Wybory — nic o nas bez nas

Wybory są czymś, co się zdarza — a gdyby miały jakiekolwiek znaczenie, to by były zakazane. Można o nich przytaczać różne dykteryjki, które też właściwie nic nie wnoszą — ale najważniejsze jest, by brać w nich udział.

Tak, wiem, że niby jeden głos nic nie zmieni, że wszyscy kradną i tak dalej. Otóż, nie. Jeden głos może coś zmienić, jeśli chcemy, by zmienił. Zaś nieoddany — zmienia podwójnie, bo wówczas na niższej frekwencji korzystają ci, których najbardziej nie chcemy.

Wybory są ważne także z teog względu, że powinny nam uświadomić, że nie są ważne. O wiele ważniejsze są okresy między wyborami — te cztery lata kadencji, kiedy wyborca powinien pracować ze swoim reprezentantem, informować go o swoich problemach i kierowac ku ich rozwiązaniu. Bez tego, bez ciągłej pracy ze swoim reprezentantem, wybory mają takie samo znaczenie, jakie ma święto plonów, kiedy się nie zasiało upraw, a oczekuje na urodzaj.

Wbrew pozorom, jest wiele osób, na które można zagłosować. Na Związek Wolności Litwy Artūrasa Zuokasa (bądź co bądź, lepszego mera od niego Wilno nie miało), na jego Polską Frakcję — mojego Ojca Zygmunta Klonowskiego, także kandydata w Nowej Wilejce i przyległych okolicach. Na liście Akcji Wyborczej Polaków na Litwie także jest wielu ludzi, godnych naszych głosów — zaangażowanych społecznie, aktywnych i kompetentnych, choć nie zawsze najbardziej widocznych. Są Polacy na listach Porządku i Sprawiedliwości czy u socjaldemokratów, którym także warto zaufać. Są też i przypadki, w których ufać nie warto.

Te wybory są ważne — gdyż od nich można zacząć pracować „na czysto” ze swoimi wybrańcami, nawet jeśli wcześniej się nie zajmowało polityką. Ona nie musi być czymś złym i brudnym, czymś godnym tylko szkodników, zwanych eufemistycznie „zawodowymi politykami” — ale muszą nią się zająć przyzwoici ludzie, wszyscy obywatele.

Niedźwiedź i Polacy na ulicy Warszawskiej w Wilnie

Fot. Saulius Žiūra, vilnius.lt

Fot. Saulius Žiūra, vilnius.lt

W Wilnie pojawiła się tabliczka z nazwą ulicy w języku polskim — akurat przy ulicy Warszawskiej, centralnie naprzeciw odwiedzanej przez wszystkich turystów z Polski Kwatery Wojskowej Cmentarza na Rossie. Ładnie się prezentuje, chociaż jest to tylko jedna tabliczka po polsku w całym Wilnie. Gest ze strony samorządu też ładny, choć nieszczery.

Dlaczego nieszczery? Warto bowiem wiedzieć, kto za nim stoi i jakimi intencjami się kieruje. I dlaczego właśnie przed wyborami.

Merujący obecnie Wilnu Remigijus Šimašius, bedący także przewodniczącym Ruchu Liberalnego Republiki Litewskiej (Lietuvos Respublikos Liberalų Sąjūdis, LRLS) nie jest bowiem politycznym nowicjuszem. I relacje jego z polską społecznością są, delikatnie mówiąc, niejednoznaczne.

Remigijus Šimašius był w latach 2008-2012 ministrem sprawiedliwości w rządzie Andriusa Kubiliusa. Właśnie w tym rządzie, który przepchnął antypolską ustawę o szkolnictwie, poważnie uderzającą w polskie szkoły i wywracającą do góry nogami egzamin maturalny z języka litewskiego, na co się skarżą także sami Litwini. Za reformą stał partyjny kolega Šimašiusa, Gintaras Steponavičius, bardzo zresztą przez Remigijusa chwalony za „odważne decyzje i niepoddawanie się presji”. Będąc ministrem sprawiedliwości, mógł Remigijus Šimašius rozwiązać sprawy pisowni nazwisk, dwujęzycznych tabliczek z nazwami ulic w rejonach wileńskim i solecznickim, ułatwić kwestie zwrotu ziemi — leżało to w jego gestii, mógł wydać ministerialne rozporządzenia regulujące praktykę urzędową, nieraz mającą wiekszy wpływ na funkcjonowanie państwa, niż ustawy. Nie zrobił nic.

Przed wyborami samorządowymi, które się odbyły 1 marca 2015 roku, postanowił jednak czynić ukłony w stronę polskiej społeczności. Zapowiadał poparcie dla postulatów językowych, obiecywał przychylność, powołał nawet tzw. Komitet Wspólnot Narodowych w ramach swojej partii (w skład którego weszła m.in. Ilona Šedienė, przewodnicząca solecznickiego oddziału antypolskich Tautininków, co jest dostatecznie wymowne). Wydał nawet napisane z błędem gramatycznym naklejki „Ja za żółw”, mające sugerować poparcie dla oryginalnej pisowni polskich nazwisk.

Gdy został merem, podejście do Polaków się jednak zmieniło. Jedna polska szkoła została zlikwidowana (w Jerozolimce), jedna zdegradowana do podstawówki (im. Szymona Konarskiego, zresztą sąd jednej instancji wstrzymał degradację, ale wyższa instancja, kierowana przez kolegę Šimašiusa, wstrzymanie anulowała), a jeszcze jedna za chwilę zostanie zlikwidowana (im. Joachima Lelewela na Antokolu — to właśnie głos Remigijusa Šimašiusa w radzie zaważył o uchwale o degradacji szkoły do podstawówki, po której wystosowano ultimatum: albo opuści budynek na Antokolu i się wyniesie za rzekę, albo zostanie skazana na likwidację).

