejnym przejeździe widziałem, jak to ułożono pół metra kwadratowego kostki na chodniku, a robotnicy stoją w innym miejscu, niż poprzednio.

Dziś natomiast już z daleka widziałem na rondzie traktor, symbol mechanizacji. Gdy podjechałem bliżej, zobaczyłem znak, że rondo jest zamknięte dla ruchu. Żadnych objazdów, wskazówek, nic.

Ostatecznie pani z norweskiej stacji handlującej polskim paliwem, nieźle wkurzona (bo jej płacą za pobieranie pieniędzy od klientów, a nie wskazywanie drogi wszystkim przejeżdżającym kierowcom przez cały dzień), wyjaśniła mi, jak rondo ominąć. Paręset metrów asfaltu i parę kilometrów wiejskiej dróżki-błotniarki, a byłem znów na trasie do domu. Po drodze był drogowskaz do „Miejsca ludobójstwa Żydów“ (nie znalazłem), ale dokądkolwiek indziej — nie.


Drogowcy są grupą zawodową permanentnie zaskoczoną. Co roku zaskakuje ich śnieg, który z nieznanych im przyczyn muszą zbierać, a nie zdążają, czy drogi, które powinny być posypywane solą bądź inną chemią. Jesienią zaskakują ich liście na drogach, a wiosną wynurzające się spod topniejącego śniegu kupy. Dziś się wszak okazało, że potrafi ich też zaskoczyć robota drogowa czy harmonogram prac w trakcie ich wykonywania.

Dlaczego AWPL przeszła przez próg?

Zostały już ogłoszone ostateczne wyniki wyborów parlamentarnych w ordynacji wielomandatowej, które rozstrzygnęły losy 70 miejsc w Seimasie. Jak już wiemy, Akcja Wyborcza Polaków na Litwie po raz pierwszy w swej historii przekroczyła próg wyborczy i uzyskała 5,83 proc. ogółu głosów, zdobywając w ten sposób 5 mandatów poselskich.

Pojawiły się z tej okazji głosy twierdzące, że to wynik przekształcania AWPL w partię o profilu mniej regionalnym, a bardziej ogólnokrajowym, czy że sukces ten polskie ugrupowanie zawdzięcza odejściu od rzekomo „konfrontacyjnej“ i „nacjonalistycznej“ retoryki i zaskarbionym w ten sposób głosom wyborców litewskich. I o ile przekształcanie się Akcji w partię o szerszym zasięgu geograficznym i programowym staje się faktem, to o tyle z drugą tezą nie sposób się zgodzić.

Porównajmy zatem wyniki AWPL z ostatnich wyborów z wyborami parlamentarnymi z roku 2008:

2008: 59 237 głosów (4,79% całości) z ogółu 1 236 716 oddanych głosów.
2012: 79 825 głosów (5,83% całości) z ogółu 1 310 420 oddanych głosów.

Widać zatem, że w tegorocznych wyborach Akcja zdobyła o 20588 głosów więcej, niż w poprzednich. Jak jednak wygląda rozkład tych 20 tysięcy na okręgi wyborcze?

W większości okręgów zanotowano wzrost ilości głosów, oddanych na AWPL. Jeśli się zobaczy na średni wzrost o 290 głosów w każdym z okręgów, to rzeczywiście może się wydawać, że partia zdobyła sobie jednakową sympatię wszystkich. Jednak najczęściej jest to wzrost rzędu 7 głosów, a w połowie okręgów wzrost nie przekroczył 40 głosów.

Gdzie zatem AWPL zyskało? Wzrost powyżej średniej (czyli 290) odnotowano w 19 okręgach, w których łącznie partia zebrała o 18 918 głosów więcej, niż w poprzednich wyborach. Jest to zatem 92 proc. całego wzrostu. Wspomniane 19 okręgów wyborczych to Wilno, cztery okręgi Kłajpedy, oraz okręgi Jeziorossy-Wisaginia, Malaty-Święciany, Wilno-Soleczniki, Wilno-Troki oraz Troki-Elektreny. Kłajpeda oraz Jeziorossy-Wisaginia to okręgi ze znacznym odsetkiem ludności rosyjskojęzycznej, wśród której popularnością cieszy się Alians Rosjan (jego członkowie kandydowali z listy AWPL), pozostałe zaś to tereny z licznym odsetkiem Polaków.

