„Ty Litwinie błotny!”

Kolega kiedyś przy okazji koleżeńskich przekomarzań łaskaw był mnie nazwać błotnym Litwinem, na co, z charakterystyczną dla siebie gracją, odpowiedziałem mu należycie obelżywie. Okazuje się, że niezasłużenie — obserwacje moje bowiem wykazują, że nazwał mnie po prostu mieszkańcem miasta Wilniusu, Litwinem sensu gente politicus.

Wybrałem się w niedzielę, 11 marca, trochę służbowo a trochę dla rozrywki, na tradycyjny „przemarsz na koncert”, jak to się zwało za czasów gdy uczestnicy skandowali „Raus, raus, juden raus”, a obecnie przekształcony na pokojową paradę patriotycznej młodzieży pod hasłem „Litwa dla Litwinów, Litwini dla Litwy”.

Słuchałem zatem pokojowych przemówień organizatorów i polityków, stojąc po kostki w błocie Placu Łukiskiego. I dopiero po paru dniach złapałem się na tym, że oto — na głównym placu miasta, centralnym z centralnych, zalega mokry i lepki szlam. Być może wpływ na tę refleksję miało to, że codziennie błotnistą ulicą idę na ubłocony przystanek, by później na tonącym w błocie dworcu przesiąść się do kolejnego środka transportu — trudno powiedzieć. Egalitaryzm błota, obecnego wszak tak w miejscach dostojnych, jak i pospolitych, każe wyciągnąć wnioski, że błoto jest w tym kraju definiującym elementem codziennej rzeczywistości, podobnie jak kałuże przy chodnikach i zaspy śniegu na nich.