Polityka Remigijusa Šimašiusa w stosunku do Polaków jest cyniczną grą pustych gestów i symboli. Można sobie w samorządzie wydrukować numerek w kolejce w języku polskim, ale obsłużonym się będzie i tak po litewsku. Strona samorządu niby została zrobiona także „po polsku”, ale z błędami i wybranymi tylko wiadomościami. I zamiast normalnej dwujęzyczności nazw ulic, mamy jedną symboliczną tabliczkę dla pokazania turystom przed wyborami.

Dziwi zatem głos tych Polaków, którzy czynią z owego występu w ramach kampanii wyborczej wiekopomne wydarzenie i przełom, którzy ronią krokodyle łzy, że na odsłonięciu owym nie było przedstawicieli Związku Polaków na Litwie ani nie zorganizowano pod słupek z tabliczką pielgrzymki. Bo z czego się ma cieszyć Związek Polaków na Litwie? Że żąda od blisko 30 lat chleba w postaci normalnej w cywilizowanych krajach dwujęzyczności, a dostaje zdjęcie kanapki i ma się nim cieszyć?


Jest taki dowcip o wyjątkowo niecelnym myśliwym, który chciał upolować niedźwiedzia-gwałciciela. Po kolejnych, upokarzająco nieudanych polowaniach z coraz to nową i droższą bronią, z której wciąż chybiał — miś do niego podchodzi i mówi: „Wydaje mi się, że ty to chyba po prostu lubisz”.

O ileż gorzej od tego myśliwego wypadają ci, którzy uporczywie nie chcą dostrzegać niszczenia polskich szkół, bezczynności w rozwiązywaniu rzeczywistych problemów, związków LRLS z Tautininkami i lansdbergistowskim Związkiem Ojczyzny czy pogrążających ją afer korupcyjnych, a każą się cieszyć z rzuconej im fotografii kanapki. Cóż, smacznego.

Żegnając Stanisława Korczyńskiego

Odszedł od nas w piątek, 12 sierpnia, Stanisław Korczyński — filantrop, pedagog, społecznik. Człowiek, którego postać bardzo trudno jest opisać w kilku słowach — można próbować, bezskutecznie.

Urodził się we Lwowie, a wżył się w Wilno i Wilno wpuściło korzenie w niego. Uśmiechał się jednak zawsze po lwowsku, co zacząłem dostrzegać dopiero po wielu latach znajomości.

Stanisław Korczyński był jednym z założycieli Związku Polaków na Litwie, później prezesem wileńskiego oddziału miejskiego ZPL. Jego staraniami w latach dziewięćdziesiątych została wyremontowana siedziba Oddziału przy ulicy Świętostefańskiej. Jako doborowy, jak się to dzisiaj mówi, menedżer, dał się poznać na wielu stanowiskach — nie tylko jako szef oddziału, ale także dyrektor Towarzystwa „Wiedza”, administrator Pałacu Radziwiłłów w Wilnie, właściciel polskiej księgarni przy ulicy Ostrobramskiej (przez wszystkich znanej właśnie jako „Księgarnia Korczyńskiego”), czy — w ostatnich latach — wicedyrektor Gimnazjum im. Jana Pawła II w Wilnie ds. gospodarczych.

Był zawsze elegancko ubrany, z szarmanckim wąsikiem, któremu towarzyszył lwowski właśnie uśmiech. Nigdy nie słyszałem, by by dał się wyprowadzić z równowagi. Nawet w obliczu ciężkiej choroby wobec zewnętrznych potrafił zachować pogodę.

Dzięki Panu Stanisławowi po raz pierwszy w życiu trafiłem na miesięcznik o grach „Gambler CD” w roku 1997. Od tego czasu kupowałem to pismo u niego regularnie, co miesiąc — aż do ostatniego numeru, który się ukazał w grudniu roku 1999. Wciąż mam gdzieś jego numery — podobnie, jak na półkach domowej biblioteki wciąż stoją książki, z których poznawałem świat. Wszystko to, za pośrednictwem „Księgarni Korczyńskiego”, wprowadzało mnie w życie i kształtowało.

Takie rzeczy rozumie sie dopiero później, po upływie wielu lat. Podobnie też, jeszcze później, kształtowały mnie i dawały możliwości dalszej działalności owoce pracy Pana Stanisława i mu współczesnych sprzed wielu lat. Dzisiejsze nasze działania, jako Wileńskiej Młodzieży Patriotycznej i nie tylko, możliwe są dzięki właśnie przez nich położonym fundamentom.

Żegnam Stanisława Korczyńskiego — filantropa, pedagoga, przedsiębiorcę i polityka, ale także społecznika, głowę wspaniałej Rodziny. I Przyjaciela. Nie będzie zapomniany.

„Polak Roku 2015” — fakty i mity

W najnowszej odsłonie plebiscytu „Polak Roku”, organizowanego przez jedyny poza granicami Polski dziennik ukazujący się 5 razy w tygodniu „Kurier Wileński”, zwycięzcą został ksiądz prałat Józef Aszkiełowicz. O ile sama osoba zwycięzcy ani jego zasług nie budzi żadnych wątpliwości, to duże dyskusje wywołał sposób opublikowania wyników i inne zmiany, które nastąpiły w konkursie.

Najważniejszą zmianą było to, że Kapituła uzyskała prawo głosu. Dotychczas o wyborze „Polaka Roku” decydowali wyłącznie czytelnicy nadsyłający kupony, w tym roku głosy czytelników stanowią 50% oceny, a drugie 50%  — to właśnie wybór Kapituły, w skład której wchodzą także wszyscy poprzedni laureaci plebiscytu. Była to zmiana od dawna dyskutowana, sam poruszałem ten temat jako członek funkcjonującej 6 lat temu Rady Programowej „Kuriera Wileńskiego”.

Pojawiły się zarzuty, że redakcja dokonała manipulacji, nie publikując szczegółowych wyników plebiscytu, z rozkładem na ilość kuponów, nadesłanych na każdego kandydata, jak i głosów Kapituły — w związku z czym nie widać, kto zajął miejsce drugie, a kto dziesiąte. Opublikowana została nawet nieoficjalna kolejność, w jakiej uplacować się mieli poszczególni kandydaci.