Ponad połowa wzrostu miała miejsce w Wilnie, gdzie na AWPL głos oddało o 11 280 (55% całości wzrostu!) ludzi więcej, niż w cztery lata wcześniej. Jest to też o 60 proc. głosów więcej, niż oddano w Wilnie na AWPL w poprzednich wyborach do Seimasu.

 

Jak więc wynika z powyższych danych, źródeł sukcesu AWPL doszukiwać się należy w Wilnie. I zmiana ta wynika nie tyle ze zmian w retoryce Akcji, co została zafundowana jej przez partie litewskie. Wilno tradycyjnie głosowało chętniej na partie litewskie, niż polską. Jednak przyjęcie ocenianych jako jednoznacznie krzywdzące mniejszości narodowe poprawek do Ustawy o Oświacie przez parlamentarzystów z praktycznie wszystkich sił w parlamencie wielu wyborców odepchnęło od poprzednio wybieranych partii. Zaufania do nich nie odbudowało też liczne wciąganie Polaków na ich listy wyborcze, przez wyborców potraktowane jako tani chwyt na przyciągnięcie ich głosów.

Po części na wynik przełożył się też sukces Akcji w wyborach samorządowych (zawdzięczany ogólnie niskiej frekwencji) i wejście do koalicji rządzącej w Wilnie, oraz modernizacja programu i wizerunku samej partii, co uczyniło ją atrakcyjniejszą dla wyborców z miasta. Z pewnością to nie stwierdzenie Waldemara Tomaszewskiego, że „Jesteśmy u siebie w Wilnie“ (ono właśnie okrzyknięte zostało mianem „retoryki nacjonalizmu i konfrontacji“) ich wcześniej zniechęcało.

Wybory 2012 — co po pierwszej turze?

Mimo pewnych braków, obecne wyniki wyborów parlamentarnych na Litwie są już mniej lub bardziej ostateczne, można zatem pokusić się o pewną ich ocenę.

So Seimasu weszło 7 list wyborczych, wśród nich, po raz pierwszy w historii przekroczywszy próg wyborczy, Akcja Wyborcza Polaków na Litwie (AWPL).

Dla AWPL to zwycięsto pozwala na wprowadzenie do parlamentu 5 posłów z listy i jednego z okręgu jednomandatowego Wilno-Soleczniki (w pozostałych okręgach potrzebna jeszcze będzie druga tura, Akcja ma w niej szanse na zdobycie kolejnych 1-4 miejsc w Seimasie). Dlatego w razie sukcesu w drugiej turze, można będzie mówić o osobnej polskiej frakcji w Seimasie.

Należy jednak mieć na uwadze, że wielkim wysiłkiem okupione zwycięstwo Polaków może być jeszcze trudniejsze do przekucia na polepszenie życia polskiej mniejszości.

Populistyczna Partia Pracy rosyjskiego milionera Wiktora Uspaskicha programu, której lista zdobyła najwięcej głosów, wcale nie musi chcieć się mniejszościami zajmować, nie ukrywa zresztą, że nie traktuje tych tematów priorytetowo.

Litewska Partia Socjaldemokratyczna z kolei, chociaż sporo miejsca w swoim programie wyborczym poświęca mniejszościom, to jednak część jego punktów nie jest dla polskiej mniejszości aktualna (żadnego pożytku Polacy nie mieli z Departamentu ds. Mniejszości Narodowych i Wychodźstwa, kiedy istniał; podobnie marna pociecha z Domu Wspólnot Narodowych), a część socjaldemokraci postulują w sposób, niczym nie różniący się od narodowców (przed wyborami gazeta „Lietuvos Žinios [„Wiadomości litewskie“] zapytała o stosunek partii do pisowni nazwisk w formie originalnej — socjaldemorkaci zadeklarowali, że „tak, ale na innej stronie paszportu“. Identyczne rozwiązanie postuluje nacjonalistyczna skrajna prawica). Należy też pamiętać, że dotychczas u socdemów nie obowiązywała dyscyplina partyjna, jeśli chodzi o kwestie mniejszości, a krzywdząca Polaków Ustawa o Oświacie przeszła też dzięki głosom lewicy.

