Bloga czas zacząć. Ponownie.

Ostatni mój wpis blogowy miał miejsce bez mała już dwa lata temu, bardziej od niechcenia niż z potrzeby. Stary blog po pięcioletnim żywocie się wytchnął i umarł śmiercią naturalną. Nie stał się w międzyczasie ani „legendarny”, ani poczytny, ani szczególnie znany. Ot, blog jak wiele. Był jednak chyba pierwszym blogiem po polsku, pisanym z Litwy — czym się nigdy nie chwaliłem ani nie mam zamiaru. Nie sprawdzałem też tego, więc zbyt kurczowo się pierwszeństwa nie trzymam. Do czasu wyczerpania się jego formuły (nie miał żadnej) zdołał pozyskać sobie pewne skromne grono czytelników, a dla autora zdobyć cenne (acz zupełnie nie w sferze materialnej) znajomości.

Kontynuowanie dzieła przypominałoby podlewanie kwiatów, stojących w butelce. Na pewnym etapie życiowym jak się chce mieć zawsze świeże kwiaty, to trzeba zainwestować w doniczkę i je wyhodować.

Nowy blog, o zmodernizowanej formule (czyli nadal żadnej), ma kontynuować dzieło starego, czyli być studium egocentryzmu autora, okraszanym prawdopodobnie od czasu do czasu niewybrednymi metaforami, okazjonalną kroplą jadu, śliny bądź żółci na posągi jedynych słusznych; kuchenną gawędą czy rozumianym przez niewielu technicznym bełkotem czasem też.

Wielkim planom, wiązanym z blogiem, towarzyszy również wielki optymizm — bracia mi podrośli, a gdzieś dalej niedawno na świat przyszedł mój nieć, mogę więc liczyć na większe grono czytelników.