Manipulacji nie ma. Przede wszystkim, są to wybory jednego „Polaka Roku”, a znalezienie się w dziesiątce kandydatów — a zatem, zdobycie zaufania zgłaszających czytelników jak i poparcia Kapituły — jest także wyróżnieniem. I nie ma znaczenia, czy ktoś był drugi, ósmy czy dziesiąty. Poza tym, zaważyła kwestia praktyczna — w latach poprzednich niektórym osobom było przykro, że zdobyły mniej głosów niż inni kandydaci, pojawiały się złe emocje, a część zgłoszonych kandydatów rezygnowała z udziału w plebiscycie. I właśnie takim sytuacjom zapobiec ma niepublikowanie „rankingu” — w plebiscycie bowiem chodzi o wyróżnienie najbardziej w danym roku zasłużonych osób, albo takich, które zaskarbiły sobie z tych czy innych względów sympatię czytelników. Chodzi o dobre emocje, a nie kolejną okazję do sporów — tych wystarczy bowiem co roku przy dyskusjach, dlaczego ta czy inna osoba się w ogóle w dziesiątce znalazła…

Pojawił się także zarzut, jakoby „5 z 10 członków kapituły są z AWPL”. Nie jest to prawda. Kapituła, składająca się z laureatów poprzednich lat, liczy 16 członków. I o ile rzeczywiście, część z nich należy do AWPL (trudno chyba, żeby przedstawiciele jedynej polskiej partii na Litwie, najbardziej widoczni publicznie, nie zostawali laureatami tytułu „Polak Roku”?), to w jaki sposób ma to mieć się do zwycięstwa bezpartyjnego przecież kapłana, który wygrał tak głosami Kapituły, jak i czytelników? Zresztą, w tym roku się okazało, że Kapituła i Czytelnicy byli bardzo zgodni w swoim typowaniu, co świadczyć może jedynie o wysokiej reprezentatywności plebiscytu.

Policja, policja nam nie dokucza — w kontekście Igorisa Molotkovasa

Ten tekst broni policji. I jak świat światem, nigdy bym nie pomyślał, że ja — kibic, Polak, narodowiec — stawał będę w obronie litewskiej policji. Rzeczywistość jednak wszelkie takie przewidywania rewiduje, a umiłowanie prawdy i etyka dziennikarska* nakazują to zrobić, przyczyny wyjaśnię dalej.

W czwartek, 19 listopada 2015 roku, Wilno stało się świadkiem niemal stanu wojennego. Na skutek, pośrednio, ataków w Paryżu, jakie przypuścili islamscy terroryści w dniu 14 listopada. Sprawa prezentowała się następująco:

Około godziny 19 policjancji transportowali radiowozem narkomana, wielokrotnie sądzonego i karanego Igorisa Molotkovasa (r. ur. 1991). Zatrzymali się przy komisariacie, funkcjonariusze wszedli byli do środka, w radiowozie zostawiając samego zatrzymanego (skutego, co prawda, kajdankami) a także subkarabinek AKS-74U. Gdy wrócili, nie zastali ani zatrzymanego, ani broni. Szczęściem, radiowóz został na miejscu.

Ta sytuacja wzbudziła panikę — oto bowiem z policyjnym automatem biega po mieście przestępca o niestabilnej psychice, a do tego na głodzie. Głupia sprawa, prawda? Natychmiast zmobilizowano całe siły policyjne okręgu wileńskiego, ponad 3000 funkcjonariuszy (niemal 1/3 wszystkich litewskich policjantów), którzy zaczęli przeczesywać miasto. Włączono jednostkę „Aras” (od greckiego boga wojny — taki litewski SWAT), latały helikoptery, robiono blokady i obławy, jeździły samochody, przeczesywano pustostany, czołgów nie było, bo Litwa nie ma, ale na pewno by też były, gdyby były.

W końcu, po północy, zbiega ujęto w mieszkaniu przy wileńskim dworcu.

W związku z tym pojawiło się wiele memów, ludzie się śmieją z litewskiej policji, organizuje się nawet bieg śladami Molotkovasa, z drugiego końca miasta aż do jego przydworcowego mieszkania (nie wiadomo, czy uczestnicy też dostaną kałasznikowy), a minister spraw wewnętrznych Saulius Skvernelis podaje się do dymisji, zupełnie zresztą bez sensu, bo nie tyle ze względu na samo zajście, co przez od dawna znaną do niego niechęć Prezydenty Dali Grybauskaitė, która i tej okazji nie przepuściła, by mu publicznie napyskować.

No i w tej właśnie sytuacji chcę bronić i ministra, i instytucji litewskiej policji. Bo minister nie powinien ponosić odpowiedzialności politycznej za jednostkowe, niesystemowe incydenty — a taki właśnie miał miejsce. No chyba, że powody dymisji są inne — o nich później i ich też nie popieram.

Policjanci, którzy zostawili samego zatrzymanego w wozie z bronią automatyczną — niewątpliwie wykazali się zbrodniczą głupotą i powinni ponieść tego odpowiedzialność. Zasadne jednak jest pytanie — po co policjanci wożą ze sobą karabinki?

Na drugi dzień po atakach w Paryżu policjantom na Litwie wydano broń automatyczną. Nie byli wcześniej bezbronni — mieli pistolety, gazy, paralizatory elektryczne i pałki. Automaty wydano policjantom w celach czysto propagandowych, nawet bez przeprowadzenia stosownego szkolenia z zakresu ich używania (bo kiedy przed wydaniem ich dla funkcjonariuszy należało go zrobić — w nocy z piątku na sobotę?). Co zresztą poskutkowało tym, że przypadkiem w czasie szarpaniny jeszcze tego samego dnia 15 listopada postrzelony został bezdomny. Stąd wielu funkcjonariuszy broń tą traktuje jako zbędny balast, który trzeba ze sobą targać i który tylko przeszkadza.