Wygląda więc na to, że o każdy symboliczny guzik trzeba będzie toczyć zacięte walki niezależnie od tego, czy AWPL znajdzie się w koalicji rządzącej, czy też pozostanie partią opozycyjną. Na razie jednak należy zaczekać na drugą turę wyborów w okręgach jednomandatowych, w których do podziału jest jeszcze 68 miejsc w Seimasie.

Memento po generale

Minęła właśnie 92. rocznica wyzwolenia Wilna przez oddziały polskie, podległe generałowi Lucjanowi Żeligowskiemu. W tym roku jednak nie zorganizuje szajka pana (teraz już profesora!) Kazimierasa Garšvy kolejnej konferencji, ani nie pojawiły się w przestrzeni publicznej kolejne wypracowania, pisane na szkolne konkursy. Rok wyborów parlamentarnych, są inne tematy. Ten wróci przed wyborami samorządowymi.

Jednak dzięki Litwinom, pamięć o generale zaczyna powracać także w Polsce, gdzie był postacią praktycznie zapomnianą i mało kojarzoną. Wśród młodzieży, z besilnością przyglądającej się poczynaniom litewskich władz wobec polskiej ludności, zamieszkującej Wileńszczyznę, częste są też twierdzenia, że „potrzebujemy drugiego Żeligowskiego“.

A czy potrzebujemy?

Przede wszystkim, generał Lucjan Żeligowski nie był autorem „żeligiady“. Cała operacja opracowana została przez marszałka Józefa Piłsudskiego. Nie był to zresztą jedyny rozpatrywany scenariusz. Propozycja generała Tadeusza Rozwadowskiego, który postulował zajęcie całej Litwy większymi siłami, została odrzucona ze względów politycznych (w wyniku niepotrzebnej i nieudanej misji premiera Władysława Grabskiego w Spa, Polska zmuszona była obiecać Entencie, że odda Wilno Litwie) i sentymentalnych (Piłsudski nadal naiwnie wierzył w możliwość stworzenia federacyjnego Międzymorza, a spór z państwem litewskim traktował jako niepotrzebną wojnę domową). Początkowy zaś scenariusz Piłsudskiego zakładał „zbuntowanie się“ jedynie 1,5 tys. żołnierzy — jednak po naciskach Żeligowskiego siły te zwiększono do 14 tys., dołączono do nich też ochotników dowodzonych przez majora Mariana Zyndrama-Kościałkowskiego.

O wyznaczeniu Żeligowskiego na dowodzącego akcją zadecydowało jego pochodzenie (urodził się w Oszmianie na Wileńszczyźnie) i zaufanie, jakim darzył go Piłsudski. Mimo to jednak, w przeddzień „buntu“ generałem wstrząsały wątpliwości tak silne, że Marszałek chciał wysłać do poprowadzenia akcji generała Władysława Sikorskiego. O tym, że ostatecznie poprowadził ją Żeligowski, zadecydowała też więc jego ambicja.

Militarnie akcja odbicia Wilna przeprowadzona została poprawnie, ale nic ponadto. Pierwotny plan wyzwolenia miasta w ciągu jednego dnia nie został zrealizowany ze względu na zbytnie rozciągnięcie sił polskich. Późniejsza ofensywa w kierunku Kiejdan załamała się także ze względu na rozciągnięcie sił i problemy logistyczne.