Co więcej, od roku 2009, a więc czasu rządów postkomunistycznej partii Związek Ojczyzny: Litewscy Chrześcijańscy Demokraci, finansowanie policji jest systematycznie uszczuplane, a więc na odpowiednie przeszkolenie z zakresu użycia broni automatycznej i tak pewnie nie ma środków. A i wypłaty do zarobków marzeń nie należą.

Na jaw później też wyszła bogata biografia samego zbiega — karany administracyjnie 126 razy, sądowo skazany 15 razy, za kradzieże, rabunki i narkotyki. Obecnie zaś toczy się jeszcze 8 śledztw, w których figuruje, jest także podejrzany o popełnienie ciężkiego przestępstwa (prokuratura nie ujawnia, jakiego), za które grozi kara więzienia do lat 10.

Można zatem rozumować, że do zaistnienia sytuacji, w której policja całego okręgu poszukuje jednego zbiega, doprowadziły trzy patologie. Jedna, to brak odpowiedniego finansowania policji państwowej, pociągający za sobą niski poziom wyszkolenia i motywacji funkcjonariuszy. Druga, to potraktowanie policji jako narzędzia propagandowego poprzez wydanie jej funkcjonariuszom zbędnego (w obecnej sytuacji) i utrudniającego pracę uzbrojenia. Trzecia zaś — to patologia wymiaru sprawiedliwości, w wyniku której wielokrotnie karany i skazany osobnik mógł przebywać na wolności i popełniać dalsze przestępstwa.

W tej całej sytuacji winę zatem ponosi nie policja, tylko system sprawiedliwości i zarządzający nim. I jeśli już ktokolwiek powinien ponieść odpowiedzialność polityczną, to obecny minister sprawiedliwości i jego poprzednicy (w tym obecny mer Wilna Remigijus Šimašius), a nie minister spraw wewnętrznych.

Minister zaś spraw wewnętrznych do dymisji się podać powinien w jednym tylko przypadku. Jeśli te karabinki wydano policjantom w celach propagandowych, a on nie miał na to wpływu. Ale powinien się liczyć z tym, ze jego ewentualny następca, zatwierdzony przez Prezydent, będzie miał wpływu jeszcze mniej — i zdecydować, czy za to właśnie chce ponosić odpowiedzialność na skutek swej dymisji.

O co chodzi w strajku szkół polskich na Litwie?

Wokół kwestii strajku szkolnego na Wileńszczyźnie narasta dużo nieścisłości, niejasności, nieprawd a nawet teorii spiskowych. Dlatego warto je rozwiać i wyjaśnić, o co chodzi w całej tej sprawie:

  • Odstąpienie od „reorganizacji” polskich szkół
  • Odwołanie zapisów Ustawy o Oświacie z 2011 roku, ograniczającej zakres używania języka polskiego w szkołach polskich
  • Odwołanie trybu egzaminu maturalnego z języka litewskiego, który w swym założeniu dyskryminuje Polaków
  • Zaprzestanie dyskryminowania polskiej oświaty

Co te postulaty oznaczają w praktyce? Po kolei:

  • Odstąpienie od „reorganizacji”:

Jedna z reform oświatowych przewiduje przejście od systemu szkół średnich (takich, do których uczniowie chodzą przez 12 lat, od klasy 1 do 12) do systemu, w którym uczniowie zmieniają szkołę dwukrotnie — przechodząc ze szkoły podstawowej do progimnazjum (z grubsza odpowiednik gimnazjum w Rzeczypospolitej Polskiej), oraz z progimnazjum do gimnazjum (odpowiednik mniej więcej polskiego liceum). Podstawówki, gimnazja i progimnazja w założeniu mają być osobnymi placówkami. Ustawa jednak przewiduje wyjątki w postaci tzw. „długich gimnazjów”, czyli tych samych szkół średnich, tylko pod inną nazwą — dla szkół realizujących specjalistyczny program nauczania (np. szkół katolickich, o profilu inżynieryjnym etc). „Przypadkiem” za szkoły specjalistyczne nie uznaje się szkół polskich — chociaż status „długiego gimnazjum” uzyskało żydowskiem Gimnazjum im. Szaloma Alejchema oraz wiele szkół litewskich.

W związku z taką reorganizacją, zagrożone utratą 11-12 klas są zagrożone liczne szkoły polskie w Wilnie — im. Syrokomli, Lelewela, Konarskiego i inne. Warto zaznaczyć, że szkoły te są jedynymi polskimi placówkami, realizującymi program nauczania średniego w swoich dzielnicach, w związku z czym uczniowie po zmianie szkoły zmuszeni będą do dojeżdżania do dalej położonych polskich gimnazjów, a część zapewne zmieniłaby szkoły na litewskie.

Kolejnym skutkiem „reorganizacji” jest zamknięcie Szkoły Podstawowej w Jerozolimce, jedynej polskiej placówki w północnym Wilnie. Szkoła Średnia im. Joachima Lelewela została przez nowe władze miasta zmuszona do zmiany lokalizacji — na gorzej skomunikowaną — w zamian za możliwość przystąpienia do akredytacji jako „długie gimnazjum”, co oznacza likwidację jedynej polskiej szkoły w dzielnicy Antokol.

Dlaczego jest to ważne? Szkoła mniejszości narodowej to nie tylko placówka oświatowa. To także dom kultury, centrum realizacji zajęć pozalekcyjnych w języku ojczystym, ośrodek integrujący społeczność narodową — poprzez zespoły, teatry, harcerstwo, drużyny sportowe czy spotkania absolwentów. Okrojenie, czy zamknięcie każdej placówki jest amputacją części organizmu społeczności polskiej, zamieszkującej miasto, która traci obiekt kulturalny — którego funkcji nie zastąpią szkółki niedzielne, ani też wprowadzenie języka polskiego jako dodatkowego w szkołach litewskich, gdyż i tak kontekst jego użytkowania będzie znacząco uszczuplony.

  • Odwołanie zapisów Ustawy o Oświacie

Przyjęta w 2011 roku Ustawa o Oświacie wprowadza wymóg nauczania części programu historii i geografii w języku litewskim. Jest to znaczące ograniczenie używania języka polskiego w polskich szkołach, które, ponad to, wprowadza lukę do dalszego ograniczania posługiwania się polszczyzną w polskich szkołach.

  • Odwołanie dyskryminacyjnego trybu egzaminu maturalnego z języka litewskiego

W roku 2012 dokonano „ujednolicenia” egzaminu z języka litewskiego dla uczniów szkół litewskich, oraz szkół mniejszości narodowych. Wcześniej bowiem Litwini zdawali litewski jako język ojczysty, pozostali zaś — jako język państwowy. Żaden z egzaminów nie był „łatwiejszy” czy „trudniejszy”, odbywały się po prostu według różnych programów i w różnym zakresie sprawdzały kompetencje językowe — Litwini mieli rozszerzoną część, dotyczącą znajomości litewskiej literatury, a wypracowanie z literatury miało formę osobnego, opcjonalnego egzaminu. Uczniowie szkół mniejszości zaś mieli egzamin dotyczący przede wszystkim kompetencji językowych, znajomości gramatyki i umiejętności formułowania przemyśleń po litewsku.

Po „ujednoliceniu”, także Polacy muszą zdawać maturę z języka litewskiego jako języka ojczystego, chociaż, co chyba jest zrozumiałe, ojczystym dla nich nie jest. Nowa forma nie sprawdza kompetencji językowych, a większa część oceny dotyczy właśnie znajomości litewskiej literatury. W roku 2015 na maturze uczniowie pisali wypracowanie o tęsknocie do ojczyzny w kontekście twórczościSalomei Neris — socrealistki okresu stalinizmu, litewskiej odpowiedniczki Wandy Wasilewskiej, co także wśród Litwinów wywołało liczne kontrowersje.

Na czym polega dyskryminacja? Różnice w programach przygotowywania do poszczególnych egzaminów wynoszą 800 godzin. Oznacza to, że uczniowie szkół polskich w sumie mają do opanowania o 800 godzin lekcyjnych programu więcej, niż ci ze szkół litewskich — to odpowiednik 50 tygodni etatowej pracy. Nie zostały opracowane ani nowe metodyki przygotowywania uczniów szkół mniejszości narodowych do takiego egzaminu, ani też nie przeznaczono na to dodatkowych środków. W związku z tym, nadrabianie tych 800 godzin różnicy odbywa się kosztem innych przedmiotów — przede wszystkim języka polskiego.
Skutkuje to także znacząco gorszymi wynikami uczniów szkół polskich na maturze z języka litewskiego — które nie wynikają z gorszej znajomości języka, tylko niemożliwości opanowania nieprzemyślanych zmian w programie.

Dlaczego to ważne? Wyniki z matury z języka litewskiego są liczone przy rekrutacji na wszystkie kierunki studiów, w związku z czym Polacy mają możliwości dostania się na wymarzone studia pogorszone w stosunku do swych litewskich rówieśników.
Od wyniku egzaminu zależy też, czy maturzysta dostanie się na studia bezpłatne, czy płatne — w związku z tym mniej Polaków ma szanse na studia bezpłatne.

  • Zaprzestanie dyskryminowania polskiej oświaty

Na poziomie ministerialnym, rządowym, parlamentarnym, Prezydent, a także w radzie miasta Wilna obecnej kadencji, ma miejsce dyskryminacja polskiej oświaty, sprzeczna także z prawem Republiki Litewskiej, które przewiduje, że żadna reorganizacja szkoły nie może się odbywać bez uzgodnienia jej ze wspólnotą szkolną, czy z Konstytucją Litwy, mówiącą w art. 5 o tym, że „Instytucje władzy służą ludziom”. Szkoły polskie są traktowane w sposób skandaliczny, w jaki nigdy nie zostałyby potraktowane szkoły litewskie ani ich uczniowie. Fakty są następujące:

  • Przeciw reformie oświatowej zebrano podpisy ponad 60 tysięcy obywateli — zostało to zignorowane, podobnie jak argumenty i uwagi rodziców;
  • Wicemer Wilna ds. oświaty Valdas Benkunskas odmawia spotykania się z przedstawicielami wspólnot szkół polskich i uwzględniania ich argumentacji;
  • Szkoła Średnia im. Szymona Konraskiego 31 sierpnia została powiadomiona, że od 1 września nie może kompletować klas 11-12;
  • Szkoła w Jerozolimce została zlikwidowana na skutek presji na rodziców, by zabrali z niej dokumenty swoich dzieci;
  • Szkoła Średnia im. Joachima Lelewela została szantażem zmuszona do zmiany lokalizacji na mniej atrakcyjną i gorzej skomunikowaną — by ustąpić budynku szkole litewskiej, która przez reorganizację została potraktowana nieporównywalnie przychylniej.
  • Egzamin maturalny z języka polskiego ma niższy status (szkolny, a nie państwowy) niż inne języki (angielski, rosyjski, hiszpański etc), a jego wyniki nie są uwzględniane przy rekrutacji na studia — chociaż, np. język rosyjski jest dodatkowo punktowany, to polski nie jest.

Dlaczego to ważne? Tylko normalnie traktowane polskie szkoły mają szanse skupić się na poziomie nauczania i kształceniu, realizowaniu swoich funkcji społecznych — co jest uniemożliwiane przez sztucznie tworzone przeszkody i stałe, konsekwentne zmuszanie do skupiania całej uwagi na walce o przetrwanie.


Autor nie należy do komitetów strajkowych ani organizacji oświatowych, nie jest też członkiem żadnej partii politycznej.

 

Dzień, gdy Wilno przestało istnieć

8 sierpnia każdemu Polakowi kojarzy się dokładnie z niczym — co najwyżej imieninami Dominika i Joanny. Nie uczą się o tym dzieci ani na Litwie, ani w Koronie, nie dowiemy się o tej dacie z podręczników, nie ma o niej filmów dokumentalnych ani sensacyjnych książek. A jest to bezsprzecznie jeden z najtragiczniejszych dni w historii Wilna.