Żeligowski od początku zdawał się nie być przekonany do akcji wyzwalania Wilna, na którym mu chyba szczególnie nie zależało. Był człowiekiem Józefa Piłsudskiego, którego rozkazy wiernie wykonywał. Po śmierci Marszałka popadł w panslawizm (nieobcy mu także wcześniej), jako poseł na Sejm nie zdziałał nic wielkiego. Nie brał czynnego udziału w kampanii wrześniowej, wraz z resztą dowództwa wycofał się do Francji, a później do Wielkiej Brytanii. Z Kapituły Orderu Virtuti Militari został usunięty w styczniu roku 1945 ze względu na sprzeciw wobec przyznania Krzyża Wielkiego VM generałowi Tadeuszowi Komorowskiemu „Borowi“, dowódcy Armii Krajowej. Po zakończeniu wojny poparł rządy komunistów w Polsce i uznał jej wschodnią granicę, wytyczoną przez Stalina. Do komunistycznej Polski przenieść się nie zdążył, gdyż zmarł.

Życiorys generała nakazuje zatem pewną ostrożność w proszeniu o „drugiego Żeligowskiego“ i wynoszeniu go na piedestały. Są bowiem powody, dla których nie buduje się dla niego pomników, i dla których był w powojennej Polsce postacią zapomnianą.

Wilno 9 X 1920 — czy było warto?

Mija właśnie 92. rocznica wyzwolenia Wilna przez oddziały podległe generałowi Lucjanowi Żeligowskiemu. Od 92 lat fakt ten jest aktywnie wykorzystywany na potrzeby polityki bieżącej państwa litewskiego, stale jest obecny w litewskiej propagandzie.

Od kilku lat nestor współczesnej litewskiej polityki Vytautas Landsbergis lansuje tezę, że „Polska uzyskała niewiele i na krótko, a straciła przyjaciela“. Polacy wiedzą, jak to jest z prawdą w słowach Landsbergisa, a sama jego postać jest oceniania bardzo różnie.

Ocena taka ówczesnych wydarzeń nie jest jednak odosobniona. Niedawno że „Polska nic nie zyskała“ stwierdził też jeden z czołowych litewskich historyków, zajmujący się naukami politycznymi i geopolityką Česlovas Laurinavičius. Podobne opinie lansują też pewne środowiska w Polsce.

Jaką zatem z Wilna pociechę miała Polska w okresie międzywojennym? Czy rzeczywiście było to nieistotne miasto? Czy jego przyłączenie było jedynie wynikiem kaprysu Józefa Piłsudskiego?

Można by przytoczyć statystyki demograficzne, według w których w Wilnie przeważała ludność polska. Można by przytoczyć wspomnienia żeligowszczyków o tym, jak to wszyscy ich witali z nieskrywaną radością, zasypywali ich kwiatami i innymi upominkami. Można by, ostatecznie, przypomnieć o samych Wilnianach, którzy powstali przeciw zainstalowanym w Wilnie z łaski bolszewików litewskim władzom — nietrudno sie domyślić, że zostaliby prędzej czy później wyeliminowani przez Litwinów, bezużytecznych w walce z regularnymi siłami wojskowymi, ale skutecznie radzących sobie z pacyfikowaniem bezbronnej ludności cywilnej.

Należy zatem z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że na akcja dowodzona przez generała Lucjana Żeligowskiego pozwoliła uniknąć rozlewu polskiej krwi, a mieszkańców historycznego regionu Wileńszczyzny uchroniła przed losem ludności historycznej krainy Laudy (zniszczonej przez rząd w Kownie) czy ludności terenów położonych dalej na wschód, zamieszkiwanych przez blisko dwa miliony Polaków, a brutalnie przez sowietów zdepolonizowanych.

Dość oczywiste jest zatem, że na terenach dawnej Rzeczypospolitej Polskiej zamieszkanych w większości przez Polaków, wolą ich mieszkanców miała miejsce restytucja państwa, będącego Rzeczypospolitej Polskiej bezpośrednim sukcesorem.

Jeśli jednak sam fakt odrodzenia i zachowania ciągłości historycznej państwowości tych terenów może nie być argumentem dostatecznie przekonującym, wystarczy się przyjrzeć naprędce osiągnięciom międzywojennego Wilna.