W tym właśnie dniu roku 1655 wojska moskiewskie zajęły bez oblężenia Wilno. Był to pierwszy w historii raz, kiedy miasto znalazło się pod obcym panowaniem, a wiązał się z bezprecedensową rzezią mieszkańców, która trwać miała 3 dni i pochłonęła życie ponad połowy z ówczesnych 45 tysięcy mieszczan.

Dzień wcześniej pod miastem pobito siły polskie, dowodzone przez hetmanów Janusza Radziwiłła, awanturnika i późniejszego kolaboranta z najeźdźcą szwedzkim, oraz Wincentego Gosiewskiego, którzy bardziej niż najeźdźców, nienawidzili siebie nawzajem. O przegraną bitwę i stracenie miasta, które po zdobyciu przez Rosjan Aleksego I Romanowa i kozaków Iwana Złotareńki płonęło przez 17 dni, oskarżali się nawzajem, zarzucając sobie tchórzostwo i pazerność.

Spod rosyjskiej okupacji, trwającej aż pięć lat, Wilno wyzwolił Michał Kazimierz Pac — który na pamiątkę tego wydarzenia ufundował kościół św. Piotra i Pawła, zbudowany w miejsce spalonej przez Moskali świątyni. Wilno nieprędko podniosło się z gruzów — dopiero w dwieście lat po rzezi ponownie liczba mieszkańców przekroczyła 45 tysięcy, wiele zaś bezcennych zabytków zostało bezpowrotnie zniszczonych.

Najsmutniejszym dziś jednak aspektem tej daty, niosącej wspomnienie o najtragiczniejszej — obok ludobójstwa w Ponarach — rzezi mieszkańców miasta, jest to, że nikt o niej nie pamięta.

„Nie interesuję się polityką”

Ta fraza pada w naszym życiu codziennym dość często. Przed wyborami — nawet bardziej. Zbyt często.

Mówimy tak, bo polityka zdaje się być czymś odległym. Ale jej skutki — wyższe podatki, nowe opłaty, zakazy i nakazy — okazują się być czymś bardzo bezpośrednio odczuwalnym, prawda?

Mówimy tak, bo polityka ma reputację czegoś „brudnego”. „Po co tam idziesz, po co Ci ten brud” — słyszałem nie raz przed tymi wyborami. I zawsze odpowiadałem tak samo.

Uczestnicy brudnych gierek politycznych bardzo chcą, by obywatele się polityką nie interesowali. By uważali ją za zajęcie brudne, niegodne, słowem — by dali im spokojnie się nią zajmować i nie robili konkurencji. I przede wszystkim — nie zadawali niewygodnych pytań.

Polityka jest rzeczą trudną. To w końcu rządzenie państwem. W demokracji państwem rządzi każdy z nas. Każdy z nas rządzi też swoim miastem, wybierając władze samorządowe. To są skomplikowane rzeczy, staramy się wybrać najlepszych, a wybieramy takich samych ludzi, jak my czy nasi sąsiedzi. Z którymi trzeba tak samo pracować przez cały czas, żeby razem zbudować coś fajnego. Którym dajemy do rąk narzędzia w czasie wyborów — ale powinniśmy też raz na jakiś czas sprawdzać, jak mu idzie i pytać, jak leci, czy potrzebuje pomocy.

Wybory nie są raz na 4 lata, tylko trwają przez całe te cztery lata — i obowiązkiem każdego obywatela jest nie tylko wybranie sobie reprezentantów, ale też praca z nimi przez całą kadencję. Bo obowiązki obywatela nie kończą się na oddaniu głosu.

Władza jest odpowiedzialnością. My, obywatele, dzierżymy ją w swoich rękach. Jest to odpowiedzialność za nasze otoczenie, nasze drogi, domy, podatki, ceny ogrzewania i milion innych rzeczy. Brzmi trudno, prawda? Ale trudne jest też bycie dorosłym, z całą idącą za tym odpowiedzialnością.

„A co, jeśli nie chcę być dorosłym?” — trudno, życie Ciebie o to nie pyta. Toczy się swoim biegiem niezależnie od tego, czy Ci się to podoba, czy nie.

„Nie interesuję się polityką” — a polityka się Tobą i tak interesuje. Pójdź na wybory, oddaj ważny głos, a potem przez cztery lata współpracuj ze swoimi wybrańcami. Bo jak zrobi to ktoś inny, efekty mogą Ci się nie spodobać. Bo jak Ty tego nie zrobisz — nic się nigdy nie zmieni na lepsze.

(politinė reklama — tak na wszelki wypadek, żeby absurdalnym i obrażającym inteligencję wyborców przepisom Głównej Komisji Wyborczej się stało zadość)

Atak na redakcję „Charlie Hebdo” jest symptomem

Symptomem choroby, o której „stara” Europa próbuje sobie wmówić, że jej nie ma. Ci, którzy oczekują, że chorobą nazwę islam — mogą dalej nie czytać. Albo może przeciwnie — niech czytają dalej.

Gdy pisałem komentarz, który wydrukował dzisiejszy „Kurier Wileński”, a pisałem go wczoraj, ani ja, ani nikt inny, nie oczekiwał tragedii, która wydarzyła się dziś w Paryżu. Uzbrojeni w broń automatyczną terroryści zamordowali kilkanaście osób, w tym dwóch policjantów. W tej chwili wątpliwości nie ulegają dwie rzeczy: napastnicy byli islamskimi fanatykami, a ich celem była redakcja satyrycznego pisma „Charlie Hebdo”, które słynie z bardzo ostrych i niesmacznych karykatur, dotyczących religii, przede wszystkim chrześcijańskiej.

W obliczu tego ataku, a także innych, dokonywanych przez wyznawców radykalnego islamu, Europa przypomina osobę chorą, która za wszelką cenę nie chce do siebie dopuścić myśli, że jest chora. Ale zaklinanie rzeczywistości nie pomoże — choroba postępuje i zbiera swoje śmiertelne żniwo. Jedynie jej nazwanie i rozpoczęcie leczenia może pacjenta uratować, o ile nie jest jeszcze za późno.