Wilno polskie

Na wileńskich cmentarzach na Rossie oraz na Zarzeczu nadal (mimo uporczywego i nieustającego wandalizmu tak zorganizowanego, jak i czysto indywidualnego) dominują polskie groby. Rossa nierzadko bywa przedstawiana, obok Powązek w Warszawie i Łyczakowa we Lwowie, jako jedna z głównych polskich nekropolii, jest też jednym z panteonów najwybitniejszych Polaków. Bo też historycznie Wilno było jedną z głównych kolebek polskiej kultury, sztuki, nauki i myśli technicznej. Nie inaczej też było w Wilnie okresu międzywojennego.

To właśnie w Wilnie działało Gimnazjum im. Zygmunta Augusta, które wychowało wielu wybitnych Polaków, że wymienię tylko dwóch laureatów Nagrody Nobla — Czesława Miłosza i Andrzeja Wiktora Schally’ego. To tu działały także gimnazja im. Elizy Orzeszkowej, Anny Czarnowskiej czy Joachima Lelewela, których mury także opuściło wielu wybitnych Polaków.

To właśnie w Wilnie działał Uniwersytet Stefana Batorego, na którym powstał Klub Włóczęgów Wileńskich, grupa literacka „Żagary“, na którym pionierskie badania z zakresu teorii prawa i stosowania prawa karnego prowadził Bronisław Wróblewski, a rewolucyjnych odkyć z zakresu leczenia raka dokonywał Kazimierz Pelczar, założyciel pierwszego w Polsce (właśnie w Wilnie!) centrum onkologii.

Wpływ tych środowisk na rozwój Polski był niezmiernie znaczący także po oderwaniu Wileńszczyzny na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow. Po wojnie kadra i absolwenci zamkniętego w grudniu 1939 r. przez Litwinów USB tworzyli i rozwijali uczelnie w Polsce, m.in. w Toruniu i Gdańsku.

Tego wszystkiego by nie było, gdyby Wilno pozostało oderwane od Polski po roku 1920, tak samo, jak nie byłoby lwowskiej szkoły matematycznej bez Lwowa.

Co zyskali Litwini?

Osobie nie znającej realiów mogłoby się wydawać, że powrót państwa polskiego do polskiego Wilna był tragedią dla tworzących właśnie własne państwo Litwinów. Jest to jednak wrażenie mylne. Dzięki istnieniu na tych terenach Rzeczypospolitej Polskiej, Litwa nie miała wspólnej granicy z sowiecką Rosją. Nie trzeba być wybitnym sowietologiem, żeby rozumieć, że w przypadku posiadania wspólnej granicy (a to właśnie — obok nagrodzenia sojuszników z wojny z Polską — było celem, który przyświecał sowietom, kiedy przekazali Wileńszczyznę Litwinom po poniesieniu klęski pod Warszawą) z Litwą bolszewicy po wstępnym przegrupowaniu zajęliby małą republikę — czy to bezpośrednio, czy też wykorzystując miejscowych komunistów. Przede wszystkim zatem, Litwini zyskali niepodległość.

Inną rzeczą, jaką zyskali Litwini, była też możliwość unifikacji, do tego za sowieckie pieniądze. Ówczesna Litwa Kowieńska powstała na terenie kilku regionów etnograficznych, różniących się od siebie historycznie, językowo, mentalnie i nawet wyznaniowo. Dzięki akcji dowodzonej przez Żeligowskiego zyskano nie tylko wreszcie jakiś namacalny argument za postulowaną przez ojców-założycieli ideologią antypolonizmu, ale też finansowane przez sowiecką abasade w Kownie prasa i Związek Wyzwalania Wilna (Vilniui Vaduoti Sąjunga) stały się tak potrzebnym nowemu państwu czynnikiem unifikującym. Skandując co rano przed lekcjami „Vilnius mūsų buvo ir bus!“ („WIlno nasze było i będzie“), dziecko z Birż miało wreszcie coś wspólnego z dzieckiem z Mariampola.


Ostatecznie należy więc tezę o tym, jakoby nikt w wyniku wygrania przez Polskę sporu o Wilno nie zyskał, odłożyć między bajki. Polska zyskała dostęp do jednej ze swoich kolebek, co wywarło przemożny wpływ na jej powojenne losy, a Litwa zyskała czas, zamiast, mając Wilno, zginąć pod sowieckim butem jeszcze na dobre nie powstawszy.

Getto, w którym nas nie ma

Pośród całego dyskursu publicznego, toczonego nad głowami polskiej społeczności na Litwie, a dotyczącego jej historii, teraźniejszości i przyszłości, co i rusz pojawia się przestroga przed „zamykaniem się w etnicznym getcie”. Przestroga poniekąd słuszna, aczkolwiek całkowicie oderwana od rzeczywistości.

Argument o „etnicznym getcie” jest nacechowany emocjonalnie (wszak większości pojęcie „getta” kojarzy się z II Wojną Światową i zdjęciem z małym Żydkiem, robiącym „hande hoch” na komendę stojącego za nim Niemca z automatem) i równocześnie mglisty w przekazie (używający go nie określają precyzyjnie granic tego getta ani nawet jego konkretnej definicji). Jest to bowiem słowo klucz, używane wobec tych, których się chce stosownie zaszufladkować jako masę ciemną i źle polskiej społeczności życzącą, a wrodzony brak odwagi nie pozwala na uczynienie tego w sposób bardziej bezpośredni.

Czy jednak jakiekolwiek insynuacje na temat domniemanego „etnicznego getta” są w jakikolwiek sposób poparte? Sądzę, że to kwestia warta przemyślenia.

Słownik język polskiego podaje trzy definicje słowa „getto”:

1. część miasta zamieszkana przez mniejszość narodową, rasową lub religijną
2. w czasie II wojny światowej: przymusowo zamknięta dzielnica żydowska
3. odizolowana społeczność, rządząca się własnymi prawami, niechętna ludziom z zewnątrz

Ze względu na znaczne rozproszenie geograficzne Polaków na Litwie, trudno mówić o jakimkolwiek homogenicznym obszarze czy też części miasta, które zamieszkane by były wyłącznie przez Polaków. Odpada więc znaczenie nr 1.

Gettem w znaczeniu nr 2 nie jesteśmy z przyczyn oczywistych, więc nie będę tego wątku rozwijał.

Jeśli chodzi o trzecie znaczenie, to w grę znów wchodzi rozproszenie ludności polskiej, a także brak jakichkolwiek organów wewnątrzspołecznościowej samorządności, która by pozwalała na „rządzenie się własnymi prawami”.

Skoro jednak nie spełniamy kryterium bycia gettem stricte słownikowego, to może chodzi o getto bardzie symboliczne? Ale znów nie — małżeństwa mieszane są na porządku dziennym, Polacy pracują w litewskich urzędach i firmach (chociaż statystycznie rzadziej, niż przedstawiciele innych narodowości, osiągają tam wyższe pozycje), a więcej polskich dzieci uczęszcza do szkół niepolskich, niż polskich. Na litewskich uczelniach także nie robi się dla Polaków gett ławkowych, a pobieranie nauk w niepolskich placówkach nie uchodzi w społeczności za zdradę.

Można by się silić na podciągnięcie pod argument gettowy polskiej partii, rządzącej w dwóch polskich rejonach — ale władza samorządowa jest tak bardzo ograniczona ustawowo, że nawet jak się jej ktoś narazi, to nic mu nie zrobi. Najlepszym przykładem jest wcale niemała ilość zadeklarowanych wrogów AWPL, mieszkająca w rejonach, których nie spotyka ani banicja, ani wpierdol — rzeczy, które każde szanujące się getto zafundowałoby im na dzień dobry.

Skoro nie jesteśmy zatem zamknięci w wyimaginowanym „etnicznym getcie”, muszą być inne powody naszych problemów,, naszej biedy, zaściankowej ciemnoty, buractwa i głupoty, z którymi się ścierać nam przychodzi. Czy może jednym z tych powodów być chęć dostania się za wszelką cenę do etnicznego getta Litwinów i zyskania przezeń akceptacji? Food for thought.