Zawiodę tych, którzy oczekują, że choroby się dopatruję w islamie. Zakażenie Europy radykalnym islamem (bo przecież zdrowy islam, wyznawany przez Tatarów, nigdy nie parał się terroryzmem, a pokojowo funkcjonuje obok nas od stuleci) jest jedynie jednym z symptomów. Źródło choroby jest gdzieś zupełnie indziej.

Nie będzie pewnie dla Czytelnika zaskoczeniem stwierdzenie, że Europa jest polem wojny cywilizacji. Zawsze była. Od wschodu nacierała na nią, niesiona wpierw przez Wielką Ordę, później przez Moskali cywilizacja turańska, nastawiona na podbój i tyranię. Od południa na północ maszerowała cywilizacja bizantyńska, biurokratyczna i z rozbudowanym aparatem administracyjnym oraz skomplikowanym systemem praw, zakazów i nakazów. Po zburzeniu Świątyni przez Rzymian do Europy przybywa też cywilizacja żydowska, a od czasu zniszczenia Konstatynopola nacierać zaczyna cywilizacja arabska. W środku tego wszystkiego narodził się zaś nowy model — cywilizacji łacińskiej.

Procesy te doskonale opisał nieoceniony profesor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie Feliks Koneczny, do jego dzieł więc odsyłam. Profesor opuścił ten padół zaraz po wojnie, a jego dzieła nikt nie kontynuował w takim zakresie, w jakim zostało rozpoczęte.

Nie trzeba być szczególnie wnikliwym obserwatorem, żeby dostrzec, że od czasów II Wojny Światowej cywilizacja Europy jest rozbijana przez samych europejczyków. Z jednej strony, w wyniku licznych skandali obyczajowych oraz błędnej polityki samego Kościoła, ale także ataków środowisk właśnie takich, jak „Charlie Hebdo”, skurczył się drastycznie autorytet Kościoła Katolickiego, którzy przez wieki służył jako moralny kompas, lepiej lub gorzej wyznaczący dla ludności granice między Dobrem, a Złem. Zaś skorumpowani politycy coraz skuteczniej zaczęli wmawiać (i własnym przykładem pokazywać!) jak bardzo względne są pojęcia dobra, zła, przyzwoitości, prawa i bezprawia, wolności jednostki czy nawet równości, z której uczyniono fetysz, zupełnie zmieniając jej sens. I ludzie się w tym wszystkim gubią.

Czy tak bardzo dziwne jest zatem, że w pogmatwaniu pojęć, wymieszaniu płci i ról społecznych, gubiący się w wielości teoretycznie przecież równowartościowych (czyż nie tak wmawia propaganda?) systemów moralnych i etycznych ludzie szukają kogoś, kto im udzieli jednoznacznych i prostych odpowiedzi? A znajdują tego kogoś w osobach kaznodziejów radykalnego islamu, zagrzewających do świętej wojny o świat, w którym nie ma miejsca na wątpliwości, inne myślenie czy wolność jednostki.

Natura nie znosi próżni, tak więc w miejscu, w którym niszczona jest jedna cywilizacja, zapanowuje inna. Europa, która dąży do obalenia swego tradycyjnego systemu wartości i wyzbycia się dziedzictwa własnej historii, stawać się będzie miejscem, w którym coraz częstszy będzie widok fanatyków, mordujących na ulicach ludzi z broni automatycznej lub ucinających im głowy.

Europa starajaca się przestać być Europą, będzie czymś innym. Jak widzimy — czymś mroczniejszym i groźniejszym.

Rok 2014. Najważniejsze wydarzenia na Wileńszczyźnie

Końcówka roku zawsze jest okazją do pewnych podsumowań. Tak też chciałbym podsumować ten rok dla Wileńszczyzny. Od razu zapowiadam, że nie będę się silił na „dosiągnięcie” ilości zdarzeń do jakiejś okrągłej liczby, robił „Top-10” czy podobne rzeczy. Po prostu chcę wymienić rzeczy, które rzeczywiście stworzyły nową jakość, będą owocowały w przyszłości, lub są szczególnie dla czegoś symptomatyczne.

1. Otwarcie studiów drugiego stopnia na Wydziale Ekonomiczno-Informatycznym w Wilnie Uniwersytetu w Białymstoku, czyli Filii UwB. 

Polska uczelnia wyższa w Wilnie była marzeniem polskiej inteligencji od czasów Pieriestrojki. Marzeniem niespełnionym, mimo życzliwości i wsparcia ze strony Rodaków z Macierzy. Wierzę, że Filia, działająca od 2006 roku, jest zalążkiem takiej właśnie uczelni. Na razie można na niej studiować ekonomię i informatykę, oferuje także studia podyplomomowe z ekonomii. Otwarcie studiów magisterskich z ekonomii jest ogromnym krokiem, wejściem uczelni na nowy poziom. Dziekan FIlii, profesor Jarosław Wołkonowski zapowiada, że w przyszłym roku uruchmione zostaną także studia licencjackie z europeistyki.
Posiadanie własnej uczelni to nie tylko możliwość studiowania w języku ojczystym na miejscu, w Wilnie, ale przede wszystkim społeczność akademicka, funkcjonująca w polskim środowisku i to środowisko wzbogacająca.
Uniwersytet w Białymstoku powstał w roku 1968 jako filia Uniwersytetu Warszawskiego. Samodzielną placówką stał się w roku 1997. Mam nadzieję, że tak też kiedyś będzie z dzisiejszą Filią.

2. Przejście Akcji Wyborczej Polaków na Litwie do opozycji

AWPL było w koalicji przez niemal dwa lata. Mimo wszelkich starań, nawet w obliczu wojny na Ukrainie, która teoretycznie powinna — na skutek zbieżności interesów i wspólnego zagrożenia — zbliżać Polaków i Litwinów, nie udało się przełamać niechęci litewskich polityków do załatwienia kilku szalenie prostych spraw. Kwestie publicznego używania języka polskiego, oryginalnej pisowni nazwisk, odwołania skandalicznej reformy oświatowej, restytucji mienia — pozostały nierozwiązane. Oficjalnym powodem był konflikt o stołki, mniej oficjalnym — fakt, że premier nie potrafił się zdecydować, jaką ma opinię na jaki temat, a projekt Ustawy o Mniejszościach Narodowych przekazano do kolejnego „poprawiania”, którego skutkiem miało być skreślenie punktów o dwujęzycznych napisach i używaniu języka mniejszości w urzędach. Argumentacja powalała — „tylko Polacy tego chcą, a nie ma sensu przyjmować specjalnej ustawy dla jednej mniejszości”.
Ciekawostką jest zaś to, że wszyscy ci, którzy przez półtora roku postulowali wystąpienie AWPL z koalicji rządzącej, byli z przejścia partii do opozycji najbardziej niezadowoleni.

3. Odnowienie „Czarnego Anioła” na Starej Rossie

Pomnik nagrobny Izy Salmanowiczównej jest wizytówką Starej Rossy, zachwycają się nim turyści i rodowici wilnianie. Od lat wymagał remontu, który w końcu udało się przeprowadzić. Za środki z Polski, z inicjatywy kierowanego przez panią Alicję Klimaszewską Społecznego Komitetu Opieki nad Starą Rossą. Udział państwa litewskiego ograniczył się do stawiania biurokratycznych barier.
W pewnych tematach się nic nie zmienia.

4. „Rozwiązanie” kwestii dwujęzycznych napisów w rejonie solecznickim

Krucjata namiestnika rządu na okręg wileński Audriusa Skaistysa dobiegła końca po tym, jak nowy (poprzedni, Bolesław Daszkiewicz, udał się na emeryturę, chociaż w tym kontekście można to uznać za wewnętrzną emigrację przed represjami) dyrektor administracji rejonu, zagrożony karami liczonymi już tym razem w setki tysięcy litów, dopilnował, by w rejonie nie został ani jeden polski napis.
Pociechą ma być ponoć fakt, że zmieniono przepisy wykonawcze i teraz „oficjalne” nazwy ulic mają być na słupkach, a te na domach mogą już sobie wisieć. Tylko co z tego, skoro ludzie zostali już zastraszeni i komorniczym terrorem zmuszeni do usunięcia tych tabliczek z domów, a na postawienie słupków nie ma środków? Tym bardziej, że chodzi przecież o uznanie naszego prawa do publicznego i oficjalnego używania języka ojczystego, a nie zabawę w słupki.

5. Przyjęcie Ustawy o Bezpieczeństwie Cybernetycznym

Co prawda, w nieco ograniczonej formie w stosunku do pierwotnego projektu, ale nadal antydemokratycznej w założeniu i tworzącej mechanizmy państwa policyjnego. Ustawa w takiej formie może być i na pewno będzie wykorzystywana przeciw Polakom.

6. Nowe zasady finansowania mediów polskich

Dzięki wspólnym wysiłkom zainteresowanych, udało się razem z Ministerstwem Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej wypracować spójniejszy i logiczniejszy mechanizm dotowania mediów polonijnych, niż dotychczas. Zmiany dotyczą m.in. trybu finansowania (media jednego państwa otrzymują dotacje za pośrednictwem jednej organizacji wnioskującej z Polski) oraz jego okresu (dotacja przyznawana jest na 2 lata, a nie na rok, jak poprzednio). Nadal jest nad czym pracować, ale nowy model pozwoli prasie na pewną stabilizację finansową i możliwości planowania, a więc także rozwój.

7. Uruchomienie nowego portalu „Kuriera Wileńskiego”

Nowa odsłona internetowego wydania „Kuriera” http://kurierwilenski.lt była długo oczekiwanym dzieckiem — sześć lat funkcjonowania poprzedniej wersji to cała epoka. Nowa strona wciąż jest rozwijana i dopracowywana, borykamy się z notorycznymi atakami cybernetycznymi, ale najważniejszy krok został dokonany i docenili to też czytelnicy, których liczba w ostatni kwartale roku wzrosła.

8. Powołanie Departamentu ds. Mniejszości Narodowych

Temat tak naprawdę zastępczy, bo nowy departament ma mieć 15 etatów i 200 tyś. litów budżetu (czyli w zasadzie budżet ma wystarczyć na utrzymanie tych 15 etatów i niewiele więcej). Zanim został zlikwidowany przez rząd Andriusa Kubiliusa, poprzedni departament zajmował się wspieraniem mniejszości w ten sposób, że jedną piątą budżetu wydawał na zakup litewskich czytanek do polskich przedszkoli, a resztę na litewskie rządowe szkoły w rejonie solecznickim. Ale za to dobrze to wyglądało międzynarodowo, że się państwo troszczy o mniejszości.
Ten punkt się znalazł w rankingu ze względu na swoją symptomatyczność — pokazuje bowiem, że litewska klasa polityczna zamiast realnie rozwiązywać istniejące problemy, woli udawać ich rozwiązywanie poprzez tworzenie urzędniczych etatów dla kolejnych szwagrów. W ten sposób rosnąca biurokracja będzie bohatersko radzić sobie z problemami tworzonymi przez rosnącą biurokrację.

9. Wydanie płyty „Muzyczne Rodowody: Litwa

Bo bardzo ważne jest uświadomienie nam samym, co mamy, i że nie jesteśmy gorsi. Pod względem muzycznym to był wyśmienity rok, gdyż zaistniało bądź rozwinęło się mnóstwo projektów, które, poza niewątpliwymi talentami zaangażowanych osób, pokazały jedno — śpiewanie po polsku jest cool.


 

Ważnych wydarzeń było z pewnością o wiele więcej, celowo jednak wolałem skupić się na takich, które często są pomijane czy bagatelizowane, albo przykrywane tematami zastępczymi.